Aleksandra Jakubowska spędzi w areszcie najbliższe trzy miesiące. A polski krytyk literacki w tym czasie przeczyta trzy, cztery książki, napisze dwie recenzje, jeden artykuł, weźmie udział
w dyskusji na łamach znanej gazety, pokłóci się ze swoim kolegą o cenionego w ich kręgu autora, wysłucha kilku środowiskowych opinii i będzie zadowolony ze spełnionej misji. Krytyk nie
może milczeć, jego podniesiony głos powinien być słyszalny ze wszystkich stron, choć czytelnik najczęściej go lekceważy. Tak, lekceważy, bo krytyka stała się osobną dziedziną sztuki, w
której nie ma już dla niego miejsca. Rynek książki rządzi się własnymi prawami: zamiast krytyka widać na nim dystrybutora, dziennikarza popularnej gazety, redaktora wydawnictwa z działu
promocji. W tym towarzystwie krytyk nie tylko czuje się źle, nieswojo, ale w zasadzie jest niepotrzebny. Niepotrzebny ze swoimi ansami, wysublimowanymi poglądami, intelektualnym przesłaniem.
Właściwie jest aprobowany tylko w środowisku samych krytyków. To oni rzucają się na recenzje i artykuły, porównują z własnym zdaniem, zawzięcie krytykują krytyków. Literatura owszem, nie
znika im z pola widzenia, ale jest najczęściej tylko pretekstem do rozmowy o samej krytyce. Sami zaś recenzowani pisarze najczęściej wyrażają niezadowolenie, że za mało, nie dość
pochlebnie, nie tak jak trzeba.
Bunt lekarzy – mają dość pracy na okrągło
Krytykom nie w głowie bunt, nawet jeśli uważają, że literatura współczesna nie spełnia ich oczekiwań, bo pisarze miałcy, utwory kalekie, projekty duchowe wyzionęły ducha. Krytyka bowiem
musi istnieć wbrew nawet oczywistemu brakowi koniunktury. Jedni krytycy, aby nie popaść w ruinę, rzucają się na klasykę i tam szukają zapomnienia i sprawdzonych wartości. Inni, zaciskając
zęby, wertują nowe powieści i tomy wierszy, przypisując ich autorom nieoczekiwane zamiary, dokopując się sugestywnego stylu czy również, na doczepkę, oryginalnej myśli. Mają dość pracy
na okrągło? Nie, z pewnością nie, bo przecież ich byt polega na wsysaniu jak najwięcej materiału. Jeśli policzyć wszystkie recenzje i artykuły o bieżącej literaturze, jakie ukazują się
na łamach różnych czasopism (od dzienników po wyspecjalizowane miesięczniki i kwartalniki), to może okazać się, że jest ich więcej niż wydanych książek. Paradoks? Nie, tylko groteskowe
wyostrzenie dziwnej sytuacji krytyki, która nie ma już poczucia misji, ale wpisuje się w krajobraz nowej, medialnej rzeczywistości, która niezależność zepchnęła na zupełny margines.
Lolobrigida bierze ślub
Tak jak osiemdziesięcioletnia aktorka wychodzi za mąż za o trzydzieści parę lat młodszego Hiszpana, tak polski krytyk bierze ślub ze znacznie młodszą, o dziesięciolecia, literaturą. Na
początku łączyła ich namiętność, potem przyszła dziwna, trudno wytłumaczalna miłość. Wystarczy przypomnieć sobie, jakich krytyków wspominają z rozrzewnieniem uczestnicy dyskusji.
Magdalena Miecznicka kreuje na gwiazdę numer jeden Andrzeja Kijowskiego, oryginalnego prozaika, który jako krytyk domagał się od literatury wiedzy o nas samych i poszukiwania całości (pisał o
tym najpierw w „Życiu Literackim” w okresie socrealizmu, potem w nowszych czasach także w drugim obiegu). Nie omieszkał przy tym podkreślać znaczenia zaangażowania jako
gotowości do słusznego wyboru. Michał Paweł Markowski, nieco ironizując, powołuje się na odwagę i niezależność Stanisława Brzozowskiego, ale zapomina niestety, że był on przede
wszystkim pisarzem i filozofem, a krytykę literacką traktował instrumentalnie jako wyraz swoich poglądów na ideowy charakter literatury. Włodzimierz Bolecki wymienia po 1945 roku Kazimierza
Wykę i jego sławną szkołę. Całkiem słusznie, tyle tylko, że pasja Wyki nie wynikała wcale, jakby wyglądało z dywagacji krytyka, z uniwersyteckiego besserwisserstwa (dla Boleckiego to
przyczyna kryzysu krytyki jako sztuki), ale właśnie z duchowej przygody, jaką było spotkanie z bieżącą literaturą. Wszak, gdyby nie żmudna praca recenzencka w
„Twórczości”, „Kuźnicy” i „Odrodzeniu”, nie powstałaby sławetna książka „Pogranicze powieści” w 1948 roku,
kompletna syntezy prozy tużpowojennej.
