Wszystko miało przebiegać według planu. Obsługa naziemna lotniska w Auckland powiadomiła wszystkich pilotów, linie lotnicze zmieniły czas odlotów, wszyscy byli gotowi na przelot niebezpiecznego gościa z kosmosu. Ów gość, czyli płonąca kula metalu - nadająca jeszcze kilka miesięcy temu z orbity okołoziemskiej - nadleciała za wcześnie i o mało nie strąciła odrzutowca linii Lan Chile.
"Pilot opisał nam to zjawisko jako dziwną płonącą bryłę, która przeleciała mu tuż nad głową" - dziennik "Sydney Herald" cytuje kontrolerów lotniczych z Auckland. Argentyńczyk, który kierował swoją maszynę na lotnisko w Auckland, był kawał drogi od rodzinnego Santiago. "Choć satelita spadł kilka kilometrów od jego maszyny, było to kilka kilometrów za blisko. Pilot był nieźle przestraszony, gdy z nami rozmawiał" - dodają.
Stary rosyjski satelita miał spaść do Pacyfiku. Trzy tygodnie wcześniej z Moskwy do Auckland w Nowej Zelandii wpłynęło ostrzeżenie, żeby samoloty przez chwilę w tym rejonie nie latały. Niestety, Rosjanie pomylili czas i miejsce wejścia w atmosferę ich satelity i bryła płonącego złomu o mało nie strąciła argentyńskiego airbusa A340.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama