– Jeśli Zbigniew Ziobro nie ukorzy się, to dziś zostanie usunięty z rządu. We wtorek możemy mieć już nowego ministra sprawiedliwości ‒ mówi nam osoba zbliżona do Nowogrodzkiej. Jako o potencjalnych jego następcach mówi się o Małgorzacie Wassermann i Przemysławie Czarnku. A to byłby początek usuwania polityków Solidarnej Polski z rządu i jego zaplecza. – Jeśli będzie decyzja o rozwodzie z SP, to funkcje przestaną pełnić wszyscy jej członkowie w szeroko pojętej sferze publicznej i komercyjnej ‒ podkreśla polityk PiS.

Reklama

Alternatywa to koalicja, w której władza i wpływy koalicjantów zostaną zmniejszone na rzecz PiS, a wielomiesięczny konflikt w rządzie między Zbigniewem Ziobrą a Mateuszem Morawieckim zostanie rozstrzygnięty na korzyść premiera.

Politycy SP podkreślają, że usunięcie ich szefa byłoby przekroczeniem czerwonej linii i że bez nich nie ma większości. ‒ To nie my atakujemy ‒ zapewnia nas jeden z nich.

W piątek politycy PiS, którzy przyjechali do Krakowa z okazji miesięcznicy pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich, dyskutowali o sytuacji w koalicji. Ich stanowisko jest twarde. ‒ Nie możemy sobie pozwolić na to, by rządzić trzy lata od kryzysu do kryzysu, bo możemy wtedy skończyć z 10-proc. poparciem. Wszystko, co złe, będzie spadać na nas, a oni będą wybierać tylko cukierki – podkreśla polityk PiS.

Ale wyrzucenie SP znaczyłoby, że rząd PiS stałby się mniejszościowy. – A to może oznaczać wcześniejsze wybory – twierdzi nasz rozmówca z PiS. Jak pokazuje sondaż United Surveys dla DGP i RMF FM, wybory to jednak dla PiS pewne ryzyko. Partia Jarosława Kaczyńskiego z pewnością dzisiaj by je wygrała, ale nie musiałoby to oznaczać utrzymania się przy władzy. Za to dla obecnych koalicjantów PiS samodzielny start oznaczałby niewejście do Sejmu.

sondaż / Dziennik Gazeta Prawna

Przebudowa rządzącej koalicji à la PiS

– Jest 50 na 50. To znaczy, że 50 proc., że wylecą obaj koalicjanci, a 50 proc., że tylko Solidarna Polskamówi nam polityk obozu rządzącego przed decyzją prezydium Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości. Szanse na to, że nastąpią jakieś spektakularne ustępstwa ze strony Solidarnej Polski (SP) i koalicja taka jak dziś przetrwa, ocenia jako małe.

Koalicyjne spory w zeszłym tygodniu dotyczyły ustaw o ochronie zwierząt i covidowej. Ostatecznym powodem zaognienia sytuacji w koalicji był opór Solidarnej Polski wobec przyjęcia w ramach tej ostatniej tzw. przepisów o bezkarności. Kierownictwo PiS z wielkim zirytowaniem oglądało w czwartek konferencję posłów Solidarnej Polski, na której mówili o szkodliwości wpisanych tam rozwiązań. Rządząca partia musiała wstrzymać głosowanie projektu, gdyż groziło jej odrzucenie. – Prezes był wściekły z tego powodu, tym bardziej że przepisy powstały na bazie wariantu proponowanego przez SP, a Zbigniew Ziobro potem się z tego wycofał – mówi nam polityk PiS.

Sytuacja nabrzmiewała jednak od miesięcy. – Na spotkaniach koalicyjnych Ziobro i Morawiecki skakali sobie do oczu i było widać, że tracili panowanie nad sobą – mówi jeden z polityków obozu władzy. Przy okazji sporów z Solidarną Polską politycy PiS zaczęli wypominać zachowanie Porozumienia Jarosława Gowina z kwietnia i zastopowanie wyborów kopertowych. W efekcie spór dotyczy nie tyle konkretnych spraw, ile układu sił wewnątrz koalicji. Sytuacje zaogniły publiczne występy posłów Solidarnej Polski w kwestiach LGBT, klimatu czy zachowanie w sprawie konwencji stambulskiej. – Minister Ziobro zaczął korespondencję z innymi krajami poza Radą Ministrów – zauważa osoba z rządu.

– Ze strony SP nie ma negatywnych sygnałów, po naszej stronie jest spokój i determinacja – zapewnia z kolei polityk Solidarnej Polski. Ale jak widać, ostatni kryzys jest w 90 proc. na linii SP–PiS, a Porozumienia jest świadkiem konfliktu i samo nie ma żadnego pola manewru.

Prezes PiS chce teraz spory przeciąć. – Jeśli będzie nowa oferta koalicyjna, to na pewno nie na takich zasadach jak ostatnio. Dostaną propozycję, albo przyjmują, albo do widzenia – mówi polityk PiS. W praktyce oznacza to, że Zbigniew Ziobro musiałby się zgodzić na uszczuplenie wpływów w koalicji, a także uznać bezdyskusyjnie pozycję premiera, z którym niemal otwarcie walczy.

W PiS widać wahania, czy iść na całość i pozbyć się obu koalicjantów, czy tylko Solidarnej Polski. Pierwszy wariant oznacza rząd mniejszościowy z poparciem ok. 200 posłów, więc dużą szansę na serię porażek przy uchwalaniu ustaw. Zwolennicy tego wariantu przypominają postawę Jarosława Gowina w kwietniu i maju. Z kolei przeciwnicy podnoszą, że obecnie Porozumienie nie było przeciwne ustawie covidowej, a w sprawie ustawy o ochronie zwierząt wstrzymało się od głosu, a nie było przeciw jak Solidarna Polska.

Drugi wariant, czyli wyrzucenie z rządu tylko Solidarnej Polski, oznacza także rząd mniejszościowy, ale wówczas konfiguracja dla PiS nie jest już tak niekorzystna. – Z Porozumieniem i posłami Kukiza, jeśli do nas przyjdą, możemy liczyć na jakieś 222 głosy. Do tego politycy SP, jeśli zostaną wyrzuceni z rządu, to może zmienią swoje poglądy i część z nich z czasem do nas przyjdzie – mówi nam polityk PiS. Partia Kaczyńskiego liczy, że w takim przypadku po kilku miesiącach rząd Morawieckiego może mieć znowu większość.

Reklama

Ale jeśli większość się nie pojawi, wówczas PiS może pójść na wybory. – Możemy mieć dwa–trzy miesiące na zebranie większości, jak się nie uda, to wiosną mogą być wybory – zauważają nasi rozmówcy.

Przeliczenie wyników sondażu United Surveys na mandaty pokazuje, że PiS nawet po rozpadzie koalicji może mieć szansę na samodzielną większość. Choć w sondażu dostał niepełne 36 proc., to jeśli odliczymy wyborców niezdecydowanych, ma poparcie na poziomie 41 proc. – Jeśli PSL znajdzie się poza Sejmem, a PO ma wynik relatywnie słabszy niż w latach 2019 i 2015, to PiS może nadal dysponować większością – zauważa Marcin Palade, który przeprowadził symulację. Podkreśla, że przy rozdziale mandatów w systemie d’Hondta liczy się nie tylko wynik zwycięzcy, lecz także dystans między nim a drugim ugrupowaniem i drugim a trzecim. A wejście do gry ruchu Hołowni zmniejsza poparcie dla PO. Oczywiście kampania wyborcza może dużo zmienić, jeśli Porozumienie, które w sondażu ma nieco ponad 1 proc. poparcia, dogada się z PSL, to takie nowe ugrupowanie może przekroczyć próg wyborczy i PiS samodzielną większość traci.

– Przecież prezydent się nie zmieni. Wybory mogą się odbyć, nawet gdybyśmy musieli oddać władzę, to trudno rządzić, mając przeciwko sobie prezydenta – kwituje ten wariant polityk PiS. Nasi rozmówcy podkreślają, że prezes oddawać władzy nie chce.

Od kilku dni słychać także o innym wariancie, czyli zmianie premiera. Miałby zostać nim Jarosław Kaczyński. W PiS mówią jednak, że obecnie taki wariant nie jest rozważny. – Wątpię, by prezes chciał wchodzić do rządu jako premier i ugrzęznąć w żmudnej pracy administracyjnej – mówi nasz informator. Tym bardziej że takie posunięcie byłoby sukcesem Zbigniewa Ziobry, który doprowadziłby do politycznej degradacji Morawieckiego. Dlatego o takim wariancie słychać raczej ze strony Solidarnej Polski. Choć jako ostateczność ma on także zwolenników w PiS. – Jarosław jako premier, a Morawiecki, Gowin i Ziobro jako wicepremierzy to wariant, jaki daje szansę na utrzymanie większości w Sejmie – mówi polityka PiS.