Były prezydent Słupska oznajmił, że nie będzie bojkotował telewizji publicznej. - Dlatego że to nie jest moja wojna. I nie chcę uczestniczyć w tej wojnie - uzasadnił.

Pytany, czy jest zapraszany, odparł, że "rzadko, bardzo rzadko". - Byłem tam chyba raz w ciągu ostatnich trzech lat. Ale to nie jest moja wojna. To nie jest też największy problem Polek i Polaków. Szczególnie w sytuacji, w której TVP dociera do osób, do których inne media nie docierają. To jak ten głos alternatywny wobec Prawa i Sprawiedliwości ma być słyszany w tych miejscowościach? - zapytał retorycznie w Radiu ZET.

Powiedział też, że bojkot "jest dziwaczny". - Bo ja oczekiwałbym, żeby dzisiaj opozycja zaraziła ludzi nową wizją, żeby pokazała, że jest lepsza od PiS-u, że nie jest tylko anty-PiS-em, że ma konkrety do rozwiązania, także w kwestiach konstytucyjnych, ładu społecznego, tego, co po PiS-ie. I takich rozwiązań myślę, że oczekują Polski i Polacy - dodał.

- Jest potrzeba czegoś, co będzie postępowe, otwarte, nowoczesne, co będzie uciekało też od tej wojny partyjnej polsko-polskiej. Nie wojny Polek i Polaków, to nie jest wojna Polek i Polaków. To jest wojna dwóch wielkich partii, które od 13 lat trzymają nas w takim śmiertelnym uścisku i prowadzą ten jałowy spór - stwierdził.