Chiny zbudowały swój odpowiednik Las Vegas
Zatem dla dyskutantów wzorami są krytycy zamierzchłych już epok, którzy prowadzili indywidualne gry z dramatem istnienia, gry na własnych warunkach, bez oglądania się na innych. Jednak ich
diagnozy są cokolwiek pospieszne. Cóż z tego, że krytyka rozsiadła się w akademickich fotelach, kiedy prawie zawsze tak było i nie przeszkadzało to bynajmniej w prowadzeniu dialogu z
czytelnikami. Uniwersytet nie konserwuje poglądów, raczej umożliwia znalezienie odpowiedniego języka kontaktu ze światem literatury. Niezależność jest niemożliwa, słyszymy, ale wystarczy
uwolnić się od presji środowiska i medialnego dyktatu (czy, jak kto woli, show), by przynajmniej poczuć się niezależnym. Niezależność wcale nie oznacza samotności (nie wiem, skąd takie
przypuszczenie), samotności w dodatku ze znakiem minus, ponieważ dzięki niej krytyk zdobywa nowe grono zwolenników, a w literaturze pomaga ujrzeć znacznie więcej. Krytyki nie zżera konformizm
czy tchórzostwo – to zbytnie uogólnienie. Raczej zmieniła się rola krytyckich powinności. W świecie kompletnego chaosu, ucieczki od prób wartościowania nie jest już w cenie, jak
dawniej w monokulturze PRL-u, krytyka bez taryfy ulgowej, ale dystans. Dystans do rzeczywistości i dystans do literatury o rzeczywistości. Krytycy tęskniący do dawnych czasów (niezależnych
autorytetów i artystów programujących swoje wizje literatury) nie biorą pod uwagę zmiany sytuacji i chcą zbudować odpowiednik przeszłości, jakiegoś przebrzmiałego Las Vegas. Ani
czytelnicy, ani sami twórcy nie czekają na powtórkę z historii. Krytyka, jeśli ma spełnić jakieś zadanie, musi wcielić się w samą literaturę. Nie, nie zastąpić jej, ale umieścić się
w tym samym szeregu, bez piętna Autorytetu.
Niedźwiedź na odstrzał dla króla
Nic też dziwnego, że krytyka coraz bliższa jest eseistyki, a nawet często mylone są ich role. Zresztą w cenie są takie rozważania o literaturze (lekcje lektury), w które wpisany jest dyskurs
autobiograficzny i dowolność w traktowaniu tekstu literackiego. Jest to jedna z prób uzyskiwania dystansu potrzebnego po to, by nie utracić swojej wolności. Literatura, z jaką przychodzi nam
się mierzyć, zbyt często nie jest w stanie sprostać naszym wymaganiom. Jesteśmy skazani na takie propozycje artystyczne, jakie wyłania moda i środowisko. Zwykle krytyk przeznacza je na
odstrzał, ale wcale nie znaczy, że pociąga za spust. O, nie! Zadowolony jest, że niedźwiedź bryka i że można go mieć na celowniku. Tu znika, niestety, dystans, który pozwoliłby zobaczyć
dzieło w innym kontekście, albo w ogóle porzucić je i zapomnieć o nim. W tym momencie dobrze widać różnicę między krytyką a historią literatury: nie chodzi wyłącznie o stopień
obiektywizmu, ale głównie o kwestię wyboru. Krytyk zazwyczaj nie selekcjonuje materiału, bierze za dobrą monetę wszystko jak leci, literaturoznawca (ów pogardzany przez Boleckiego akademik)
zajmuje się zazwyczaj dobrze już rozpoznanymi utworami, które umieszcza w szerszej przestrzeni życia literackiego.
Być może ratunkiem dla wątlejącej krytyki jako „zapisu namiętności czytania” jest przekroczenie granic gatunkowych (krytyka – eseistyka – dyskurs
autobiograficzny), które spowoduje nie tylko indywidualizację spojrzenia, ale i partnerskie potraktowanie utworu literackiego (tak zresztą było u dawnych, wymienionych tu krytyków). Jako
części własnego doświadczenia, a nie obcej mu zupełnie propozycji artystycznej. A do tego konieczna jest świadomość tworzenia jakiejś wyselekcjonowanej, dobrze ułożonej (choć przecież
subiektywnej) całości. Tu nastąpi spotkanie dezynwoltury Krytyka z obiektywizmem Literaturoznawcy.
Warzywa lepsze dla pamięci
Oczywiście, ten postulat bierze się ze zmęczenia. Zmęczenia współczesną literaturą i jej komentowaniem. Ale co, pozostawić autorów na pastwę losu? Zrezygnować z nich? Nie całkiem.
Uczynić z nich i ich dzieł jakąś bazę wypadową do własnej pamięci, do własnego doświadczenia. Wysnuwać wnioski bardziej dla siebie niż dla samych autorów czy nawet czytelników. Program
to może nieskromny, idący na przekór krytycznoliterackim przyzwyczajeniom, które każą opowiedzieć się np. za Masłowską albo przeciw niej, ale przecież możliwy. Krytyka musi się bronić
przed atakami popkultury, która ją w sposób mechaniczny niszczy i unieważnia. I choć traci na znaczeniu i nie jest jak dawniej pożądana, bo zniknęło Centrum Literackiej Opinii, wałęsa się
jeszcze na obrzeżach dominującego nurtu, wyzierając ze szpalt niskonakładowych kwartalników czy miesięczników. W dobie kreowania wirtualnej rzeczywistości złożonej ze szczątków medialnego
folwarku o politycznej nadbudowie, zajęcia krytyków są już pozbawione dawnego znaczenia, utraciły tę rangę, którą wyznaczyła im historia. Zajmowanie się książkami, kiedy media informują
nas codziennie o wydarzeniach z dziedziny political fiction, przypomina pobyt w sanatorium. Pod klepsydrą. Jednak opis literatury, pisarskich postaw, produkowanie takich czy innych wartości, choć
nie zdegraduje popkultury i jej agresywnego tonu, jest niezbywalną częścią każdej twórczości. Bez tej, w dużej mierze skazanej na porażkę, mało uduchowionej pracy (z wyliczonych tu
powodów: uległości wobec mody, poddaniu się dyskursowi medialnemu, ucieczki od niezależności, porzucenia historycznej głębi i łatwemu żerowaniu na, jak to kiedyś nazwałem, kulcie
nowości) literatura stanie się kłębowiskiem mało istotnych żalów i pretensji.