Dziennik Gazeta Prawana logo

Subiektywna instrukcja obsługi telewizji

20 września 2008, 01:42
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Subiektywna instrukcja obsługi telewizji
Inne
Jeśli do wyboru macie "Taniec z gwiazdami", "Mam talent", nowy program Joli Rutowicz albo Moniki Richardson, lepiej dajcie spokój i zmieńcie kanał - radzi w DZIENNIKU pisarz Jakub Żulczyk, autor m. in. głośnego "Radia Armagedon".

„Fabryka gwiazd” ma być chyba połączeniem "Baru", "Idola", "Przebojowej nocy" i Bóg wie, czego jeszcze. W założeniu polska wersja programu, który we Francji dorobił się już ośmiu edycji, będzie chyba show totalnym, idealnym połączeniem wszystkiego, co odniosło sukces w polskiej telewizji. Zmagania odizolowanych od świata, chcących zostać bohaterami bloga Pudelek nieszczęśników jako reality show, jury, którego największą atrakcją jest raper Tede (co by nie mówić, chyba najinteligentniejszy uczestnik programu), prowadzący Maciek Rock i planowane koncerty prawdziwych gwiazd - Rihanny i Alicii Keys. To ostatnie to prawdziwa rewolucja, biorąc pod uwagę, że jeszcze do niedawna w mniemaniu polskiej telewizji zagranicznymi gwiazdami byli Chris Rea lub dziewczyna Bonda sprzed 40 lat. Co z tego wyniknie, poza rekordową oglądalnością? Pewnie nic prócz kilku marnych teledysków i tysiąca egzemplarzy sprzedanej płyty zwycięzcy.

W reakcji na gwiazdorską fabrykę Polsatu TVN serwuje nam program dużo skromniejszy - polski odpowiednik "Got talent", w którego brytyjskiej edycji objawił się znany już na całym globie śpiewak operowy, który przedtem handlował używanymi telefonami. Ciekawe, czy w polskiej wersji będziemy świadkami podobnego wielkiego triumfu małego człowieka. Jak na razie na YouTube można pooglądać znany już z "Idola" festiwal mutantów, plus, oczywiście, jury - eksrockmankę Chylińską, eksdziennikarza muzycznego Wojewódzkiego i eksaktorkę Foremniak. Wszystko to było już grane setki razy i mam jedynie nadzieję, że dojdzie do jakiegoś zaskoczenia i program wygra jogin bądź recytujący od tyłu książkę telefoniczną autysta. Inaczej - zmieniam kanał.

"Czas honoru" bez wątpienia będzie tzw. świętą krową tego sezonu w polskiej telewizji. Po pierwsze opowiada o Polakach podczas II wojny światowej. Po drugie jest bez wątpienia tegoż sezonu najdroższą produkcją - sądząc po trailerze, na pewno droższą niż "Tajemnica twierdzy szyfrów". Po trzecie, gra w nim Maciek Zakościelny, zapewne grający w tym serialu Maćka Zakościelnego, który zamiast standardowego gajeru z Wólczanki będzie miał na sobie skajówę "cichociemnego" i lotnicze gogle. Że serial będzie prezentował wersję historii o poziomie gładkości "Przygód młodego Indiany Jonesa", to pewne; nie zapominajmy, że niedawno odebrano trzy miliony złotych dotacji filmowi o Westerplatte dlatego, że w scenariuszu bohaterowie piją wódkę. Zakościelny na pewno nie wypije ani grama i na pewno dożyje końca ostatniego odcinka.

Chciałbym poznać tę siedzącą na co dzień w ciemnym pokoju osobę rodem z "Mulholland Drive", która wymyśla tych wszystkich bohaterów masowej wyobraźni Polaków, która wymyśliła parę lat temu, że do "Baru" ma przyjechać Radosław Majdan i bzyknąć Dodę w toalecie, i która teraz wymyśliła, żeby Jolę Rutowicz - dziewczynę o intelekcie wykładziny i aparycji transwestyty - wepchnąć w ramiona Jarosława Jakimowicza, zużytego aktora z filmu "Młode Wilki". Uścisnąłbym mu rękę i starałbym się nie patrzeć temu demonicznemu mastermindowi prosto w oczy. Bierzesz niepiśmienną, potworną babę i sklejasz ją z najbardziej przegranym życiowo aktorem - to brzmi jak notka promocyjna powieści Breta Eastona Ellisa, a jest jeszcze lepiej. To program telewizyjny na TV 4. Naprawdę, to najważniejsza rzecz w historii polskiego TV od czasu tego show, w którym Doda robiła prawo jazdy.

Porzućcie wszelką nadzieję. Tygrys nikogo nie zje.

W zalewie niepiśmiennych gwiazd naszej telewizji, kartonowych seriali i tańców z gwiazdami na lodzie zawsze można znaleźć dwie lub trzy dobre rzeczy i z reguły są to amerykańskie seriale. Problem w tym, że zawsze pierwszy sezon leci z trzyletnim opóźnieniem, i wszyscy zdążyli go już ściągnąć z internetu. A jeśli ktoś zacznie oglądać serial kalibru "Dextera" w telewizji, szybko wścieknie się tygodniowymi odstępami, ściągnie cały sezon z internetu i obejrzy go sobie naraz, korzystając z jakiejś wolnej soboty lub niedzieli. W każdym razie, biorąc ramówkę polskiej TV całościowo, "Dexter" to jedna z niewielu rzeczy wartych oglądania: Michael C. Hall jako tytułowy Dexter - seryjny morderca z zakodowanym kręgosłupem moralnym - jest po prostu fenomenalny, a sama konwencja - bracia Coen spotykają "Milczenie owiec", spotykają serial policyjny - wyjątkowa. Ale to amerykańska robota, po pierwsze. Po drugie w internecie nie będzie przerywania rekla... OK, nic nie mówiłem.

