Było to duże międzynarodowe wydarzenie polityczne, które - między innymi ze względu na udział w nim Dalajlamy - zwróciło oczy Europy i świata na Polskę. Ważne, iż
osobą, która najmocniej podkreślała historyczną rolę "Solidarności", był prezydent Francji.
Pokojowy Nobel dla Lecha Wałęsy w 1983 r. był nagrodą dla "Solidarności", a dopiero potem dla jej przywódcy. Taki był wtedy jej powszechny odbiór i takie było również
kiedyś stanowisko samego laureata. Teraz nieco te proporcje się zmieniły, co nie zmienia faktu, że Nobel dla Polaka, dla przywódcy polskiego marszu do wolności w latach 80., jest niezwykle
ważną rocznicą dla państwa polskiego.
Nie mogę brać odpowiedzialności za interpretacje medialne tego wydarzenia. Zadania IPN nie sytuują się w obszarze politycznym, ale naukowo-edukacyjnym i śledczym. Tymczasem ta uroczystość
była imprezą polityczną, zresztą bardzo dobrze przysługującą się Polsce. Uroczystości rocznicowe nie mają wpływu na ustalenia naukowe.
Autorzy tej książki należą do czołówki historyków w swoim pokoleniu.
Każdy ma prawo prowadzić badania naukowe - kryterium oceny jest poziom merytoryczny, a nie wiek. Miejsca w historii Lechowi Wałęsie nikt nie odbierze i nie znam nikogo, kto by to chciał
uczynić. Nie sądzę też, by ktokolwiek chciał blokować wolne badania nad fenomenem "Solidarności" i mechanizmami funkcjonowania jej przywództwa. Nie przeciwstawiałbym też
emocjonalnego wezwania pana premiera przepisom obowiązującej ustawy. Według jej zapisu do katalogu osób rozpracowywanych przez bezpiekę nie mogą być zaliczone osoby, wobec których zachowały
się dokumenty świadczące o ich współpracy z bezpieką, niezależnie od tego, czy trwała miesiąc, czy kilkanaście lat. Zawsze uważałem, że zapis ten jest niepotrzebny. Lech Wałęsa jest
symbolem sukcesu strajku z 1980 r. i całej konspiracji solidarnościowej lat 80., to najlepsze lata jego życia, jest to oczywiste. Żadna publikacja IPN nie podważa tych faktów. Ale historia nie
składa się z samych prostych prawd.
IPN istnieje od 2000 r., zaś zagadnieniem dziejów opozycji i "Solidarności" na większą skalę zaczął się interesować od ok. 2006 r. Naprawdę uważa pan, że to zbyt
szybko? Waga problemu Wałęsy polega na tym, że poza epizodem współpracy z początku lat 70. znaczenie miało również to, jak interpretowano konsekwencje tego faktu. Przecież Lech Wałęsa
zerwał tę współpracę i przegonił esbeków, którzy próbowali nawiązać z nim ponowne kontakty. Dla narodowego poczucia dumy po prostu ważne staje się to, czy wielki strajk, oceniany jako
zwrot w historii krajów komunistycznych, był sterowany przez władzę, i czy konspiracja solidarnościowa była autentyczna. Przecież wątpliwości co do czystości Wałęsy były podnoszone z
różnych stron przy okazji walki o władzę w "Solidarności". I to nie tylko tej, która go obecnie atakuje, ale i tej, która go teraz broni, a wtedy reprezentowanej na przykład
przez Jacka Kuronia. Jeszcze całkiem niedawno - przy okazji dyskusji wokół służby w Waffen-SS Guentera Grassa - charakterystyczne były publicystyczne sugestie Adama Michnika. Jeśli mamy być
dumni z historii "Solidarności", musimy być pewni, że nie był to proces sterowany. Musimy mieć pewność, że błędy kierownictwa "S" były popełniane na
własny rachunek, a zwycięstwa były autentycznymi sukcesami tego ruchu.
Wałęsa był suwerenny w swoich decyzjach politycznych i choć bezpieka próbowała wywierać na niego wpływ, to nie był przez nią sterowany.
