W "Marszu Wolności" w Warszawie, w kulminacyjnym momencie, udział wzięło - jak informowała stołeczna policja - ok. 12 tys. osób. Z kolei - według stołecznego ratusza - w manifestacji wzięło udział ponad 90 tys. osób. O manifestacji i różnicach w danych o frekwencji dyskutowali politycy w niedzielnych programach w radiu Zet i Polsat News, TVN24 i TVP Info.
- powiedział wiceminister obrony narodowej Michał Dworczyk (PiS). Jak dodał uważa, że "to sporo osób, ale jeśli odniesiemy to do wysiłku jaki włożyła PO i cała opozycja w zorganizowanie tego marszu, to jest frekwencja wręcz kompromitująca". Dlatego jego zdaniem "trzeba to uznać za klapę organizacyjną".
Także zastępca szefa prezydenckiej kancelarii Paweł Mucha ocenił, że "gdybyśmy porównali rok do roku, to frekwencyjnie sobotni marsz nie był sukcesem". - - powiedział.
Poseł PiS Marcin Horała mówił - odnosząc się do zarzutów opozycji co do zagrożenia wolności - że marsz przeszedł przez nikogo nie niepokojony. - - dodał.
Z kolei polityk PO Borys Budka stwierdził, że marsz był niewątpliwie sukcesem organizacyjnym. - - powiedział.
- - żartował poseł PO.
Polityk PSL Marek Sawicki skomentował zaś, że "widać wyraźnie, iż brak matury przez około 20 lat z matematyki sprawia, że z liczeniem mamy wyraźne problemy i każdy marsz jest liczony tak, jak kto chce". - powiedział.
Podobne dane podał inny polityk PSL Piotr Zgorzelski, który stwierdził, że było 140 autokarów i prywatne samochody, więc z PSL było to ok. 10 tys. uczestników. Według niego, kwestie różnic co do liczby uczestników sobotniego zgromadzenia, są z punktu widzenia ludowców nieistotne. - - podkreślił. Dodał, że chodziło m.in. o pokazanie, że "pewne istotne aspekty wolności w obszarze Polski lokalnej są zagrożone".
Politycy odnosili się również do tego, że w sobotę szef PO Grzegorz Schetyna podczas marszu przekonywał, że jedyną drogą dla partii opozycyjnych i niezależnych środowisk jest jedność. Powtórzył wielokrotnie już wyrażaną ofertę wspólnej listy środowisk opozycyjnych w następnych wyborach parlamentarnych. - - mówił.
Według Bartosza Arłukowicza (PO), jeśli "w wyborach parlamentarnych opozycja pójdzie pokłócona i walcząca między sobą, to gwarantuje, że opozycja przegra te wybory". - - podkreślił. Inny polityk PO Marcin Kierwiński stwierdził, że jedna lista "może odsunąć złe rządy PiS". Zapewnił, że Platforma bardzo poważnie traktuje swoich partnerów z PSL, czy Nowoczesnej.
Paweł Rabiej z Nowoczesnej podkreślił, że oczywiście, iż "głównym przeciwnikiem politycznym całej opozycji jest PiS i jego błędna polityka". - - powiedział Rabiej.
Zdaniem szefowej klubu Nowoczesnej Katarzyny Lubnauer "niczego nie można wykluczyć". Jednak także według niej ugrupowania opozycyjne "dość znacznie różnią się programowo". - - podkreśliła.
Prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zaznaczył zaś, że pytaniem pozostaje, jaka będzie ordynacja w wyborach parlamentarnych i jaki będzie próg wyborczy. - - zaznaczył.
Z kolei Piotr Zgorzelski odnosząc się do postulatu wspólnej listy stwierdził, że "PSL jest partią, która ma własna podmiotowość" i ludowcy będą dobierali "takie narzędzia, które będą odpowiednie do danej sytuacji". Zapytany czy Schetyna wyszedł przed szereg z propozycją wspólnej listy Zgorzelski odparł, że "przynajmniej z PSL ta narracja nie była uzgadniana".
Z kolei polityk Kukiz'15, wicemarszałek Sejmu Stanisław Tyszka mówił:
Paweł Mucha wyraził powątpiewanie jeśli chodzi w wspólną listę opozycji. -- powiedział zastępca szefa prezydenckiej kancelarii.