Dziennik Gazeta Prawana logo

Francuzi nie przestraszyli się Nicolasa Sarkozy'ego

13 października 2007, 14:44
Ten tekst przeczytasz w 16 minut
W Europie nadal trwa moda na liberalnych populistów. Sarcozy, Klaus, Kaczyński, Rokita, Berlusconi - wszyscy oni celowo atakują zasady politycznej poprawności, przedstawiają się jako brutalni twardziele, nie odrzucając jednocześnie liberalnego minimum - pisze Cezary Michalski, zastępca redaktora naczelnego DZIENNIKA.
Od samego początku wszyscy byli zgodni: w wyniku tych wyborów we Francji wszystko ma się zmienić. Po epoce oligarchii, po zcentralizowanych rządach charyzmatycznych jednostek, po epokach de Gaulle'a, Mitteranda i Chiraca, jednakowo obiecujących Francuzom, że pod ich rządami Francja pozostanie mocarstwem, a francuskie społeczeństwo uchroni się przed koniecznością odpowiadania na wyzwanie globalnego kapitalizmu.

Teraz miało być inaczej. Po latach zastoju i pseudomocarstwowej drzemki miał się pojawić przywódca - obojętnie z prawej czy lewej strony - który nie będzie się bał spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy. Kampania prezydencka 2007 roku miała uczynić Francję ponownie żywą demokracją i żywą republiką. Miała przebudzić francuski lud i przynajmniej jeśli chodzi o frekwencję wyborczą przebudzenie to stało się faktem.

Rekordowe frekwencje pierwszej i drugiej tury osiągnięto przy wyjątkowo, jak na dzisiejsze czasy, niskich nakładach finansowych. Jak obliczyło "Le Figaro", nowy prezydent Francji wydał na swoją kampanię wyborczą szesnaście razy mniej niż wyda następca George'a Busha.

Nowi ludzie
Zmiana stała się hasłem przewodnim. Zmieniali się nawet kandydaci. 14 stycznia 2007 roku na kongresie prawicy w Porte de Versaille rozpoczynającym nieoficjalną jeszcze część kampanii wyborczej Sarkozy wołał do zgromadzonego tłumu "zmieniłem się!". Chodziło o to, że przestaje być jedynie błyskotliwym rozgrywającym na prawicy, wychowankiem Chiraca, który później wypruł polityczne flaki swojemu patronowi. Przestaje być "podrygującym małym nerwowym człowieczkiem", "Charliem Chaplinem fancuskiej estrady politycznej" - jak określali go nieprzychylni mu komentatorzy. W tej złośliwej charakterystyce było wszystko: strach przed jego prawicowym populizmem, niechęć do dobitnego, przesyconego emocjami języka, ale także nigdy niewyrażona wprost aluzja do jego żydowskości - wciąż mogąca mu zaszkodzić w z pozoru politycznie poprawnej Francji. Szczególnie na prawicy.

Sarkozy obiecywał zatem swoim wyborcom, że zmieni się podczas tej kampanii z enfant terrible francuskiej polityki w prawdziwą głowę państwa. A jednocześnie nie straci całej swojej prowokacyjnej siły, która pozwoliła mu w cuglach wygrać prezydenckie przedbiegi z baronami fancuskiej prawicy.

Po lewej stronie ideowej barykady dzielącej Francję równie gwałtowną przemianę przechodziła Segolene Royal. Miała w ciągu kilku miesięcy odróżnić się od całej grupy bezbarwnych, pozbawionych charyzmy socjalistycznych urzędniczek ery Mitteranda, z których wiele - jak to ujawniła prasa po śmierci wielkiego prezydenta - było jego kochankami. Segolene była dla odmiany partnerką - jak to się mówi we Francji - młodszego od Mitteranda o całe pokolenie obecnego szefa francuskiej Partii Socjalistycznej Francois Hollande'a.

Jednak teraz i ona miała zerwać z francuskim patriarchatem panującym tak samo po prawej, jak i lewej stronie sceny politycznej zarządzanej od wieków przez monumentalnych samców Alfa. Z kobiety rozprowadzanej przez swojego faceta - pierwszego sekretarza partii - musiała wyrosnąć na samodzielną liderkę, na wyemancypowaną kobietę XXI wieku. I do pewnego stopnia jej się to udało. Szczególnie w pierwszej części kampanii, kiedy jej interaktywna strona internetowa "Pragnienia przyszłości" stała się symbolem demokracji uczestniczącej czasów Internetu. Odwiedziło ją blisko trzy miliony internautów, a prawie 150 tysięcy z nich - przede wszystkim kobiet - przedstawiło propozycje, którymi Segolene Royal uzupełniała swój początkowo bardzo radykalny program.