PRL była państwem policyjnym, w którym Służba Bezpieczeństwa starała się sterować procesami politycznymi i nie inaczej było w przypadku "Solidarności". Bezpieka
realizowała własne zadania i założenia, ale nie ma to związku z zarzutem o agenturalność Wałęsy.
IPN nie jest od kreowania symboli, od historycznej politgramoty czy ideologii. Gdyby tak było, to przy tylu zakrętach politycznych od 2000 roku stałby się własną parodia. Prawda, nawet ta,
która bardzo boli, jest wielkim sprzymierzeńcem odbudowy polskiej tożsamości. Jako naród zdaliśmy najważniejsze egzaminy lat 1939 - 1989, choć cena bywała niezwykle wysoka. Dobrze się
stało, że powstała książka o Jedwabnem, że wydaliśmy prace o Ponarach, o KL Warschau czy pogromie kieleckim, że wydajemy źródła dotyczące stanu wojennego. IPN nie cofa się przed
pójściem pod prąd dominującej opinii w danym środowisku, jeśli jest ona sprzeczna z wynikami badań naukowych.
Jacek Kuroń wolny od takich uwikłań jak Lech Wałęsa był jednak w młodości zaangażowany przecież w coś znacznie gorszego - w aktywną afirmację komunizmu. Służba ideologii
komunistycznej, i to w sposób tak wyrazisty, nie jest rzeczą, która powinna być pomijana przez jego przyszłego biografa. Sam Kuroń zresztą w sposób intelektualnie odważny i godny szacunku
tego okresu swego życia nie przemilczał w swej autobiografii. A co do biografii przywódców komunistycznych - w drugiej połowie przyszłego roku powinna się ukazać biografia generała Kiszczaka
autorstwa Pawła Piotrowskiego. Wydajemy i będziemy wydawać zbiory dokumentów o poszczególnych środowiskach opozycyjnych, także o KOR. Na przełom lutego i marca 2009 roku planujemy edycję
pierwszego tomu dokumentów o rozpracowywaniu przez SB księdza Jerzego Popiełuszki. Książka o Lechu Wałęsie była potrzebna choćby z punktu widzenia naszych programów badawczych dotyczących
aktywności SB wobec poszczególnych grup opozycyjnych, środowisk literackich i twórczych. W przyszłym roku ukaże się książka o opozycji przedsierpniowej w Gdańsku w świetle dokumentów SB.
Wydanie takiego zbioru nie miałoby sensu, gdyby wcześniej nie został opisany problem uwikłania Wałęsy. Przecież nie mogliśmy tej historii zawrzeć w postaci jednego przypisu.
IPN nie jest arbitrem klasy politycznej. Intencją wydania książki o "Ruchu" było ukazanie organizacji - jej zakresu działania, planowanych akcji, ludzi, okoliczności jej
rozbicia przez SB. Zawarte w niej źródła stanowią wybór z ponad 100 tomów akt. Nie jest celem zarówno tej książki, jak i jakiejkolwiek innej publikacji sygnowanej przez IPN udowadnianie, że
ktoś się źle czy dobrze zachowywał.
Robimy to, co do nas należy, a w tym przypadku pokazaliśmy "Ruch" jako środowisko polityczne i jego znaczenie. Możemy się spierać o interpretację zjawisk i faktów
historycznych, ale nie będziemy rozsądzać bieżących sporów politycznych.
Kontekst historyczny został przedstawiony w naszej publikacji. Dostępne pozostają też dla każdego badacza i dziennikarza materiały archiwalne w tej sprawie. IPN nie jest instytucją
nauczającą klasę polityczną.
Dzięki niej możemy powiedzieć, że w trumnie spoczywa Sikorski, a stwierdzone obecnie jego obrażenia mogły powstać w wyniku katastrofy. Nie mamy jednak jeszcze pewności, jaka była przyczyna
jego śmierci. Poza tym społeczeństwo otrzymało sygnał, że państwo polskie zrobiło wszystko, co w jego mocy, by tę sprawę wyjaśnić, podobnie jak w przypadku Katynia, gdzie w ciągu
kilkudziesięciu lat ciała oficerów ekshumowano trzykrotnie. W końcu sprawa dotyczy premiera rządu RP, naczelnego wodza, człowieka, który zginał w tajemniczych okolicznościach i po śmierci
został wrzucony do trumny w sposób skandaliczny. Dopiero podczas tej ekshumacji ciało generała zostało wyjęte z plastikowego worka, do którego włożyli go Anglicy. Widziałem wzruszenie
dowódcy II Korpusu Zmechanizowanego, który przykrywał szczątki generała mundurem, dawał mu swoje własne rękawiczki. Myślę, że dla wizerunku i ducha armii, także dla tożsamości państwa,
są to sprawy ważne.
