Choć prokuratura nie miała wątpliwości co do winy Lesiaka, sąd sprawę umorzył. Tłumaczył, że sprawa się przedawniła. Z wyroku wynika, że gdyby proces toczył się wcześniej, Lesiak byłby skazany za przekroczeni uprawnień i działając do sierpnia 1993 r. na rzecz rozbicia Ruchu dla Rzeczypospolitej. Dzisiejszy wyrok ten jest nieprawomocny.
Sąd zaznaczył, że nielegalna działalność Lesiaka zaczęła się w 1993 roku, po słynnej demonstracji, w czasie której spalono kukłę ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy. Jak tłumaczył sędzia Sławomir Machnio, wtedy UOP zainteresował się ugrupowaniami, które brały udział w demonstracji.
Inny wniosek: nie ma żadnych dowodów, że Lesiak ma jakikolwiek związek z wypadkami samochodowymi czy włamaniami do mieszkań ówczesnych liderów opozycji.
Orzeczeniem sądu nie był zaskoczony premier Jarosław Kaczyński. Stwierdził, że jest zadowolony z przebiegu sprawy. "Nie przeżywam żadnych emocji w związku z panem Lesiakiem. Dla mnie jest wystarczająca satysfakcja, że ta prawda wychodzi na jaw i jeszcze będzie wychodziła" - podkreślił premier Kaczyński.
Śledczy oskarżyli pułkownika, ponieważ w jego szafie odnaleziono materiały o inwigilacji liderów partii prawicowych w latach 1991-1997. Prokurator twierdził, że Lesiak stosował "techniki operacyjne" i "źródła osobowe" wobec legalnych ugrupowań. Dzisiejszy wyrok w dużej mierze te oskarżenia potwierdza. Mimo to pułkownik do więzienia nie trafi.
Jan Lesiak był szefem zespołu inspekcyjno-operacyjnego gabinetu szefa dawnego UOP. Zdaniem prokuratury, miał rozpracowywać polityków ówczesnej opozycji, a nawet prezydenta Lecha Wałęsę i premier Hannę Suchocką. A chodziło mu o skompromitowanie i skłócenie polityków prawicowych. W sprawę mieli być zamieszani także jego przełożeni, ale ten wątek sprawy umorzono w 2002 roku.
W trwającym od września zeszłego roku procesie zeznawali m.in. premier Jarosław Kaczyński, szef komitetu stałego rządu Przemysław Gosiewski i Maciej Zalewski, były poseł Porozumienia Centrum.