"Wprost" powołuje się na świadectwo pracy Filipinki, która zatrudniona była w kancelarii Romana Giertycha jako asystentka. Zestawiają je z rozmowami z sąsiadami Giertycha, którzy potwierdzają, że w jego rezydencji Filipinki pracowały jako pomoce domowe.
Tygodnik dowodzi, że taka sytuacja wzbudza . Przywołuje opinie ekspertów, którzy podkreślają, że występując o pozwolenie na pracę dla cudzoziemca przyszły pracodawca musi dokładnie określić, na jakim stanowisku będzie on zatrudniony. Zmiana tego stanowiska wymaga bowiem uregulowania tego w papierach. W innym wypadku pracodawcy grożą kary finansowe.
Autorzy tekstu we "Wprost" napisali, że nie udało im się uzyskać komentarza od samego Giertycha. - - cytują wypowiedź byłego wicepremiera, a teraz wziętego prawnika zatrudnianego również przez wysoko postawionych polityków.
Giertych zapowiada pozew
- - powiedział Roman Giertych, poproszony przez gazeta.pl o komentarz do tekstu.
Wyjaśnił również, skąd Filipinki wzięły się w jego kancelarii. Zapewniał, że zatrudnienie w charakterze asystentek było formą pomocy dla kobiet, które uciekły od polskiego pracodawcy. Ich sytuacja - według słów Giertycha - była tragiczna. Były wicepremier opowiadał, że kobiety za zbieranie grzybów dostawały grosze, a do kościoła zimą przychodziły w klapkach.
- - opowiadał Giertych w rozmowie z gazeta.pl. Przyznał, że później ściągnął do pracy jeszcze jedną Filipinkę.
Zdaniem Giertycha, to zemsta "Wprost" za pozew, jaki przeciwko tygodnikowi skierował w imieniu Sławomira Nowaka (chodzi o publikację "Wprost" dotyczącą drogich zegarków ministra transportu). Dodał również, że z jednym z autorów tekstu - Michałem Majewskim - ma proces. - - wyjaśnił.