Noszenie maseczki czy przyłbicy to niewielka cena, jeśli alternatywą jest kolejny lockdown państwa. Wszyscy chyba pamiętamy atmosferę zamknięcia w czterech ścianach, opustoszałe ulice czy absurdy w postaci zamkniętych lasów. Mimo to wciąż wielu rodaków - świadomie lub nie - najwyraźniej dąży do tego, by te czasy wróciły, bo maseczek nie nosi.

Reklama

Na dzisiejszej konferencji w Ministerstwie Zdrowia, na której ogłoszono politykę “zero tolerancji”, można było odnieść wrażenie, że część obywateli jest zwyczajnie nieodpowiedzialna i nastawiona egoistycznie. Może jednak te osoby wciąż pamiętają byłego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego z czasów, gdy maseczek odradzał, zamiast przypomnieć go sobie z czasów późniejszych, gdy maseczki był skłonny kupić nawet “od diabła”? A może pamiętają premiera Morawieckiego bez maseczki w kinie (bo to przecież był “prywatny” pokaz, a - jak wiemy - takie spotkania koronawirus omija szerokim łukiem) lub widzieli zdjęcia z ostatnich “bezmaseczkowych” narad opozycji u marszałka Senatu?

Tak czy inaczej niektórzy rodacy maseczek nie noszą albo zrobili z nich “pieluchy na podbródek”. Jedni robią to ostentacyjnie, uznając, że dodaje im to animuszu lub stanowi celebrację ich przyrodzonej wolności. Inni udają, że noszą, a w razie jakiejś kontroli jednym zwinnym ruchem naciągną maseczkę z powrotem na usta i nos.

I tu na moment pozwolę sobie na osobiste obserwacje. Nie ma dnia, bym jadąc komunikacją miejską w Warszawie, nie napotkał delikwenta, który wychodzi z założenia, że to inni pasażerowie powinni się męczyć i nosić maseczki. W sobotę wieczorem byłem przerażony obrazkiem, jaki napotkaliśmy z żoną w jednej z “modnych” knajp na warszawskim Żoliborzu. Tłum ludzi, ciasno, zakręcająca kolejka do baru oraz wzrok osób zdziwionych, że weszliśmy do lokalu w maseczkach. Na szczęście minutę później byliśmy już w zupełnie innym miejscu.

Moje obserwacje, jak mniemam, nie są odosobnione. Dlatego nie dziwię się, że minister zdrowia i komendant główny policji postanowili wdrożyć taktykę “zero tolerancji” dla takich zachowań. Za kilka dni brak maseczki w miejscach, gdzie jest to wymagane, będzie surowiej karany przez policję. Byłoby tak zapewne wcześniej, ale zawodziła legislacja. Przepisy pozwalają na niezasłanianie twarzy i nosa ze względu na dysfunkcje wymienione w rozporządzeniu. I to bywa nadużywane. - Policjanci skarżyli się, że niektóre osoby nie nosiły maseczki, tłumacząc się rzekomą chorobą psychiczną. Jak w takiej sytuacji policjant miał stwierdzić taką chorobę? Już wolał zakończyć sprawę pouczeniem - przyznaje mój rozmówca z kręgów rządowych. To nastawienie najlepiej obrazują statystyki przytoczone dziś przez samego szefa policji - z 2150 odnotowanych przypadków naruszeń obowiązku noszenia maseczki zaledwie 100 zakończyło się mandatami, a 50 - wnioskami o ukaranie.

Stąd planowana zmiana, która zakłada, że od soboty trzeba będzie się wylegitymować zaświadczeniem potwierdzającym takie dolegliwości bądź dysfunkcje. Inaczej trzeba będzie się liczyć z mandatem do 500 zł. Jednocześnie jednak to zmiana, która przypomina ewolucję podejścia Ministerstwa Zdrowia do samych maseczek. Jeszcze w sierpniu na łamach DGP pisaliśmy, że z szykowanego wówczas na wrzesień projektu rozporządzenia usunięto obowiązek przedstawiania zaświadczenia potwierdzającego niemożność zakrywania ust i nosa ze względów zdrowotnych. Taki ruch doradzili ministerstwu specjaliści, a ponadto obawiano się, że przeciwnicy maseczek zaczną masowo kolędować do lekarzy po zaświadczenia. Co się w takim razie zmieniło? Od urzędników słyszymy, że przy obecnej skali zakażeń koronawirusem każdy lekarz zapewne kilka razy się zastanowi, zanim wypisze pacjentowi “lewe” zaświadczenie. Uznano też, że lekarze nie będą tak łatwo dowierzać pacjentom - przypadki, w których zakrywanie ust i nosa jest absolutnie wykluczone, są naprawdę rzadkie.