"Taniec z gwiazdami 8" jest dowodem na jedno - złoża osób, które pragną drugiej, medialnej młodości, w Polsce są przynajmniej takie, jak zapasy ropy w rosyjskiej części Arktyki. Co ciekawe, w ósmej edycji biorą udział co najmniej dwie osoby, które rzeczywiście szanuję - Paweł Stasiak, który, jakby nie było, wyśpiewał jedną z najlepszych polskich piosenek pop ("Nasz Disneyland"), i Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, który zajmuje się jednym z najmniej pretensjonalnych i najbardziej szanowanych sportów na świecie, czyli praniem po pysku. Aha, z ostatniej chwili: Paweł Stasiak już odpadł, cała nadzieja w "Diablo". Co tu dużo pisać: przed nami jeszcze jakieś siedem sezonów tego wirującego seksu - gdzie Banda i Wanda, gdzie Hanna Bakuła, gdzie Magda Femme? I gdzie raperzy z 18L?

Jeśli uważacie, że telewizja powinna pełnić przede wszystkim funkcję edukacyjną, lepiej sprawdźcie, co na Wspólnej. W "Californication" David Duchovny gra pisarza, który pije ilości alkoholu zarezerwowane dla pisarzy, wciąga kokainę z ciał dziewcząt o rozrywkowym trybie prowadzenia się, nie może dojść do siebie po rozstaniu ze swoją byłą kobietą, aha, jest autorem książki o tytule "Bóg nienawidzi nas wszystkich", uprawia seks z szesnastoletnią córką nowego partnera swojej byłej kobiety, do tego rzuca laptopami o ściany i słucha Dylana z płyt winylowych. Poza tym w serialu występują Natasha McElhone i Evan Handler, serial jest zrobiony dla Showtime i jest najlepszą rzeczą, jaką zobaczycie w telewizji w tym sezonie.

Monika Richardson idzie dalej torem wytyczonym przez "Europa da się lubić" - zaznajamiania Polaków z obcymi narodowościami i zaszczytnej misji przygotowywania podłoża pod społeczeństwo multi-kulti. Moim skromnym zdaniem idea programu jest tak samo obraźliwa dla Polaków, którzy wychodzą wszyscy na fanów Rydzyka, jak dla obcokrajowców, którzy z założenia są traktowani jak jakiś obcy element, który musi się na siłę zasymilować w naszej tak obcej i złej dla przyjezdnych zza granicy rzeczywistości. Więc jeśli ktoś chce pękać do rozpuku, oglądając Senegalczyka, który chce zapytać kogoś, "gdzie jest sklep spożywczy", a następnie poprosić w nim o "śmietanę osiemnaście procent do zupy", i jeszcze robić to pod płaszczykiem światłego, likwidującego bariery międzykulturowe i antyksenofobicznego programu, to proszę bardzo. Ja zmieniam kanał, i niech już będzie nawet Fort Boyard. Może jednak tygrys kogoś zje?

Idea zachodniego formatu była, jak zwykle, dużo ostrzejsza niż w rzeczywistości - bierzemy pewną ilość gwiazdek płci pięknej, upijamy je, każemy rozmawiać im na drażliwe tematy typu liczba kochanków, cellulitis albo depilacja intymna, a następnie szowinistyczny prowadzący konfrontuje je z opinią publiczności. Oczywiście w polskiej wersji polskie gwiazdy przyjęły wersję sztafety przymilania się do siebie nawzajem, Borys Szyc jest równie drażniący i szowinistyczny co Bogusław Kaczyński, a tematy oscylują wokół wyglądu na starość i przepisów kulinarnych. O zachowawczości naszej telewizji można byłoby napisać tomy, ale są granice.

Zapowiada się coś rzeczywiście ciekawego: człowiek podłączony do wykrywacza kłamstw ma odpowiedzieć na 21 intymnych pytań. Jak intymne będą to pytania, zobaczymy na jesieni albo nawet na wiosnę, kiedy program w końcu ma ruszyć - jednak raczej nie spodziewajmy się żadnych znanych z zachodnich formatów pytań o liczbę skoków w bok. Mam podejrzenia, że wszystko będzie równie niebezpieczne jak "Familiada".

I na koniec - znowu znakomita telewizyjna robota z Zachodu. Kilka sekund Rzymu kosztowało prawdopodobnie więcej niż całe "Quo Vadis", ale opłaciło się - mamy jeden z najlepszych historycznych filmów w historii, który trwa do tego jakieś dwadzieścia cztery godziny! Tak jak wspomniane obok dwa inne amerykańskie seriale "Rzym" to kolejny znakomity punkt ramówki i bez dwóch zdań fantastyczna scenariuszowa, reżyserska, aktorska i dekoracyjna robota o wielkich walorach poznawczych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj