Rezultaty wizyty prezydenta Andrzej Dudy w Waszyngtonie nie zaprzeczają tej tezie, mimo iż przynoszą dalsze zacieśnienie sojuszu (zwłaszcza na polu militarnym) z USA. Jednak polska polityka zagraniczna od dawna przypomina dryfujący statek, płynący tam, gdzie poniesie go wiatr. Skoro Rosja najpierw najechała Gruzję, a potem wznieciła wojnę w ukraińskim Donbasie i anektowała Krym, naturalnym odruchem jest rozglądać się za protektorem zdolnym ostudzić imperialne apetyty Władimira Putina.

Zdolność Unii Europejskiej zagwarantowania komukolwiek wsparcia militarnego jest więcej niż wątpliwa. Warszawa od lat szuka więc oparcia w Stanach Zjednoczonych. Z przerwą za czasów pierwszej prezydenckiej kadencji Baracka Obamy. Wówczas tandem premier Tusk i minister spraw zagranicznych Sikorski postawił na zbliżenie z Kremlem i ścisły związek z Berlinem. Czemu prezydent Rosji okazywał życzliwość, póki nie postanowił zająć się zbrojnie wewnętrznymi sprawami Ukrainy. Przekreślając tym polskie usiłowania, odgrywania roli unijnego eksperta w polityce wschodniej i zmuszając Warszawę do przeproszenia się z Waszyngtonem. Od tego momentu trwa faza głębokiego dryfu, który utrwalił się za rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Wiatr historii pcha nas w stronę coraz mocniejszego związku z USA, a obecnie rządzący III RP traktują go, jako dziejową konieczność. Dającą tą kojącą świadomość, iż nie trzeba zdobywać się na wysiłek intelektualny dla szukania alternatyw. Dryfowanie jest bardzo wygodne, lecz dla kraju znajdującego się w "strefie zgniotu" bywa zabójcze. To pojęcie, używane od pewnego czasu przez autorów "Nowej Konfederacji", bardzo obrazowo oddaje sytuację Polski. W ciągu ostatnich trzystu lat, gdy następowały przesilenia dziejowe, a mocarstwa zderzały ze sobą, z Polaków zazwyczaj zostawała mokra plama. Jej powstaniu towarzyszyła często heroiczna walka i bohaterskie czyny naszych przodków, ale i tak na koniec była wciąż tą samą mokrą plamą.

Przez ostatnie trzysta lat notorycznie powtarzane są trzy te same błędy. Polscy przywódcy podrywają naród do walki, gdy należy się układać. Kapitulują, kiedy trzeba do końca walczyć. A przede wszystkim nic nie robią w momentach trwania jeszcze szansy na samodzielne wydostanie się ze "strefy zgniotu". Lista przykładów tych trzech kardynalnych błędów jest długa i bolesna, bo stoją za nimi chwalebne klęski. Poczynając od konfederacji barskiej, której beznadziejna walka z wojskami rosyjskimi skłoniła Katarzynę II do przyjęcia, wciąż ponawianej propozycji Fryderyka Wielkiego, podzielenia się ziemiami Rzeczpospolitej.

Sukcesem miała być Konstytucja 3 Maja przyjęta na drodze zamachu stanu, gdy posłowie opozycji wyjechali ze stolicy na święta wielkanocne. Radykalna reforma i sposób jej przeprowadzenia, gdy Rosja kończyła zwycięską wojnę z Turcją, zapowiadały nieuchronną inwazję. Gdy nadeszła, zamiast bić się do końca, mając dobrze uzbrojoną armię i znakomitych generałów, Stanisław August wolał kapitulować przed byłą kochanką i zdrajcami z Targowicy. Insurekcja Kościuszkowska wybuchła w najgorszym z momentów, nie mając szansy powodzenia. Olbrzymie szanse na militarne triumfy zaprzepaściła armia Królestwa Polskiego podczas powstania listopadowego. Ale wówczas przywódcy zamiast o walce myśleli głównie o negocjacjach z carem. Choć on negocjować z buntownikami nie zamierzał. Dokładnie odwrotnie działo się podczas powstania styczniowego. Walczono do końca, mimo iż ani przez chwilę nie zaistniał nawet cień możliwości odniesienia zwycięstwa. Zupełnie jak podczas Powstania Warszawskiego. I tak dalej i tak dalej. Na tym tle zwycięska wojna z bolszewicką Rosją w 1920 r. jawi się jak dziejowa aberracja, bo ówczesne decyzje okazywały się trafne i na czasie.

Czego nie można już powiedzieć o polityce prowadzonej kilkanaście lat później, gdy II RP znalazła się w wyjątkowo paskudnej "strefie zgniotu". Wbrew powracającemu od lat sporowi, czy na początku 1939 r. popełniono błąd, nie wychodząc naprzeciw płynącym z Berlina zachętom do zawarcia sojuszu, należy wreszcie dostrzec, iż wówczas na jakiekolwiek manewry było za późno. Rzeczpospolita nieuchronnie dryfowała w stronę wojny z III Rzeszą. Sojusz z Hitlerem był niemożliwy z bardzo wielu przyczyn. W Polsce ani obóz władzy, ani opozycja takiego manewru politycznego nigdy nie brały pod uwagę. W czym panowała pełna zgodność z korpusem oficerskim i zwykłymi obywatelami. Polacy uwielbiali Francję, podziwiali Wielką Brytanię i serdecznie nienawidzili Niemców. Ktokolwiek by się poważył publicznie choćby proponować odwrócenie sojuszy, skazywał się na śmierć polityczną.