To co dozwolone
Ta kampania zaczęła się bowiem od wyrazistego starcia lewicy i prawicy. Może nawet bardziej wyrazistego niż za czasów Mitteranda wygrywającego wybory pod hasłem "siła spokoju", które później przywędrowało do Polski, gdzie nie odniosło równie spektakularnego sukcesu. Czy Chiraca obiecującego nieustannie, że będzie prezydentem wszystkich Francuzów. Na wstępie tej kampanii prezydenckiej różnica pomiędzy lewicowymi i prawicowymi zapatrywaniami na energię atomową, wysokość podatków, imigrację czy stosunki z Ameryką wydawała się nieporównanie bardziej wyrazista.

Segolene zaprezentowała początkowo bardzo radykalny program społeczno-ekonomiczny. Jej pierwsze wystąpienia pełne były ataków przeciwko wielkim korporacjom, obietnic kontrolowania przepływu kapitałów i ludzi. Kandydatka socjalistów krytykowała "dumping społeczny" w jednoczącej się Europie. Wpisywała w swoją kampanię wciąż żywy we Francji lęk przed polskim hydraulikiem i szerzej - przed obniżką pensji i utratą przywilejów francuskich robotników. Do tego dochodziła nieufność wobec francuskiej klasy średniej, która zdaniem Segolene nie partycypowała wystarczająco w ideałach społecznej solidarności, dlatego należało jej podnieść podatki: od kapitału, od dochodów z giełdy... Jak na pierwszą we Francji liderkę socjalistów, która miała - w dwie dekady po jego ogłoszeniu - realizować manifest Blaira i Schroedera, Segolene Royal była zdecydowanie za bardzo lewicowa.

O jej niepowodzeniu przesądziły właśnie te archaiczne propozycje fiskalne i ataki na ekonomiczną globalizację. A w dziedzinie międzynarodowej: fatalna podróż na Bliski Wschód, gdzie ostentacynie okazywała niechęć wobec polityków izraelskich i równie ostentacyjnie bratała się z Palestyńczykami. Nie tylko z udomowionym już przez zachodnich dyplomatów Fatahem, ale nawet z terrorystami z Hezbollah. Także złożona przez nią publicznie obietnica, że jako prezydent nigdy nie poda ręki George'owi Bushowi, nawet w skłonnych do rytualnego antyamerykanizmu francuskich elitach sprowokowała pełne zażenowania pochrząkiwania. Była jedyną chyba kandydatką socjalistów w jakichkolwiek europejskich wyborach, która doczekała się ostrej krytyki na łamach "New York Timesa", pisma bynajmniej niekonserwatywnego i wcale niekochającego Busha.

Nieświadomie (a ta nieświadomość dyskwalifikowała ją w wyścigu o prezydenturę) Segolene Royal dotknęła granic politycznej poprawności, które w dzisiejszej Europie, przynajmniej w dziedzinie polityki międzynarodowej i gospodarki, przesunięte są raczej na prawo.

Po kilku takich wpadkach w pierwszej części swojej kampanii kandydatka PS utraciła zaufanie wielu grup nacisku i mediów, bez których nawet socjalista nie może wygrać demokratycznych wyborów. Centrowy, ale zwykle opowiadający się za socjalistami "Le Monde" wyraźnie sprzyjał Bayrou, a i w radykalnym "Liberation" można było przeczytać interesujące dyskusje, czy kandydatura Segolene nie była największym politycznym błędem PS.

Jednym z ostatnich dzwonków alarmowych stała się deklaracja klubu Spartakusowców, ważnej struktury z zaplecza francuskiej Partii Socjalistycznej, które wydało deklarację otwarcie popierającą centrystę Bayrou. Socjaliści ze Spartakusa zarzucali kandydatce ich własnej partii, że "nie rozumie francuskiej gospodarki", przystąpiła do licytacji z Le Penem, a w jej programie pojawiają się "echa niebezpiecznych idei nacjonalistycznych i demagogicznych".

Tutaj należy uprzedzić pewne nieporozumienie. Spartakusowcy to oczywiście w tradycji europejskiej lewicy nawiązanie bardzo znaczące. Ostatni znani spartakusowcy - Róża Luksemburg i Karl Libknecht - zostali zamordowani po stłumieniu lewicowej rewolty w Berlinie w 1919 roku. Zazwyczaj na tę tradycję powołuje się najbardziej radykalny nurt lewicy. Tymczasem francuskie stowarzyszenie Spartakus nie gromadzi studentów przebiegających ubogie przedmieścia z broszurami Lenina i koktajlami Mołotowa w rękach. Ten bardzo wpływowy klub skupia należących do Partii Socjalistycznej urzędników państwowych czy samorządowych, a także członków władz francuskich korporacji renacjonalizowanych, a później reprywatyzowanych w burzliwych latach rządów Mitteranda. Kiedy to także francuscy socjaliści nauczyli się kochać wielki kapitał i osadzać w nim swoich ludzi.

