Takiej obrony Renata Beger raczej się nie spodziewała. "Rozróżniłbym płacenie za podpisy od płacenia za zbieranie podpisów" - mówi premier Jarosław Kaczyński. Mniej wyrozumiała jest prokuratura, która sprawdza, czy posłanka Samoobrony kupowała listy z podpisami pod jej kandydaturą do Sejmu.
Jarosław Kaczyński nie wierzy w winę Renaty Beger. Sama posłanka Samoobrony przekonuje, że pieniądze były tylko rekompensatą za benzynę, którą jej współpracownica zużyła w czasie zbierania podpisów. I to tłumaczenie przekonuje premiera. "Nie wierzę, by ktoś płacił złotówkę za jeden podpis" - mówił Jarosław Kaczyński. Ale zaraz potem dodał, że jego stosunek do posłanki i całej Samoobrony jest "wysoce krytyczny".
"Gazeta Wyborcza" opublikowała nagranie, na którym - zdaniem dziennika - posłanka płaci za lipne podpisy. "To ja pani płacę. Jak Pani załatwi sobie te podpisy, to mnie gówno obchodzi" - mówi Beger. I wypłaca kobiecie 240 złotych za 240 podpisów.
Sprawą zajęła się już prokuratura w Szamotułach. Beger grozi 10 tys. zł grzywny.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|