Poza tym alians z III Rzeszą oznaczał nieuchronną wojnę z ZSRR. Dobrze zaś pamiętano, co zostało z armii Księstwa Warszawskiego, gdy wraz z Napoleonem pomaszerowała na Moskwę. Szansa na wyjście ze "strefy zgniotu" istniała wcześniej. Niedługo po przejęciu przez Hitlera władzy, gdy Piłsudski rozważał koncepcję wojny prewencyjnej i trwała aż do decyzji o rozbiorze Czechosłowacji, podjętej w Monachium przez mocarstwa. Do jesieni 1938 r. Polska posiadała możliwości manewru. Jednak nie zdecydowała się na żaden radykalniejszy ruch, wychodzący poza balansowanie. Po czym wsparła na własną zgubę likwidację Czechosłowacji. Znikniecie tego państwa oznaczało postawienie siebie w roli następnej ofiary.

Doświadczenia trzystu lat nakazują więc robienie wszystkiego, by zawczasu próbować zapobiegać znalezieniu się w "strefie zgniotu", nim okaże się to niemożliwe. Wcześniej bacznie obserwując, jaka się szykuje. To z kolei wymaga patrzenia na świat z perspektywy głównych graczy oraz ich interesów.

Dziś dla Waszyngtonu kluczową sprawą jest zapobieżeniu zdominowania światowej gospodarki przez Chiny. W tej wielkiej grze jest mnóstwo wątków pobocznych. Stany Zjednoczone muszą pilnować własnych interesów w licznych zakątkach globu. Jeśli to zaniedbają, łatwiej utracą posiadaną jeszcze przewagę. Potrzebują więc sojuszników, ściśle związanych z Ameryką i od niej zależnych. Dlatego Donald Trump m.in. zadaje sobie tyle trudu, żeby wyłuskać Wielką Brytanię z Unii Europejskiej i sprawić, by Londyn nie miał już innej alternatywy poza Waszyngtonem. Również Europa Wschodnia zyskuje dla niego na znaczeniu, bo coraz mniej pewnym sojusznikiem staje się Turcja. Prezydent Erdogan odcina się od wpływów Zachodu, w czym ma pomóc zbliżenie z Rosją. Wolta Ankary otwiera przed Polską szansę na zostanie dla Ameryki sojusznikiem wyższej rangi. Zwłaszcza, że Rosja nie zamierza wspólnie z Ameryką okrążać Chiny. Choć byłoby to dla Waszyngtonu rozwiązanie optymalne, okazuje się ono niemożliwe z racji obsesyjnego pragnienie prezydenta Putina do złamania amerykańskiej dominacji w świecie.

W tej układance wzajemnych powiązań i mocarstwowych interesów dla III RP wydaje się najważniejszy kolejny wątek. W czasie, gdy polska para prezydencka bawiła w Białym Domu, w Berlinie elity polityczne debatowały nad tezami premiera Saksonii Michaela Kretschmera. Należący do CDU polityk ogłosił na Twitterze na temat Rosji, iż: "Jeśli chcemy lepszych relacji, to musimy znieść sankcje". Nie jest to jedyny sygnał, że wraz z dokończeniem budowy Nord Stream 2 i odejściem Angeli Merkel, nastanie polityczna wiosna na linii Berlin - Moskwa. Wojny handlowe toczone przez Donalda Trumpa boleśnie uderzają w niemiecki eksport będący fundamentem prosperity. Z kolei Rosja oferuje tanie surowce - zwłaszcza gaz - niezbędny do dokończenia zaplanowanej w Niemczech transformacji energetycznej. Ameryka, chcąc osłabić Chiny, podnosi bariery celne. Niemcy, aby utrzymać swe bogactwo, muszą walczyć o utrzymanie wolnego handlu w skali całego świata. Polityczna zima, już panująca w relacjach między USA a RFN (a więc też Unią Europejską), może być jeszcze mroźniejsza. Wspólne interesy zwiastują stopniowe zbliżenie Moskwy z Berlinem, a więc też za pewien czas z Paryżem. Walczące o zachowanie swej dominującej pozycji Stany Zjednoczone muszą tę oś osłabiać. Polska zaś znajduje się w idealnym punkcie, by taką rolę pełnić. Trudno zaprzeczyć, iż wygląda to jak wzorcowa "strefa zgniotu". Trzeba więc uważnie baczyć, czy ten hipotetyczny scenariusz nie staje się rzeczywistością. Bo, gdy tak się dzieje, zwykle czasu na szukanie dróg wyjścia pozostaje bardzo mało.