– opowiada Jaracz.
Mężczyzna został zatrzymany 10 sierpnia w centrum miasta, przy najnowocześniejszym na Białorusi centrum handlowym Galeria Mińsk. Było po godz. 20, na ulicy jeszcze jasno. Jak mówi, nie uciekał przed funkcjonariuszami, ponieważ "jest przecież fotografem i nie spodziewał się, że będą zatrzymywani dziennikarze”.
– wspomina rozmówca PAP.
– opowiada. Jak mówi, był to pierwszy jego kontakt z jakąkolwiek policją, chociaż pracował w wielu krajach na świecie.
Potem Jaracz trafił do aresztu mińskiego na Akrescyna, który nigdy nie miał dobrej reputacji, ale w ciągu kilku dni powyborczych protestów okrył się najczarniejszą sławą. – opowiada.
– mówi rozmówca PAP.
– wspomina. Z ubraniem w rękach Jaracz trafił do celi, w której było od 19 do 23 osób, chociaż była formalnie kilkuosobowa.
– mówi Jaracz. Szwajcar został zatrzymany, gdy wracał z pracy, Turek wychodził z taksówki, ktoś inny – z baru.
– wspomina Jaracz. Dodaje, że cały czas zatrzymania otrzymał jeden posiłek. – mówi. – dodaje.
Mimo wszystko, jak przekonuje, panowała przyjazna atmosfera, a ludzie podtrzymywali się na duchu, „żyli nadzieją, że zaraz ich wypuszczą”.
– mówi Jaracz.
Pamięta, że w oczach funkcjonariuszy w areszcie „był czysty sadyzm, żadnego człowieczeństwa w głosie, w spojrzeniu, nie zostało nic ludzkiego”.
– ocenia.
Jaracz został ukarany grzywną za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Skazano go w czwartek, ale wypuszczono dopiero w piątek. W czwartek i przez noc na piątek pod aresztem dyżurowali dyplomaci z wydziału konsularnego RP w Mińsku. Podobnie jak w przypadku innych zatrzymanych nie było bowiem informacji, kiedy mężczyzna zostanie wypuszczony.
Jaracz jest już w Polsce. Z zawodu mężczyzna jest fotografem i ilustratorem. Po wyborach zamierzał zostać na Białorusi przez miesiąc i zwiedzić cały kraj.