Wychodzimy 31 października, "no ifs, no buts" - żadnych "jeśli", żadnych "ale". Taką obietnicę złożył Boris Johnson mieszkańcom Zjednoczonego Królestwa w swoim pierwszym przemówieniu w charakterze szefa rządu, wygłoszonym w środę wieczorem przed charakterystycznymi, czarnymi drzwiami z numerem „10”. Na potwierdzenie swojej determinacji dokonał gruntownej rekonstrukcji rządu, oferując ministerialne teki czołowym zwolennikom rozwodu z Unią Europejską, takim jak Jacob Rees-Mogg, Dominic Raab czy Priti Patel.

Determinacja Johnsona jest tak duża, że pozycję specjalnego doradcy - czyli kogoś, kto jest zawsze w cieniu za premierem, z nieograniczonym dostępem do ucha szefa - uczynił arcybrexitera Dominica Cummingsa, który w 2016 r. stał na czele kampanii "Vote Leave", przekonującej Brytyjczyków do zagłosowania za opuszczeniem UE. Johnson przygarnął go do siebie pomimo tego, że Cummings jest winny wałkom związanym z finansowaniem"Vote Leave" i ciągnie się za nim smród, jeśli idzie o kontakty z Rosjanami w kontekście plebiscytu sprzed trzech lat. Co gorsza nowy doradca premiera kompletnie zignorował parlament, kiedy ten wezwał go na przesłuchanie w obydwu sprawach (konkretnie przez poselską komisję ds. manipulacji przy referendum brexitowym).

Boris Johnson wreszcie ma władzę – i ludzi – aby wdrożyć to, do czego pośrednio namawia Brytyjczyków od trzech dekad.