Na grudzień planowany był kongres zjednoczeniowy SLD i Wiosny, które na bazie Sojuszu miałyby stworzyć jedną partię - Nową Lewicę. W ubiegły piątek Zarząd Krajowy SLD wstrzymał organizację wydarzenia do czasu aż całkowicie uprawomocni się decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie - który prowadzi ewidencję partii politycznych - o zmianie w statucie Sojuszu Lewicy Demokratycznej zakładającej, że nową nazwę SLD będzie Nowa Lewica.

Reklama

Niezakończona procedura sądowa to jednak nie jedyne zmartwienie ugrupowań tworzących Nową Lewicę. Jeden z prominentnych działaczy SLD powiedział PAP, że w "partii robi się coraz większy opór przeciw forsowaniu zjednoczenia na siłę". - Prawdą jest, że rzeczywiście oprócz dużych ośrodków, to Wiosny nigdzie nie ma, a druga - to jakby do tego połączenia miało nie dojść, to od razu 10 posłów Wiosny przyłączyłoby się do Sojuszu - dodał.

Według polityka, szefowie struktur lokalnych organizują spotkania. - Nie tyle jest tam koncepcja, żeby wyrzucić Włodzimierza Czarzastego (szefa SLD), bo może by się zaraz wszyscy pokłócili na kogo go zamienić, ale są ludzie wkurzeni m.in. na pozycję w partii Anny Marii Żukowskiej (rzeczniczki SLD) - stwierdził rozmówca PAP.

Innym kwestią jest też podważanie roli lidera Wiosny, europosła Roberta Biedronia, który jako wspólny kandydat całej Lewicy uzyskał w wyborach prezydenckich 2,21 proc. głosów, a który miałby być współprzewodniczącym Nowej Lewicy. - Dla Czarzastego lepszym szefem frakcji Wiosny w nowej partii jest Robert Biedroń, bo on na co dzień jest w Brukseli, niż (sekretarz generalny Wiosny, Krzysztof) Gawkowski, który jest na miejscu i mu patrzy na ręce - powiedział polityk SLD.

O tym, że w spotkaniach tzw. baronów nie ma nic nadzwyczajnego twierdzi były sekretarz generalny SLD, a obecnie poseł Lewicy Marek Dyduch. - Są ludzie, którzy muszą utrzymać pewien sposób funkcjonowania i szefowie województw są tymi osobami, które ten proces muszą kontrolować - powiedział PAP i zastrzegł, że "nie ma rozłamowców".

Dyduch zaznaczył, że w związku z epidemią nie można prowadzić kampanii, ani nie można mobilizować partyjnego aktywu. - To też powoduje, że jest takie zawieszenie polityczne, które niestety musimy przeżyć, ale wola zjednoczeniowa pozostaje - powiedział.

- Jak się łączą partie, albo jak się jedna przemienia w drugą, to zawsze są zawirowania. Pamiętam jak z SdRP powstało SLD to też były wewnątrz ogromne zawirowania, mimo że byliśmy na fali, mimo że Leszek Miller czy Krzysztof Janik mieli potężną pozycję, to wtedy struktury były niepewne, co się wydarzy i dopiero jak się uruchomił cały proces, to zobaczyliśmy, że to ma szansę powodzenia, ale ludzie to muszą przeżyć - powiedział Dyduch.

Były sekretarz generalny SLD zwrócił uwagę, że przy połączeniu będą ścierać się dwie kultury polityczne. - Jedna to jest fantazja i młodość, druga to jest doświadczenie - powiedział. - Zawsze to jest jakieś zderzenie, które trzeba zjednoczyć - dodał.

Zbigniew Żaba, który mówi o sobie, że jest "warszawskim działaczem SLD, ale nie Nowej Lewicy" złożył protest do Sądu Okręgowego w Warszawie ws. statutu Nowej Lewicy. W czerwcu Żaba został usunięty z Sojuszu, ale sam twierdzi, że wyrzucono go "z Nowej Lewicy, a nie z SLD".

Według Żaby, obowiązujący statut SLD zakłada, że zmian w statucie może dokonać tylko Kongres SLD, a zmieniła go Konwencja SLD. - Nie miała takiego umocowania prawnego - powiedział polityk PAP. Jak dodał, w związku z obowiązującym według niego statutem, w styczniu 2020 r. upłynęła kadencja władz i w styczniu złożył "wniosek do sądu, żeby ustanowić kuratora dla SLD, bo nie wybrały się władze".

Z kolei mazowiecki działacz SLD Piotr Rączkowski, który w 2016 roku ubiegał się o przewodniczenie w partii, ale wówczas przegrał z Czarzastym, zarzuca szefowi Sojusz brak demokracji w partii. - Dzisiaj SLD jest korporacją Czarzastego, bo nie konsultuje niczego z nikim z wyjątkiem swoich popleczników - stwierdził Rączkowski.

Zaznaczył, że "nie jest przeciwnikiem zjednoczeń, tylko przeciwnikiem formy". - Trudno się sprzeciwiać, jeżeli większość by zagłosowała "za", to ja byłbym "za", choć jeżeli chodzi o Wiosnę - jestem przeciw, ale nie sprzeciwiam się, gdyby to była wola wszystkich - powiedział

Odnosząc się do zarzutów Rączkowskiego i Żaby szef mazowieckiego SLD, poseł Lewicy Arkadiusz Iwaniak powiedział PAP, że oczywiście możliwe jest, że nie wszyscy są zadowoleni z połączenia SLD i Wiosny. Ale - jak dodał - gdyby tego zjednoczenia nie było też mógłby być ktoś niezadowolony, że tego nie zrobiono.

Iwaniak zaznaczył, że o zjednoczeniu zdecydował Zarząd Krajowy, Rada Krajowa i Konwencja, która jest najwyższą władzą statutową. - Mogą być tacy jak Piotr Rączkowski, który ma swoje wyobrażenie o tym. On kwestionuje to, że nie zostały dokonane dalsze wybory, ale one nie zostały dokonane, bo jego kolega Zbigniew Żaba zaskarżył to do sądu - dodał.

Reklama

W statucie - mówił Iwaniak - zostało zapisane, że w momencie podjęcia decyzji przez sąd rejestrowy uruchamiana jest procedura i "w ciągu 60 dni dokonuje się wybór władz krajowych". - A w związku z tym, że trzy osoby zaskarżyły statut, co miały prawo zrobić, sąd musiał te kwestie rozpatrzyć - powiedział Iwaniak i zaznaczył, że obecnie sprawa ma zostać rozpatrzona przez Sąd Apelacyjny.

Iwaniak podkreślił także, że w grudniu 2019 roku przyjęto, żeby przepisy przejściowe dotyczące dokonywania wyborów władz wchodzą w życie dopiero po przyjęciu statutu. - Między innymi dlatego, że kadencja władz, które są obecnie, została wydłużona i gdybyśmy wybrali nowe władzę, a sąd odrzucił statut, to nie byłoby władz - powiedział. - Gdybyśmy funkcjonowali na podstawie starego statutu, to trzeba by dokonać kampanii sprawozdawczo-wyborczej - dodał.

Podsumowując sytuację Marek Dyduch zaznaczył, że po zachwycie wiążącym się z powrotem lewicy do Sejmu posłowie muszą zająć się pracą. - Zawirowania i wynik wyborczy - to wszystko się kumuluje i trzeba sobie z tym poradzić, bo inaczej to będzie jednosezonowe wejście do parlamentu - powiedział Dyduch.