Od razu też Donald Tusk powtórzył swoje zastrzeżenia - że Kamińskiemu nie ufa, że CBA musi działać energiczniej. W domyśle - nie działa najlepiej. Kropkę nad i postawiła też niezrażona porażką Julia Pitera. Sugeruje ona w kolejnych wywiadach, że wie o Kamińskim coś jeszcze, ale na razie nie może tego ujawnić. Oboje też - premier i Pitera - podkreślają, że czekają na wyniki prac sejmowych komisji śledczych.

Reklama

Nie można też pominąć pytania o kandydatów na następców Kamińskiego. Oferta złożona jakiś czas temu przez premiera Julii Piterze, szybko przez nią publicznie odrzucona, była oczywistym dowodem, że jest z tym kłopot. Po tym wydarzeniu nie pojawiło się żadne poważne nazwisko. Nie widać też w PO zbyt wielu chętnych na to stanowisko. Premier więc nie tylko miał trudności z odwołaniem obecnego szefa biura, ale nie mógł też teraz wskazać własnego kandydata. Ogłosił więc przerwę. Na razie Mariusza Kamińskiego nie odwoła.

Jestem pewien, że Platforma będzie dalej szukała pretekstu, żeby się pozbyć tego byłego polityka PiS z tak ważnego urzędu, jakim jest szefostwo CBA. A jeśli nawet o pretekst będzie trudno, to najpewniej zmieni ustawę o biurze, przy okazji wymieniając szefa. Nie stało się bowiem w ostatnich miesiącach nic takiego, co znosiłoby potężne napięcie na linii CBA-Platforma Obywatelska. Nic, co byłoby powodem narastającej przez ostatnie dwa lata nieufności. Nic wreszcie, co powodowałoby, że politycy PO przestaną się bać kolejnej akcji instytucji kierowanej przez Mariusza Kamińskiego.

Co więcej, nie sądzę, by także szef CBA za swój główny cel uważał po prostu przetrwanie. Bo Kamiński ma niewątpliwie poczucie misji. To zaleta, bo dało mu siłę do stworzenia biura i rozkręcenia jego działalności. Do podjęcia działań niekonwencjonalnych, ale jednak wysyłających w przestrzeń społeczną wyraźny sygnał, iż czas przyzwolenia na korupcję się skończył, nawet jeśli załatwiaczami, czy złodziejami są politycy. Ale to poczucie jest również źródłem słabości, bo utrudnia mu pogodzenie się z rolą urzędnika, nie pozwala patrzeć na nowego premiera po prostu jak na kolejnego szefa. Nie wykluczam więc, że Kamiński zaatakuje. Choć może należy to nazwać delikatniej - że spróbuje sfinalizować kilka akcji, w których przewijają się politycy, być może także ludzie Platformy Obywatelskiej.

Kamiński nie jest tu w łatwej sytuacji. Bo nawet jeśli, załóżmy, zdobędzie jakieś mocne dowody, to i tak każde jego działanie będzie komentowane z perspektywy i pod kątem politycznym. Już dziś możemy przewidzieć, co i kto w takim wypadku powie. To rodzaj paraliżu - nic nie zrobi, będzie marnował czas. Podejmie akcję - zostanie oskarżony o działanie polityczne. Ale w sumie, tak sądzę, Mariusz Kamiński zaryzykuje to drugie.

Nie wiem, czy tym razem będzie miał mocne, a przede wszystkim niekontrowersyjne papiery, to znaczy będące wynikiem czegoś więcej niż prowokacji. Ale wiem, że będzie miał małe szanse wyjść z tego cało.

Małe są więc szanse, ze względu na postawę obu stron, by Kamiński dotrwał na stanowisku do końca swojej 4-letniej kadencji. Myślę, że za rok, najwyżej dwa, kto inny będzie już miał wizytówkę z napisem szef CBA.