To będą długie działania. Oczywiście szukać powinniśmy nie tylko w Anglii, także Niemczech, Rosji i może w USA. Jeśli chodzi o Rosję, to bądźmy realistami. Będziemy musieli sobie
odpowiedzieć na wiele pytań. Anglicy, którzy po 1945 roku przejęli niektóre siatki wywiadowcze polskiego wywiadu, przejęli również z pewnością dotyczące ich archiwalia. W związku z tym
powstaje pytanie, czy interes brytyjskiego wywiadu pozwala na ich ujawnienie. Teoretycznie mogłoby to grozić ujawnieniem źródeł wiedzy niezwiązanej z tajemnicą zamachu, sięgającej nawet lat
80., więc trudno się dziwić, że są to tego pomysłu nastawieni sceptycznie.
Jest mało prawdopodobne, by zrobili to Brytyjczycy. W ich demokratycznym systemie taka mroczna tajemnica nie utrzymałaby się przez kilkadziesiąt lat po wojnie. Zabójstwo Sikorskiego nie leżało
również w interesie Niemiec. Można stawiać pytanie, czy generała mogli zamordować Sowieci, ale przecież nie poprzez akcję komanda NKWD na Gibraltarze, ale w ramach jakiejś wyrafinowanej
intrygi chronionej pod parasolem ich agenta Kima Philby’ego, który był wówczas znaczącą postacią w brytyjskiej SIS na tamtejszym teatrze działań wojennych. Drugą ewentualnością
jest po prostu nieszczęśliwy wypadek.
Nie wydaje mi się, by mogli oni zabić naczelnego wodza w trakcie toczącej się wojny. Choć więził swoich przeciwników na Wyspie Wężów, to internowani tam oficerowie prosili go, by choć w
randze szeregowca mogli brać udział w wojnie. Moim zdaniem ówczesne poczucie honoru oficerskiego nie dopuszczało czegoś takiego.
Wyjaśnienie przyczyn śmierci Sikorskiego jest obowiązkiem państwa. To sprawy są równie istotne jak postęp naszej wiedzy i obalenie przynajmniej części hipotez. Może warto przypomnieć, jak
uporczywie i na różnych poziomach Amerykanie starają się rozwikłać zagadkę śmierci prezydenta Kennedy’ego. To nie są kwestie błahe, mimo że jest w Polsce gazeta, która
próbowała z tego czynić żart.
Państwo polskie powinno zawsze stać po stronie własnych obywateli i nie może się uchylać od upamiętniania własnych ofiar. Jeżeli będzie się uchylało, to nie będzie miało prawa
oczekiwać poświęceń. Państwo to my - a zatem jeśli nie będziemy szanowali własnych ofiar, nie powinniśmy oczekiwać szacunku od innych. Geopolityka jest równie ważna, ale w drugiej
kolejności. Zawsze mówię to otwarcie naszym ukraińskim partnerom i nie budzi to ich zdziwienia.
Trzeba tę prawdę głosić w taki sposób, by partner nie miał wątpliwości, że chodzi tylko o nią i nie kryje się za tym podtekst skierowany przeciwko jego obecnym interesom. Prawda może być
kłopotliwa, ale nie można z niej rezygnować.
W rzeziach wołyńskich zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, są szacunki, że liczba ofiar przekracza 100 tys. To zbrodnia ludobójstwa symboliczna dla wszystkich tych, którzy zostali
ekspatriowani z Kresów Południowo-Wschodnich II RP. To olbrzymie rzesze ludzi i pamięć o nich jest obecna w bardzo szerokich kręgach społecznych. Były to zbrodnie popełniane przez konkretną
organizację, Ukraińską Powstańczą Armię, która działała w imię ideologii integralnego nacjonalizmu mocno osadzonej w ówczesnych realiach.