Poparcie Bayrou przez spartakusowców było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Radykalne deklaracje Segolene, towarzyszące im niezadowolenie kręgów biznesowych, sceptycyzm mediów i obsuwające się wyniki sondaży sprowokowały do buntu bardziej centrowe - to znaczy bardziej liberalne gospodarczo - skrzydło PS, już wcześniej niechętne władzy sekretarza Hollande'a i jego życiowej partnerki. Podnieśli głowy przegrani w socjalistycznych prawyborach Roland Fabius i Dominique Strauss-Kahn.

Segolene musiała się ugiąć, powściągnąć swoją radykalną retorykę. Jednak to ukorzenie się przed polityczną poprawnością europejskiego liberalizmu kompletnie złamało ton kampanii Segolene Royale. Kiedy wyciszyła antyamerykanizm i radykalne ataki na globalny kapitał okazało się, że pozostało jej niewiele do powiedzenia. Z braku programu odwołała się do tego, co zwykle pozostaje w takich sytuacjach lewicy: zaczęła ostrzegać Francuzów przed zagrożeniem demokracji, jakie uosabia Nicolas Sarkozy. Jej sztabowcy postanowili mobilizować elektorat wokół lęku przed prawicowym populizmem. Drugą część kampanii Segolene zdominowało odwieczne hasło "faszyzm nie przejdzie", tym razem przyjmujące formę "powiedzmy NIE Sarkozy'emu!". "Sarko nie przejdzie!", "Wszyscy przeciwko Sarko!".

Tylko na murach Paryża te subtelne hasła programowe przyjmowały bardziej bezpośrednią postać. Na oficjalnych plakatach kandydatowi prawicy dorysowywano wąsik i grzywkę Hitlera, a szablony malowane na murach głosiły po prostu: "Sarko = faszyzm", "Sarko = Hitler", "Sarko = Mussolini". W końcu Segolene odwołała się do tego, czego Francuzi naprawdę nie lubią, spróbowała ich przestraszyć. Zapowiedziała, że jeśli wybiorą Sarkozy'ego, we Francji dojdzie do zamieszek.

Pomijając tę retoryczną nadwyżkę, szczególnie obraźliwą w stosunku do syna Żydówki, która do Francji uciekła z Salonik (jednego z wielu miejsc w Europie, gdzie wspólnota żydowska została zniszczona przez Holocaust) ta ewolucja Segolene Royale od lewicowych haseł haseł początku kampanii do oportunistycznego "brońmy demokracji przed Sarcozym!" była ideową i intelektualną kapitulacją lewicy. To tak jakby w Polsce ludzie ze środowiska "Krytyki Politycznej" - prawdziwi lewicowcy testujący granice neoliberalnej hegemonii, pytający Zizka, co zrobić z dziedzictwem Lenina - skończyli swoją karierę polityczną jako działacze Ruchu Obrony Demokracji, obok Kwaśniewskiego, Cimoszewicza czy Olechowskiego.

A dokładnie tak wyglądała polityczna trajektoria Segolene Royal podczas zakończonej właśnie kampanii wyborczej.

Dziwny z niego faszysta
Obrona francuskiej demokracji przed Sarcozym była o tyle nieskuteczna, że większość Francuzów wcale się lidera UMP nie bała. Nawet jeśli Sarcozy był populistą, to wyraźnie liberalnym. A w dodatku sam jest przybłędą i wykluczonym. Przynajmniej z punktu widzenia elitarnej, oligarchicznej Francji, w której rządzi sto rodzin (jak powiedział kiedyś złośliwie de Gaulle - i których to słów fancuskie "sto rodzin" nigdy mu nie zapomniało). W takiej Francji od wieków władzę sprawują dynastie na lewicy i prawicy, dynastie w biznesie, edukacji i administracji państwej. A imigranci muszą pozostać niezintegrowani, ponieważ pod powierzchnią politycznej demokracji Francja nauczyła się ukrywać społeczeństwo pełne przywilejów i kast.

W tej Francji Sarcozy sam jest przybłędą, self-made manem, dzięki swojej obsesyjnej ambicji wędrującym ku samej górze. Ten swój specyficzny status podkreślił już w kluczowym przemówieniu kampanii z 14 stycznia, kiedy stojąc przed ubraną w eleganckie garnitury prawicową młodzieżą, określił się prowokacyjnie jako "mieszaniec", którego z Francją zintegrowala nie jego "czysta krew", ale rzadko realizowane w praktyce, wspaniałe republikańskie ideały wolności, równości i braterstwa.

Nawet swoje "la canaille", hołota, użyte celowo na określenie uczestników rasowych zamieszek z jesieni 2005 roku, Sarcozy wypowiedział do arabskiej kobiety, której majątek ucierpiał w wyniku zajść i która przed kamerami pytała popularnego wśród francuskiej burżuazji - niezależnie od jej etnicznego pochodzenia - polityka, kiedy wreszcie francuskie państwo zdoła zapanować nad przemocą i chaosem. "La canaille" wzbudziła przerażenie francuskich elit, ale arabscy właściciele podpalanych sklepów wiedzieli, kogo Sarko miał na myśli. I wcale nie uznali go za rasistę.

Bo Sarkozy gra z tematem imigracji w bardzo subtelny sposób. Jak typowy populista mówi wprost o lęku przed imigracją. O zagrożeniu, jakim wydaje się niezintegrowany islam. Zdejmuje głosy Le Pena (już w pierwszej turze wyborów przejął znaczną część elektoratu Frontu Narodowego w Alzacji i paru innych departamentach na wschodzie i południu Francji, gdzie liczba głosów oddawanych na skrajną prawicę jest wprost proporcjonalna do liczby osiedlających się tam lub osadzanych przez państwo imigrantów spoza Europy).

Jednocześnie jednak jego odpowiedź na lęki rdzennych Francuzów jest liberalna. W znalezieniu odpowiedniego języka pomagają mu Andre Glucksmann, Alain Finkielkraut, Luc Ferry (który jako minister edukacji był jego kolegą w jednym z prawicowych rządów). Wszyscy ci intelektualiści albo uczestniczyli w rewolcie 1968 roku, albo wywodzą się z lewicy. Teraz jednak uznali, że trzeba bronić Rozumu i Republiki przed barbarzyństwem zalewającym przedmieścia wielkich miast. Przed specyficzną wersją multikulturalizmu, gdzie islamscy fundamentaliści protestują przeciwko czytaniu w szkole przez arabskie dzieci "Madame Bovary" Flauberta. Bo książka pokazuje nadmiernie wyzwoloną kobietę.

Sarcozy jest też forpocztą globalnego kapitalizmu. Uosabia nowych najeźdźców, którzy po raz kolejny żądają od "starej, słodkiej Francji" gwałtownej zmiany ustroju. Zastąpienia narodowej oligarchii systemem bardziej otwartym: na imigrantów, na "gorzej urodzonych". Sarco fotografuje się na koniu jak Ronald Reagan, kampanię zero tolerancji wobec przestępców przejął od Rudolfa Giullianiego, byłego republikańskiego burmistrza Nowego Jorku.

Imigrantów chce integrować przez kapitalizm, a nie przez zasiłki socjalne. Zapowiedział też utworzenie Ministerstwa Integracji Narodowej i Imigracji, co zostało przez socjalistów uznane za ostateczne ujawnienie jego rasizmu. Bo - jak napisał w sobotniej "Europie" Andre Glucksmann - lewica o tożsamości narodowej i imigracji myśli wyłącznie wykluczająco, podczas gdy Sarcozy - który uwewnętrznił ideały nie nacjonalistycznego, ale właśnie republikańskiego i państwowego patriotyzmu ojczyzny rewolucji 1789 roku - słowo naród rozumie nie etnicznie, ale właśnie politycznie. Jako wspólnotę obywateli utożsamiających się z państwem i z ideałami ustrojowymi, a nie tropiących "obcych", do których zresztą sam Sarco - "węgierski przybłęda" się zalicza. Węgierski, bo tak jak jego matka uciekła przed Holocaustem z Salonik, jego ojciec uciekł przed komunizmem z Budapesztu.

W swoim wystąpieniu w Porte de Versaille z 14 stycznia Sarkozy zarzucał lewicy, że przestała rozumieć "Jauresa i Camusa", przestała być humanistyczna i republikańska, poprzestając na krzewieniu lęku przed silnym państwem i przed inicjatywą obywateli w polityce czy gospodarce.

