W 2050 r. połowa energii w Polsce może pochodzić z odnawialnych źródeł. To nie marzenie, ale realny plan gospodarczy – przekonywał na niedawnej konferencji prasowej minister rolnictwa Marek Sawicki. Według ministra biomasa oraz inne sposoby wytwarzania energii z odnawialnych źródeł, takich jak wiatr czy biogaz, mogą w pełni zaspokoić zapotrzebowanie gminy.

Reklama

To oczywiście możliwe, pod warunkiem że utopi się grube miliardy złotych w dotacje na budowę wiatraków i innych instalacji oraz w dopłaty do ich eksploatacji. Minister Sawicki przyznaje, że chce, by energetyka odnawialna była szansą dla rolników na dodatkowe dochody. I tu mamy wyjaśnienie, skąd biorą się tak dalekosiężne wizje w resorcie rolnictwa. Za większe dochody rolników zapłaciliby podatnicy albo odbiorcy prądu.

Złudzenia, że alternatywna energia jest remedium na wszystko i wkrótce zdominuje świat, to nie tylko polska specyfika. W maju ukazał się raport ONZ, zgodnie z którym w 2050 roku energia odnawialna może odpowiadać na 77 proc. światowego zapotrzebowania. Obecnie jest to 13 proc. Komentujący raport dyrektor organizacji ekologicznej WWF (World Wildlife Fund) Stephan Singer uznał, że możliwe do osiągnięcia jest wręcz całkowite uniezależnienie się od tradycyjnych źródeł. „Z nowymi technologiami, przy większych oszczędnościach energii, 100 proc. jest możliwe” – przekonywał.

Takie pobożne życzenia mają wiele wspólnego z typową dla ludzkości wiarą w szybki rozwój techniki. Jeszcze w końcu lat 70. popularnym serialem science fiction był w Polsce „Kosmos 1999”. Według jego scenarzystów właśnie w roku 1999 mieliśmy latać po galaktykach z daleka od zanieczyszczonej i wydrenowanej z surowców Ziemi. Oczywiście pozyskanie energii nie miało być problemem. Mamy rok 2011 i dziś wizje ekologów przypominają tamte – serialowe.

Przy wliczeniu odpowiednich urządzeń koszt pozyskiwania energii alternatywnej jest wciąż znacznie wyższy od powstałej przy użyciu tradycyjnych kopalin. Weźmy koszt inwestycji. W przeliczeniu na wat energii w przypadku elektrowni węglowej i wiatrowej wynosi on 1,5 euro, zaś słonecznej – 2,4 euro. Dwie ostatnie będą pracować jednak tylko 1 – 2 tys. godzin rocznie, zaś węglowa 5 – 6 tys. Ekolodzy słusznie wskazują na dodatkowy koszt surowca, jednak węgiel i tak na razie wygrywa w ogólnym rozrachunku. I tak pewnie pozostanie, zwłaszcza gdy w końcu spadną nadmuchane przez spekulacje ceny węgla i ropy.

W przypadku energii alternatywnej na ogół nie można obejść się bez sutych dotacji. Płacą za nie podatnicy. W dodatku ekologiczne instalacje i tak powinny mieć zabezpieczenie w postaci tradycyjnych siłowni, bo wiatr nie zawsze chce wiać, a słońce świecić.

Alternatywne źródła są potrzebne, ale jako uzupełnienie tych tradycyjnych oraz siłowni jądrowych. Inwestycje powinny wiązać się głównie ze zmniejszaniem emisji szkodliwych substancji, w tym CO2, do atmosfery. Głównym kryterium powinien pozostać rachunek ekonomiczny.

Rząd Islandii planuje na przykład budowę pod Oceanem Atlantyckim kabla do Szkocji i przesyłanie w ten sposób energii geotermalnej uzyskiwanej z wulkanów i wodnej z lodowców. Ale oni mają wulkany i lodowce, a my nie. Rządy europejskie są teraz pod silną presją ekologów, którzy domagają się wyłączności energetyki alternatywnej. Tyle że sami jednomyślni nie są. Jedni opowiadają się za farmami wiatrowymi, inni protestują przeciw zabijaniu przez wiatraki przelatujących ptaków i nietoperzy.

Powie ktoś: przecież surowce się niedługo wyczerpią. Takie opinie słychać od lat. W czasach serialu „Kosmos 1999” zapowiadano, że ropy zabraknie właśnie teraz. Nie zabrakło, padają coraz odleglejsze daty, a niemal co tydzień słychać o nowych odkrywanych wielkich złożach surowców.