Jak dowiedział się DZIENNIK, decyzję podjęto w poniedziałek wieczorem. Lech Kaczyński wezwał do siebie swoich najbliższych współpracowników i właśnie tam ustalono, że zostanie w Warszawie. Dlaczego? "Prezydent nie chce dać pretekstu do kolejnego konfliktu" - tłumaczy szef jego kancelarii Piotr Kownacki.

Reklama

>>>PO się cieszy, że prezydent zostaje w domu

O co chodzi? Dwa dni temu Radosław Sikorski wysłał do prezydenta list, w którym - jak mówi Kownacki - zaznaczył, że Partnerstwo Wschodnie jest inicjatywą czysto rządową.

"Jeśli minister uznał za celowe tak bardzo podkreślać, że jest to inicjatywa rządowa, to proszę bardzo niech rząd nie ma wrażenia, że prezydent usiłuje odebrać im sukces czy splendor związany z ta inicjatywą" - mówi Kownacki i zastrzega, że prezydent o list od ministra spraw zagranicznych wcale się nie obraża.

Sprawa chyba jest jednak drażliwa. Wczoraj, gdy jeden z dziennikarzy na naprędce zorganizowanej konferencji prasowej zaczął się dopytywać Kownackiego o list, używając wyrażenia "rządowa instrukcja”, ten nerwowo zareagował: "Dlaczego się pan tak ogranicza. Dlaczego nie stanowczy rozkaz?" - zapytał. Po chwili gdy inna dziennikarka w pytaniu zasugerowała, że Lech Kaczyński czuje się dotknięty taką formą komunikacji, Kownacki odparował: "Przesadziła pani bardzo grubo".

Jednak według naszych informacji chęć uniknięcia konfliktu z rządem wcale nie była czynnikiem decydującym o zmianie decyzji prezydenta. Przy okazji szczytu dotyczącego Partnerstwa Wschodniego Lech Kaczyński chciał spotkać się w Pradze z przedstawicielami krajów Kaukazu. "Mieliśmy nadzieję na miniszczyt energetyczny, to się jednak nie udało" - przyznaje w rozmowie z DZIENNIKIEM jeden z prezydenckich urzędników. Dodaje, że wraz z fiaskiem tego pomysłu spadł też zapał prezydenta do wyjazdu do Pragi.

Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego prezydent nie zdecydował się na wyjazd. "Pani Jadwiga, mama prezydenta, wciąż jest chora i dlatego Lech Kaczyński woli być cały czas na miejscu" - przyznaje jeden z jego współpracowników.

Wiadomość o tym, że prezydent nie leci do Pragi, dotarła do ministra Sikorskiego w czasie porannej odprawy z kierownictwem resortu przed wizytą w Moskwie.

"Dosłownie słychać było wielkie westchnienie ulgi" - relacjonuje DZIENNIKOWI przebieg spotkania wysoki rangą dyplomata. "Teraz mieliśmy pewność, że w Pradze będzie mowa o wylansowanym przez nas Partnerstwie, a nie krzesłach i przepychankach z prezydentem" - dodaje. Wcześniej mówiło się, że gdyby Kaczyński poleciał do Pragi, z wyjazdu do stolicy Czech miał nawet zrezygnować premier Donald Tusk.