Obecne reanimowanie pamięci o niej na Ukrainie wydaje się być z punktu wiedzenia ukraińskich interesów czymś ryzykownym. Ale takie decyzje są elementem dramatycznej walki Ukraińców o
reanimację czy wręcz budowę tożsamości narodowej. Pielęgnując pamięć o takich wydarzeniach jak rzeź wołyńska, powinniśmy zasiewać niepokój w duszach naszych przyjaciół. Mówić im,
że taka bezrefleksyjna cześć żywiona dla UPA może być ślepym zaułkiem dla ich własnej ideologii państwowej. Ale to do nich należy wybór, jakie elementy swej historii, przez długie okresy
przecież wspólnej lub równoległej z naszą, będą starali się akcentować. Jednego jestem pewien - dramatyczna debata jest lepsza niż bezrefleksyjny kult.
Myślę, że należy go osądzić. To człowiek, wobec którego nie mamy jasności, jak wyglądał początek jego związków z Sowietami. Nie ulega wątpliwości, że został zwerbowany przez
Informację Wojskową w okresie, gdy dowodzili nią oddelegowani sowieccy oficerowie. Był najmłodszym polskim generałem protestującym w 1956 roku przeciw odesłaniu sowieckich doradców
wojskowych z Polski, jako szef Głównego Zarządu Politycznego był odpowiedzialny za antysemickie czystki w LWP, dowodził polskimi jednostkami interweniującymi w Czechosłowacji, odpowiada też
jak zwierzchnik sił zbrojnych za pacyfikację robotniczych protestów na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Wreszcie jako autor stanu wojennego jest mordercą polskiej nadziei i marzenia o wolności.
Ostatnio odnaleziony kolejny fragment notatek Anoszkina jest kolejnym źródłem potwierdzającym znany już fakt, że prosił Moskwę o wprowadzenie wojsk w 1981 roku i pod ich parasolem chciał
wprowadzać stan wojenny.
Powinniśmy pilnować zasad prawa. Tak jak ścigamy zbrodniarzy hitlerowskich, tak powinniśmy ścigać zbrodniarzy komunistycznych, jeżeli im te zbrodnie udowodnimy. Generałowie Kiszczak i
Jaruzelski to osoby odpowiedzialne za utrzymanie systemu komunistycznego w późnym okresie PRL. Nie widzę przeciwwskazań, by gen. Jaruzelski był ścigany tak jak ścigany był Klaus Barbie.
Każdy sezon polityczny ma swoją specyfikę. IPN nie jest instytucją sezonową i jego działania nie mogą być dostosowywane do bieżących uwarunkowań i oczekiwań, choć należy je dostrzegać.
Czasem następuje rozdźwięk pomiędzy tymi oczekiwaniami, a naszą pracą. Staram się jednak utrzymywać dobry kontakt z wielkimi graczami sceny politycznej.
Na razie budżet IPN został utrzymany na poziomie obecnego roku. Szacujemy, że jest to realnie mniej o blisko 20 mln, bo nie uwzględnia się w nim wzrostu kosztów utrzymania i wzrostu
wynagrodzeń nakazanych przepisami i nową ustawą o prokuraturze.
Nie oceniałbym tego tak. Na płaszczyźnie merytorycznej mam dobre kontakty z panem wicepremierem Schetyną, jestem też w stałym kontakcie z szefem komisji budżetowej panem posłem
Chlebowskim.
Pod względem wysokości płac wśród centralnych instytucji państwowych znajdujemy się na szarym końcu. IPN jest pod ciągłą obserwacją polityków lub mediów, które rozliczają nas z
każdego słowa. Rozmaite środowiska, które nawet są dla nas przychylne, po kolejnej publikacji mogą stać się nieprzychylne, więc wyższe wynagrodzenia bywają rekompensatą za stres.
Serdecznie zapraszam kolegów z uniwersytetów, by do nas przyszli, popracowali, narzekali na przepracowanie, realizowanie kilku projektów jednocześnie i pracę przez kilkanaście godzin dziennie -
za tylko nieco większą pensję.