Półtoraroczna Zosia trafiła zimą do Centrum Zdrowia Dziecka w podwarszawskim Międzylesiu krańcowo wychudzona. Miała założoną gastrostomię, czyli rurkę, przez którą pokarm płynął bezpośrednio do jej żołądka, ale wcale nie przybierała na wadze.
A kiedy okazywało się, że dziewczynka nie będzie już miała pobieranej krwi, denerwowała się i pytała personel: "Dlaczego jej nie badacie, na co czekacie?". "To było przerażające. Zauważyliśmy, że kiedy nie było badań, stan dziewczynki nagle się pogarszał" - opowiada jedna z pielęgniarek.
"Długo nie wiedziałem, co się z tym dzieckiem dzieje. Rozmawiałem z lekarzami ze szpitala, w którym Zosia wcześniej leżała, porównywaliśmy objawy i wyniki jej badań, ale nie byliśmy w stanie wyciągnąć żadnych wniosków" - opowiada kierownik kliniki pediatrii prof. Janusz Książyk. To właśnie jemu zapaliła się w głowie czerwona lampka:
Postanowił to sprawdzić, więc w piątek po południu powiedział matce, że po weekendzie dziecko zostanie wypisane ze szpitala. Wiedział, że jeżeli jego podejrzenie jest słuszne, matka zacznie działać. Rzeczywiście, Zosia znów poczuła się gorzej. Stała się ospała, a z badań wynikało, że matka podała jej psychotropowe środki uspokajające. Lekarze wezwali policjantów.
Uznano wtedy, że była to tzw. śmierć łóżeczkowa. "Wszyscy uważali ją za wzór troskliwej matki, tak świetnie sobie radziła z nieszczęściami, jakie na nią spadają" - opowiada podinspektor Krzysztof Kawka z komisariatu policji w warszawskim Wawrze, który badał tę sprawę.
Także tu matka twierdziła, że dziecko jest ciężko chore. Wystarczyło oddzielić je od opiekunki, a natychmiast wyzdrowiało.
Problem jednak w tym, że większość polskich lekarzy nie ma pojęcia o tej formie przemocy wobec dzieci. Gdy w kilkunastu szpitalach zapytano doświadczony personel medyczny, czy zna syndrom Munchausena, odpowiedź twierdzącą dało tylko 14 proc. badanych. Ale równocześnie ponad połowa z nich nie umiała wyjaśnić, na czym on polega. Psycholog Ewa Borowczyk rozmawiała na ten temat z wieloma polskimi lekarzami. "Żaden z nich nie wiedział, o co chodzi, albo podawał nieprawdziwe definicje. Wszyscy twierdzili, że nie spotkali się w swojej praktyce z takim przypadkiem" - mówi.
Bywa i tak, że skrzywdzone dziecko jest w rodzinie zastępczej, a matka mieszka tuż obok" - opowiada neurolog dr Barbara Karkowska, która w swojej praktyce rozpoznała co najmniej 10 matek z zespołem Munchausena.
Sprawą zaniepokojona jest Fundacja Dzieci Niczyje. Psycholożka z Fundacji Maria Hamela Keller uważa, że skutecznym rozwiązaniem problemu byłoby stworzenie przy szpitalach specjalnych zespołów, które potrafiłyby wykrywać przypadki przemocy wobec dzieci, przebywających w szpitalu, w tym także zastępczego zespołu Munchausena. Takie zespoły działają od lat w innych krajach Europy. - We Francji w większości szpitali są przeszkoleni psychiatrzy oraz pediatra, którzy współpracują z opieką społeczną - opowiada psychiatra Ewa Zipper z Paryża. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii. - Wszyscy lekarze uczą się, jak rozpoznawać przemoc wobec dzieci. Wiemy, że zastępczy zespół Munchausena, choć rzadki, jest szczególnie niebezpieczny - mówi Alan Taman z zespołu prasowego szpitala dziecięcego w Birmingham.