Szykowane rozporządzenie ma także spowodować, że skończą się potańcówki w barach i restauracjach, a więc lokalach, które raczej nie kojarzą się akurat z taką aktywnością. - Bywało tak, że policjant wchodzi do pubu, gdzie trwa regularna impreza, a barman mówi, że on tylko puścił muzykę. Tak już nie będzie. W takiej sytuacji wszczęte zostanie wobec właściciela lokalu postępowanie administracyjne w sanepidzie z możliwością nałożenia kary w wysokości 30 tys. zł - tłumaczy osoba z resortu zdrowia. W czerwonych strefach lokale gastronomiczne będą musiały być zamknięte po 22. Co do zasady kierunek słuszny, wzorowany na innych krajach, ale wciąż nasuwający kilka wątpliwości. Czy przed godz. 22 wirus się nie rozprzestrzenia? Czy na początek nie wystarczy zakaz tańców i nadmiernego mieszania się gości (oraz bezwzględna egzekucja tego zakazu) i w zamian pozwolić lokalom funkcjonować dłużej w reżimie sanitarnym? Albo dlaczego nie można tańczyć w pubie, ale na weselu już tak? Czy w okolicznościach weselnych ryzyko zakażenia jest mniejsze niż w knajpie? Tu jednak argumentem, który trzeba brać pod uwagę, jest chęć nie dożynania branży weselnej i nie komplikowania ludziom ich życiowych planów (w języku polityki powiedzielibyśmy o chęci nie narażania się wyborcom). Dlatego na razie zdecydowano się kolejny raz przyciąć liczbę gości. I tak w strefie zielonej dopuszczalna liczba uczestników imprez zmaleje ze 150 do 100, w strefie żółtej - ze 100 do 75, a w strefie czerwonej pozostanie limit 50 osób. Choć trzeba pamiętać, że dla wielu par już takie rozwiązania oznaczają niemałe komplikacje.

Ciekawym pomysłem, choć spóźnionym, wydaje się też zaangażowanie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (RCB) i jego systemu SMS-owych powiadomień w informowanie Polaków o wprowadzanych strefach żółtych i czerwonych. To właściwie dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, wiedzy o aktualnej sytuacji epidemicznej w kraju nigdy za wiele, a po drugie - samo RCB będzie miało okazję zatrzeć złe wrażenie, że najsprawniej działa wtedy, gdy trzeba rozesłać SMS-y z informacją, kto może zagłosować bez kolejki w wyborach prezydenckich. Szkoda tylko, że usługa będzie daleka od doskonałości. Wiadomości mają hurtem wyjść do posiadaczy telefonów komórkowych w piątek po południu, na chwilę przed aktualizacją mapy żółtych i czerwonych stref. Bardziej logicznym rozwiązaniem byłoby informowanie SMS-em kogoś, kto do jednej z takich stref wjedzie. Tak też widziałby taką usługę rząd, jednak pojawiła się obawa, że taki system byłby nie do udźwignięcia z uwagi na mobilność ludzi. W rezultacie SMS o tym, że znajdujemy się np. w strefie czerwonej, mógłby do nas dotrzeć dopiero po kilku godzinach, gdy być może już dawno zagrożony obszar opuściliśmy.

Na koniec miły akcent. Urzędnicy Ministerstwa Zdrowia wreszcie doszli do wniosku, że skoro chcą, by rodacy zaczęli maseczki nosić, warto byłoby zacząć od siebie i dać dobry przykład. Dlatego dziś w resorcie zapadły decyzje, że na wszystkich kolejnych konferencjach prasowych minister i jego rzecznik będą występować w maseczkach. Ciekawe, czy zwyczaj ten podchwycą inni politycy, np. parlamentarzyści, których wczoraj - z uwagi na wykrytego koronawirusa u wicemarszałka Sejmu Piotra Zgorzelskiego - prędzej można było znaleźć w jednym z punktów pobierania wymazów na obecność koronawirusa niż w gmachu przy ul. Wiejskiej.