Czemu wsiadamy setkami tysięcy w najtańsze samoloty i wzbijamy się do marzeń? Bogaty przyciąga biednego? Może jest w tym jeszcze coś innego? Zawiedziona miłość? Czemu pisarze, artyści żyją na wewnętrznej emigracji? Od czego uciekamy, od kogo? – pyta w DZIENNIKU reżyser Krzysztof Krauze.
Siorbię zieloną herbatkę u Chińczyka i zastanawiam się, co widzą w Polsce Wietnamczycy, Hindusi, czego my nie potrafimy zobaczyć? Na czym polega nasza wada
wzroku?
Nikt nie biega u nas z bombami, nie strzela z dachów. Nie umieramy tysiącami z głodu. Zarazy opanowane. Masowe groby porosły wysokimi drzewami. A my w kółko swoje: źle, za mało, krzywo. Władza się puszy, sąsiad panoszy, rzeki rozwodnione, powietrze wypompowane, złodziejstwo chodzi w koronie. Żyć się nie da, umrzeć się nie da – Kościół nie pozwala na eutanazję. Rodzina podupada, dzieci się nie rodzą, żenić chcą się już tylko księża.
Dlaczego Wietnamczykowi chce się tu żyć, jeszcze ściąga żonę, piątkę dzieci i dwudziestu kuzynów na jedną wizę, a ja mam ochotę wyskoczyć przez okno? Może trzeba nam wprowadzić wizy na pobyt w Polsce? Żeby nam się humor poprawił. A może lepiej zabrać nam Polskę na parę lat, żebyśmy docenili. Bo jak zabierają, to gotowi jesteśmy życie oddać. Kto wie, czy nie ma w tym źdźbła prawdy. Kiedy ktoś inaczej wyobraża sobie Polskę niż ja, nóż się sam otwiera. Byłem emigrantem. Krótko, bo krótko, w okolicach stanu wojennego. Znam zapach knajpianych kuchni, szatni, kibli. Tęsknotę. Znam cenę. Wysoka. Ale z drugiej strony wiem, że kiedy nadzieja sprowadza się do przetrwania, to życie zmienia się w koszmar. Zwłaszcza w ojczyźnie. Nie oceniam więc nikogo. Wiem tylko, kiedy nie warto emigrować: gdy ucieka się przed sobą samym. Nie ma wtedy słońca, które by ogrzało.
Zmieńmy siebie, zmienimy Polskę
Księgi powiadają: „Pracował radośnie, dlatego wszystko mu się udawało”. Jeżeli wszystko, co w życiu uczyniłem, zaprowadziło mnie na krawędź, przynosi mi jedynie cierpienie i ból, to co mam robić? Jak się ratować? Może powinienem zacząć żyć odwrotnie niż dotychczas? Może trzeba przenicować zasady. Obrócić wszystko do góry nogami. Czekałem na przeprosiny – teraz sam przeproszę. Mówiłem: ale niewdzięczni – a sam byłem wdzięczny? Żyłem dotąd dla siebie – może powinienem teraz dla kogoś? Mogę dać czas, miłe słówko, dobrą wolę. Dająca ręka nigdy nie jest pusta. Filozofowie nazywają to przebudzeniem. Przebudzeniem do rzeczywistego życia.
Żeby zmienić Polskę, uczynić ją przyjazną, wystarczy zmienić siebie. Przebudzić się z głębokiego snu. Uniesie się wtedy zasłona, za którą zobaczymy wiele niespodzianek. Odkryjemy, że żyjemy w kraju, którego nie znamy. To nie Polska nas irytuje, irytują własne zaniechania, egoizm, złe słowa, które zatoczyły krąg i wróciły do nas. Nabrały materialnego kształtu i spadły na głowę, podcięły nogi. Bo Polska to nie „ja” i „oni”. To „my”, razem do bólu. Wszystko, co uczynię drugiemu, wróci do mnie. Nie ucieknę od następstw moich czynów, słów. Myśli nawet. Na dodatek intencje tych czynów tkwią cały czas we mnie. Choćbym nie wiem jak starannie je przed sobą ukrywał.
Uwolnić się z lęku i nienawiści
Żyjemy w epoce podsycania, podkręcania lęku. Globalna korporacja „Lęk” daje najwyższą dywidendę. Zyski sięgają milionów procent. Z naszego lęku żyją producenci broni, leków, ubezpieczyciele, media, władza. Jest jeszcze lęk metafizyczny, na nim też nikt nie traci. Lęki nie tylko obciążają nas ponad miarę – ktoś obliczył, że gdyby niewolnik w Rzymie był obciążony podatkami i ubezpieczeniami jak współczesny Polak, nigdy nie wykupiłby się na wolność. Lęki to główne przyczyny chorób. Panika to najszybciej społecznie rozprzestrzeniające się uczucie. Powrót po demolce trwa latami. Jak obniżyć poziom adrenaliny? Trzeba zobaczyć świat własnymi oczami. Nie za pośrednictwem kamer, gazet. Jest przecież gdzieś ławeczka, na której całowaliśmy dziewczynę. Już nie ma? Jest w naszej pamięci, realna jakby to było wczoraj. Przysiądźmy na niej przez chwilę, to miłe miejsce. Są rodzice. Nie żyją? Mimo wszystko możemy się z nimi pogodzić. A Polska? Nie spadła z nieba, nikt jej nam nie dał. Trzeba ją było wyrwać z gardła. Kto to zrobił? Więc nie wszyscy zdradzili. Polska nie wzięła się z sumy złych uczynków. Odbudowujmy zaufanie. Odczarujmy złe wspomnienia. Ustawiają nas lękowo.
Nie ma jednej Polski, obiektywnej, a przynajmniej nie mamy w taką wglądu. Nam jest dana Polska taka, jaką potrafimy zobaczyć. Ograniczona naszymi życiorysami, wrażliwością, wyobraźnią. Na tyle widoczna, na ile pozwala nasz charakter. Mamy wielką władzę. Większą niż nam się wydaje – rzeczywistość tworzy się w naszym umyśle. Dochodząc do ładu z charakterem, dojdziemy do ładu ze światem. Skróćmy wewnętrzne monologi: „On mi to czy tamto”. Szybko przebaczajmy. Te śmieci odkładają się, promieniują. To nuklearny śmietnik. Rak stał się chorobą społeczną.
„Nie wiem jeszcze dlaczego, ale dobrze się stało” – doradza moja matka. Ma 80 lat, jest w doskonałej formie. Myślę, że to pomysł na długowieczność. Kryzysy są nieuniknione, ale ważne, jak się z nich wychodzi. Nie gadajmy tyle. Dostaniemy w podarunku kilka lat życia. Nie mówmy źle o ludziach, okradamy się z zaufania. Przynajmniej raz dziennie wysłuchajmy kogoś cierpliwie. Możemy zacząć od niemożliwego: od własnych dzieci. Będą nam wdzięczne. Gniew. Gdybyśmy wynaleźli silnik napędzany naszym gniewem... Bylibyśmy już daleko i bogaci. Energia wybuchu gniewu jest olbrzymia. Niszczy. W pierwszej kolejności nas. Nasze ciało nie jest przygotowane na nasz charakter. Żarówka gniewu świeci za mocno. Przepalamy się jak abażur. Nie wspomnę już o nienawiści – gniewie połączonym z chęcią odwetu. Czuć nienawiść to jakby własnoręcznie, powoli, patrząc, czy równo tniemy, odpiłowywać sobie głowę.
Badajmy uważnie swoje uczucia. Często nasze cierpienie, które zresztą bierzemy mylnie za życie duchowe, to użalanie się nad sobą samym. Nie nad bezdomnym, tylko nad brakiem drugiego pokoju. Nie nad głodnym, tylko nad własną przypaloną zupą.
Budujmy cierpliwie, lojalnie, dokładnie
Przepraszam za mentorski ton, ale tę smętną „odę do radości” kieruję także pod swoim adresem.
Zbliżają się święta. Zróbmy sobie prezent pod choinkę. Powstrzymajmy się od dwudziestu „ja chcę” i „to moje”. Nic nie przynosi tyle bólu i zgrzytania zębami co własne plany. A gdybyśmy zrezygnowali z jakiejś naszej ulubionej wady? Ten prezent byłby prawdziwie królewski. Żeby polubić świat, trzeba spróbować polubić siebie samego. Zróbmy codziennie coś drobnego „na tak”, żebyśmy mieli za co. Obdarowujmy siebie, nagradzajmy. Ale mądrze, tym co jest rzeczywistym źródłem radości.
Siorbię zieloną herbatkę u Chińczyka i zaczynam domyślać się, co oni wiedzą o świecie, czego my nie wiemy. Przed kilkoma miesiącami byłem na festiwalu filmowym na Tajwanie. Po projekcji „Mojego Nikifora” odbyło się półgodzinne spotkanie na sali, a potem zapowiedziano indywidualne rozmowy. Wyszliśmy z Joanną do holu, był już przygotowany stolik. Uformowała się kolejka. Widzowie podchodzili kolejno, zadawali pytanie, odpowiadaliśmy, to było tłumaczone na chiński, w tym czasie machaliśmy autografy. Siłą rzeczy kolejka posuwała się bardzo powoli. Ostatni rozmówcy czekali ponad półtorej godziny. Cierpliwie. Czy byliśmy gwiazdami, czy mieliśmy coś szczególnego do powiedzenia? Nie, nic podobnego. Starali się w ten sposób wyrazić swoją wdzięczność. Przelecieliśmy kilka tysięcy kilometrów, oddaliśmy swój czas. Teraz oni oddali nam swój.
Wschód przestrzega fundamentalnej zasady, którą nam w Europie trudno zrozumieć: „Ja to Ty, Ty to ja”. Wschód nie jest z lukru, bywa niewyobrażalnie okrutny. Ale dzięki tej życiodajnej zasadzie potrafi podnieść się zdumiewająco szybko z największego upadku. Kiedy walczą, to walczą. Kiedy budują to razem, lojalnie, cierpliwie, dokładnie. Jakby budowali dla siebie. Na dokładkę z uśmiechem.
Zacznijmy naprawiać Polskę od siebie samych. Pomajstrujmy przy swoich charakterach. To i owo trzeba dokręcić, ale więcej odkręcić. Możemy zrobić to zaraz. Tu i teraz. Nie potrzebujemy na to niczyjej zgody, żadnych ustaw, nakładów. Wystarczy powiedzieć sobie „Ty to ja”, a dokona się kopernikański przewrót. Przebudzimy się. Pozbądźmy się tego, co nas unieszczęśliwia. Wyjmijmy szkło z oka. Uwolnijmy się od tyranii własnego „ja”. Tylko wolność jest sexy – warta zdobycia. Radosna. Świat bez radości jest pułapką, a życie absurdem. Krzysztof Krauze, reżyser i scenarzysta filmowy. Ukończył Wydział Operatorski PWSFTViT w Łodzi. Wyreżyserował m.in. „Plac Zbawiciela”, „Mój Nikifor”, „Sieć”, „Dług”, „Gry uliczne”, „Nowy Jork, czwarta rano”. Od 2001 członek Europejskiej Akademii Filmowej. Laureat wielu prestiżowych nagród polskich i międzynarodowych. Otrzymał ostatnio Grand Prix (Wielka Nagroda Jury „Złote Lwy”) na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za film „Plac Zbawiciela”
Nikt nie biega u nas z bombami, nie strzela z dachów. Nie umieramy tysiącami z głodu. Zarazy opanowane. Masowe groby porosły wysokimi drzewami. A my w kółko swoje: źle, za mało, krzywo. Władza się puszy, sąsiad panoszy, rzeki rozwodnione, powietrze wypompowane, złodziejstwo chodzi w koronie. Żyć się nie da, umrzeć się nie da – Kościół nie pozwala na eutanazję. Rodzina podupada, dzieci się nie rodzą, żenić chcą się już tylko księża.
Dlaczego Wietnamczykowi chce się tu żyć, jeszcze ściąga żonę, piątkę dzieci i dwudziestu kuzynów na jedną wizę, a ja mam ochotę wyskoczyć przez okno? Może trzeba nam wprowadzić wizy na pobyt w Polsce? Żeby nam się humor poprawił. A może lepiej zabrać nam Polskę na parę lat, żebyśmy docenili. Bo jak zabierają, to gotowi jesteśmy życie oddać. Kto wie, czy nie ma w tym źdźbła prawdy. Kiedy ktoś inaczej wyobraża sobie Polskę niż ja, nóż się sam otwiera. Byłem emigrantem. Krótko, bo krótko, w okolicach stanu wojennego. Znam zapach knajpianych kuchni, szatni, kibli. Tęsknotę. Znam cenę. Wysoka. Ale z drugiej strony wiem, że kiedy nadzieja sprowadza się do przetrwania, to życie zmienia się w koszmar. Zwłaszcza w ojczyźnie. Nie oceniam więc nikogo. Wiem tylko, kiedy nie warto emigrować: gdy ucieka się przed sobą samym. Nie ma wtedy słońca, które by ogrzało.
Zmieńmy siebie, zmienimy Polskę
Księgi powiadają: „Pracował radośnie, dlatego wszystko mu się udawało”. Jeżeli wszystko, co w życiu uczyniłem, zaprowadziło mnie na krawędź, przynosi mi jedynie cierpienie i ból, to co mam robić? Jak się ratować? Może powinienem zacząć żyć odwrotnie niż dotychczas? Może trzeba przenicować zasady. Obrócić wszystko do góry nogami. Czekałem na przeprosiny – teraz sam przeproszę. Mówiłem: ale niewdzięczni – a sam byłem wdzięczny? Żyłem dotąd dla siebie – może powinienem teraz dla kogoś? Mogę dać czas, miłe słówko, dobrą wolę. Dająca ręka nigdy nie jest pusta. Filozofowie nazywają to przebudzeniem. Przebudzeniem do rzeczywistego życia.
Żeby zmienić Polskę, uczynić ją przyjazną, wystarczy zmienić siebie. Przebudzić się z głębokiego snu. Uniesie się wtedy zasłona, za którą zobaczymy wiele niespodzianek. Odkryjemy, że żyjemy w kraju, którego nie znamy. To nie Polska nas irytuje, irytują własne zaniechania, egoizm, złe słowa, które zatoczyły krąg i wróciły do nas. Nabrały materialnego kształtu i spadły na głowę, podcięły nogi. Bo Polska to nie „ja” i „oni”. To „my”, razem do bólu. Wszystko, co uczynię drugiemu, wróci do mnie. Nie ucieknę od następstw moich czynów, słów. Myśli nawet. Na dodatek intencje tych czynów tkwią cały czas we mnie. Choćbym nie wiem jak starannie je przed sobą ukrywał.
Uwolnić się z lęku i nienawiści
Żyjemy w epoce podsycania, podkręcania lęku. Globalna korporacja „Lęk” daje najwyższą dywidendę. Zyski sięgają milionów procent. Z naszego lęku żyją producenci broni, leków, ubezpieczyciele, media, władza. Jest jeszcze lęk metafizyczny, na nim też nikt nie traci. Lęki nie tylko obciążają nas ponad miarę – ktoś obliczył, że gdyby niewolnik w Rzymie był obciążony podatkami i ubezpieczeniami jak współczesny Polak, nigdy nie wykupiłby się na wolność. Lęki to główne przyczyny chorób. Panika to najszybciej społecznie rozprzestrzeniające się uczucie. Powrót po demolce trwa latami. Jak obniżyć poziom adrenaliny? Trzeba zobaczyć świat własnymi oczami. Nie za pośrednictwem kamer, gazet. Jest przecież gdzieś ławeczka, na której całowaliśmy dziewczynę. Już nie ma? Jest w naszej pamięci, realna jakby to było wczoraj. Przysiądźmy na niej przez chwilę, to miłe miejsce. Są rodzice. Nie żyją? Mimo wszystko możemy się z nimi pogodzić. A Polska? Nie spadła z nieba, nikt jej nam nie dał. Trzeba ją było wyrwać z gardła. Kto to zrobił? Więc nie wszyscy zdradzili. Polska nie wzięła się z sumy złych uczynków. Odbudowujmy zaufanie. Odczarujmy złe wspomnienia. Ustawiają nas lękowo.
Nie ma jednej Polski, obiektywnej, a przynajmniej nie mamy w taką wglądu. Nam jest dana Polska taka, jaką potrafimy zobaczyć. Ograniczona naszymi życiorysami, wrażliwością, wyobraźnią. Na tyle widoczna, na ile pozwala nasz charakter. Mamy wielką władzę. Większą niż nam się wydaje – rzeczywistość tworzy się w naszym umyśle. Dochodząc do ładu z charakterem, dojdziemy do ładu ze światem. Skróćmy wewnętrzne monologi: „On mi to czy tamto”. Szybko przebaczajmy. Te śmieci odkładają się, promieniują. To nuklearny śmietnik. Rak stał się chorobą społeczną.
„Nie wiem jeszcze dlaczego, ale dobrze się stało” – doradza moja matka. Ma 80 lat, jest w doskonałej formie. Myślę, że to pomysł na długowieczność. Kryzysy są nieuniknione, ale ważne, jak się z nich wychodzi. Nie gadajmy tyle. Dostaniemy w podarunku kilka lat życia. Nie mówmy źle o ludziach, okradamy się z zaufania. Przynajmniej raz dziennie wysłuchajmy kogoś cierpliwie. Możemy zacząć od niemożliwego: od własnych dzieci. Będą nam wdzięczne. Gniew. Gdybyśmy wynaleźli silnik napędzany naszym gniewem... Bylibyśmy już daleko i bogaci. Energia wybuchu gniewu jest olbrzymia. Niszczy. W pierwszej kolejności nas. Nasze ciało nie jest przygotowane na nasz charakter. Żarówka gniewu świeci za mocno. Przepalamy się jak abażur. Nie wspomnę już o nienawiści – gniewie połączonym z chęcią odwetu. Czuć nienawiść to jakby własnoręcznie, powoli, patrząc, czy równo tniemy, odpiłowywać sobie głowę.
Badajmy uważnie swoje uczucia. Często nasze cierpienie, które zresztą bierzemy mylnie za życie duchowe, to użalanie się nad sobą samym. Nie nad bezdomnym, tylko nad brakiem drugiego pokoju. Nie nad głodnym, tylko nad własną przypaloną zupą.
Budujmy cierpliwie, lojalnie, dokładnie
Przepraszam za mentorski ton, ale tę smętną „odę do radości” kieruję także pod swoim adresem.
Zbliżają się święta. Zróbmy sobie prezent pod choinkę. Powstrzymajmy się od dwudziestu „ja chcę” i „to moje”. Nic nie przynosi tyle bólu i zgrzytania zębami co własne plany. A gdybyśmy zrezygnowali z jakiejś naszej ulubionej wady? Ten prezent byłby prawdziwie królewski. Żeby polubić świat, trzeba spróbować polubić siebie samego. Zróbmy codziennie coś drobnego „na tak”, żebyśmy mieli za co. Obdarowujmy siebie, nagradzajmy. Ale mądrze, tym co jest rzeczywistym źródłem radości.
Siorbię zieloną herbatkę u Chińczyka i zaczynam domyślać się, co oni wiedzą o świecie, czego my nie wiemy. Przed kilkoma miesiącami byłem na festiwalu filmowym na Tajwanie. Po projekcji „Mojego Nikifora” odbyło się półgodzinne spotkanie na sali, a potem zapowiedziano indywidualne rozmowy. Wyszliśmy z Joanną do holu, był już przygotowany stolik. Uformowała się kolejka. Widzowie podchodzili kolejno, zadawali pytanie, odpowiadaliśmy, to było tłumaczone na chiński, w tym czasie machaliśmy autografy. Siłą rzeczy kolejka posuwała się bardzo powoli. Ostatni rozmówcy czekali ponad półtorej godziny. Cierpliwie. Czy byliśmy gwiazdami, czy mieliśmy coś szczególnego do powiedzenia? Nie, nic podobnego. Starali się w ten sposób wyrazić swoją wdzięczność. Przelecieliśmy kilka tysięcy kilometrów, oddaliśmy swój czas. Teraz oni oddali nam swój.
Wschód przestrzega fundamentalnej zasady, którą nam w Europie trudno zrozumieć: „Ja to Ty, Ty to ja”. Wschód nie jest z lukru, bywa niewyobrażalnie okrutny. Ale dzięki tej życiodajnej zasadzie potrafi podnieść się zdumiewająco szybko z największego upadku. Kiedy walczą, to walczą. Kiedy budują to razem, lojalnie, cierpliwie, dokładnie. Jakby budowali dla siebie. Na dokładkę z uśmiechem.
Zacznijmy naprawiać Polskę od siebie samych. Pomajstrujmy przy swoich charakterach. To i owo trzeba dokręcić, ale więcej odkręcić. Możemy zrobić to zaraz. Tu i teraz. Nie potrzebujemy na to niczyjej zgody, żadnych ustaw, nakładów. Wystarczy powiedzieć sobie „Ty to ja”, a dokona się kopernikański przewrót. Przebudzimy się. Pozbądźmy się tego, co nas unieszczęśliwia. Wyjmijmy szkło z oka. Uwolnijmy się od tyranii własnego „ja”. Tylko wolność jest sexy – warta zdobycia. Radosna. Świat bez radości jest pułapką, a życie absurdem. Krzysztof Krauze, reżyser i scenarzysta filmowy. Ukończył Wydział Operatorski PWSFTViT w Łodzi. Wyreżyserował m.in. „Plac Zbawiciela”, „Mój Nikifor”, „Sieć”, „Dług”, „Gry uliczne”, „Nowy Jork, czwarta rano”. Od 2001 członek Europejskiej Akademii Filmowej. Laureat wielu prestiżowych nagród polskich i międzynarodowych. Otrzymał ostatnio Grand Prix (Wielka Nagroda Jury „Złote Lwy”) na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za film „Plac Zbawiciela”
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|