Sarko potrafi w jednym wystąpieniu bronić prawa do aborcji i krytykować fanatyczny antyklerykalizm, który niestety cechuje republikańską tradycję we Francji. Jako samorządowiec i szef MSW przygotował ustawę, w myśl której francuskie władze lokalne mogłyby - po raz pierwszy od wielu lat - współfinansować budowę obiektów sakralnych. Zarówno kościołów, jak też - tam, gdzie poprosi o to wystarczająca liczba mieszkańców - meczetów.

Świadomą prowokacją pod adresem antyklerykalnej Francji jest wyrażany przez niego publicznie zachwyt dla Jana Pawła II. Jest to zachwyt świeckiego polityka, niemieszającego polityki z religią. Za najważniejsze dla siebie słowa w nauczaniu papieskim Sarkozy uznaje "nie lękajcie się" wypowiedziane do tłumu zgromadzonego w 1979 roku na placu Zwycięstwa w Warszawie. Słowa, które obudziły w Polakach świadomość polityki, sprowokowały ich najzupełniej ziemskie, społeczne i polityczne roszczenia.

Czas liberalnych populistów

Ostatnie wydarzenia we Francji pokazują, że w Europie nadal trwa moda na liberalnych populistów. Sarcozy, Klaus, Kaczyński, Rokita, Berlusconi - wszyscy oni celowo atakują zasady politycznej poprawności, przedstawiają się jako brutalni twardziele, nie odrzucając jednocześnie liberalnego minimum.

Nie znaczy to jednak, że ten nowy typ polityka ma same zalety. Kiedy liberalni populiści zaczynają rządzić, poznajemy zwykle wady i ograniczenia ich propozycji. Przede wszystkim liberalny populizm może być nieskuteczny. Wiemy już na przykład, że pod trwającymi ładnych parę lat rządami Berlusconiego nie nastąpiło we Włoszech jakieś nadzwyczajne "odrodzenie moralne polityki i gospodarki". Można nawet powiedzieć, że stało się wręcz przeciwnie. Polityczne immunitety, które wcześniej chroniły skorumpowanych chadeków i komunistów, zaczęły chronić medialne imperium należące do "odnowiciela" włoskiej polityki.
Można się też obawiać, że za plecami liberalnych populistów, po przekroczeniu przez nich granic politycznej poprawności, po odrzuceniu tabu nie pozwalających mówić o imigracji, przestępczości, narodowych tożsamościach, o roli religii w życiu politycznej wspólnoty - pojawią się populiści już nieliberalni.

Za plecami Jarosława i Lecha Kaczyńskich czy Ludwika Dorna wyrastają Marek Jurek i Roman Giertych. Dla wielu młodych prawicowców bardziej ideowi, bo wyposażeni w spójne, proste idelogie. Nie wszyscy dostrzegą coś złego w nacjonalizmie etnicznym, a także w specyficznej neofundamentalistycznej formule religii politycznej, której po raz pierwszy dopracowali się Amerykanie czy Irańczycy, ale która dzisiaj jest jedną z najpopularniejszych prawicowych odpowiedzi na modernizację, na rewolucję kapitalistyczną, na nowy świat, w których "wszystko co stałe wyparowuje, a wszystko co święte ulega sprofanowaniu".
Za plecami Sarkozy'ego póki co nic ani nikt nie wyrasta. Wręcz przeciwnie, to on kończy epokę, w której jedynym wyrazicielem lęków Francuzów przed przestępczością czy niezintegrowaną z Republiką imigracją pozostawał Jean-Marie Le Pen.

Przebieg francuskiej kampanii wyborczej potwierdza jedno. Prawica jest skuteczna, kiedy potrafi posłużyć się twardym językiem populizmu, a jednocześnie pozostaje liberalna, przestrzega liberalnego minimum. Natomiast europejska - bo przecież nie tylko francuska - lewica musi poszukać własnej tożsamości, własnego programu. Jeśli zamiast tego odwołuje się do lęków, jeśli zamiast pozytywnego programu stawia na "faszyzm nie przejdzie" czy "obronę zagrożonej demokracji" musi przegrać. Europejczycy nie boją się o swoją demokrację. Ufają trwałości ram ustrojowych, jakie zbudowali sobie na Zachodzie przed ponad półwiekiem, a na Wschodzie po upadku Muru. Teraz jednak tę ustrojową formę pragnęliby napełnić żywą, skuteczną polityką. Zawierzają więc politykom, którzy otwarcie mówią o ich lękach i proponują radykalne rozwiązania.

Sarcozy wygrał kampanię. Nie wiadomo, czy wygra władzę. Ale nie ma narodów, którymi nie można by rządzić. Może także Francuzi czekali jedynie na rozsądnego przywódcę?
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj