Własną toyotą Waldemar Pawlak pojechał wczoraj do programu "Siódmy Dzień Tygodnia" w Radiu ZET. Problem zaczął się przed szlabanem, który odgradza podwórko z małym parkingiem tuż przed wejściem do rozgłośni od ulicy Żurawiej. Ochrona stacji wicepremiera nie wpuściła. Bo nie miał przepustki.

O wydarzeniu Pawlak opowiedział sam już na antenie. "Nie poznali pana" - śmiała się prowadząca audycję Monika Olejnik. "No widzi pani. Pan sekretarz Brudziński podjechał służbową czarną skodą i od razu go wpuścili" - żalił się wicepremier. "Poprzedni wicepremier podjeżdżał dwoma limuzynami i od razu było wiadomo kto to" - mówił Pawlak.

DZIENNIKOWI powiedział, że na antenie trochę się przekomarzał. Rozmowa polityków dotyczyła bowiem taniego państwa w wykonaniu rządu Donalda Tuska. "Tak naprawdę to żadna sprawa. Stanąłem na rogatce i już" - kwituje Pawlak.

Olejnik przypomniała jednak wicepremierowi, że nie zawsze podchodził tak lekceważąco do przywilejów. Przeciwnie. Dziennikarka opowiadała, jak Pawlak jako premier miał być jej gościem w nocnej audycji radiowej. Usłyszała wtedy od oficerów BOR, że sprzed radia muszą zniknąć wszystkie samochody, żeby Waldemar Pawlak jako szef rządu mógł podjechać. "No widzi pani, jak czasy się zmieniają" - żartował wicepremier w rządzie PO - PSL.