Poinformował na niej, że jego zdaniem śledztwo to jest powiązane z innym, dotyczącym korupcji z wojsku. Mówił o „zorganizowanej przestępczości o charakterze gospodarczym, żerującej na budżecie Wojska Polskiego” oraz o tym, że „zagrożone są nie tylko setki milionów złotych pochodzących z budżetu państwa, ale przede wszystkim życie i zdrowie żołnierza polskiego, który często otrzymuje sprzęt wadliwy lub niesprawny”. Po czym wyprosił dziennikarzy i próbował popełnić samobójstwo. Tyle fakty.

Reklama

Jeszcze nim pojawiła się informacja, że prokurator Przybył przeżył, już politycy dali głos. I to jaki. Beata Kempa rzuciła, że w polskim wymiarze sprawiedliwości nie dzieje się najlepiej pod rządami Platformy Obywatelskiej. Ruch Palikota, że konieczna jest komisja śledcza. A poseł Stefan Niesiołowski ogłosił ni mniej ni więcej, że „on (prok. Przybył) jest w jakimś stopniu niezrównoważony (...) Wyjaśnienia szukałbym w stanie jego umysłu i zdrowia”.

Wiem, wszyscy wiedzą – polityka to teatr. Aktorzy muszą grać dobrze, inaczej nie dostaną następnych ról, reżyser tak prowadzić przedstawienie, by publiczność chciała płacić za bilety, a krytycy razić celnie, inaczej zginą wśród tłumu im podobnych. Ale czasami, zwłaszcza w sytuacji takiej jak ta, trzeba przerwać spektakl, spuścić kotarę, wstrzymać się od komentarzy i poczekać w ciszy. Samobójcza próba czynnego prokuratora, w dodatku prawie publiczna, jest wydarzeniem bez precedensu i powody, które pchnęły płk. Przybyła do tego czynu, wymagają dokładnego wyjaśnienia. Jego oskarżenia o próbę ukręcenia łba korupcyjnemu śledztwu – bo tak należy rozumieć wypowiedź na konferencji – również. Zwłaszcza że w tle jest konflikt między prokuraturami cywilną i wojskową, a jego publiczna odsłona nie wpłynie dobrze ani na jakość pracy prokuratorów, ani na społeczne postrzeganie wymiaru sprawiedliwości jako takiego. Sprawa jest zbyt poważna, by zostawić ją politycznym sępom.