Ledwo wysechł atrament pod Deklaracją Berlińską, a w Europie na nowo rozgorzał spór o eurokonstytucję. Po tym jak prezydenci Polski i Czech podali w wątpliwość szybką finalizację tego projektu, coraz więcej niemieckich polityków proponuje powrót do pomysłu "Europy dwóch prędkości" - pisze DZIENNIK.
Były szef Parlamentu Europejskiego, socjaldemokrata Klaus Hänsch stwierdził wprost, że czas na dyskusje o eurokonstytucji powoli się kończy. "Kto
nie chce się integrować, zawsze może wystąpić z Unii" - powiedział w wywiadzie dla "Berliner Zeitung". A lider największej partii niemieckiej opozycji FDP Guido
Westerwelle dodał, że jeśli część państw nie chce głębszej integracji, ci, którzy mają na nią ochotę, powinni pójść do przodu, nie oglądając się na maruderów. "Pomysł
stworzenia Europy dwóch prędkości jest dziś chyba nie do uniknięcia" - powiedział Westerwelle.
Debata o przyszłości eurokonstytucji wraca jak bumerang zaledwie dwa dni po tym, jak przywódcy krajów UE podpisali Deklarację Berlińską, która zawiera zobowiązanie o odnowieniu "do roku 2009 wspólnego fundamentu UE". Dla kanclerz Niemiec Angeli Merkel to jasne zobowiązanie do przyjęcia jakiejś formy eurokonstytucji jeszcze przed najbliższymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymczasem prezydent Lech Kaczyński na zakończenie szczytu w Berlinie zastrzegł, że uchwalenie traktatu w tym terminie to "cel może piękny, ale nie wydaje się wykonalny". Wtórował mu prezydent Czech Vaclav Klaus.
W tej sytuacji Angela Merkel znalazła się w niezwykle trudnym położeniu. Z jednej strony projekt eurokonstytucji jest głównym celem niemieckiej prezydencji, a więc przyjęcie traktatu tylko przez państwa, której jej chcą, przyspieszyłoby ten proces. Z drugiej jednak strony Merkel wielokrotnie krytykowała pomysł "Europy dwóch prędkości". "Pani kanclerz wie, że taki pomysł byłby w Warszawie przyjęty jako cios w podstawy Unii: byłaby to droga do stworzenia w ramach wspólnoty członkostwa drugiej kategorii. Merkel włożyła zbyt wiele wysiłku w poprawę stosunków z Polską, by teraz pogrzebać to wszystko jednym nierozważnym słowem" - mówi DZIENNIKOWI komentator czołowego niemieckiego magazynu politycznego "Stern" Hans-Peter Schütz.
Debata o przyszłości eurokonstytucji wraca jak bumerang zaledwie dwa dni po tym, jak przywódcy krajów UE podpisali Deklarację Berlińską, która zawiera zobowiązanie o odnowieniu "do roku 2009 wspólnego fundamentu UE". Dla kanclerz Niemiec Angeli Merkel to jasne zobowiązanie do przyjęcia jakiejś formy eurokonstytucji jeszcze przed najbliższymi wyborami do Parlamentu Europejskiego. Tymczasem prezydent Lech Kaczyński na zakończenie szczytu w Berlinie zastrzegł, że uchwalenie traktatu w tym terminie to "cel może piękny, ale nie wydaje się wykonalny". Wtórował mu prezydent Czech Vaclav Klaus.
W tej sytuacji Angela Merkel znalazła się w niezwykle trudnym położeniu. Z jednej strony projekt eurokonstytucji jest głównym celem niemieckiej prezydencji, a więc przyjęcie traktatu tylko przez państwa, której jej chcą, przyspieszyłoby ten proces. Z drugiej jednak strony Merkel wielokrotnie krytykowała pomysł "Europy dwóch prędkości". "Pani kanclerz wie, że taki pomysł byłby w Warszawie przyjęty jako cios w podstawy Unii: byłaby to droga do stworzenia w ramach wspólnoty członkostwa drugiej kategorii. Merkel włożyła zbyt wiele wysiłku w poprawę stosunków z Polską, by teraz pogrzebać to wszystko jednym nierozważnym słowem" - mówi DZIENNIKOWI komentator czołowego niemieckiego magazynu politycznego "Stern" Hans-Peter Schütz.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|