Gdańscy nauczyciele są wstrząśnięci samobójstwem 14-letniej Ani. "To było wrażliwe, kochane dziecko" - wspominają w DZIENNIKU ci, którzy uczyli dziewczynkę.
Grażyna Sutryk, nauczycielka Ani ze Szkoły Podstawowej nr 84 w Gdańsku, wychowawczyni klas 1 – 3: To było wrażliwe, kochane dziecko.
Otwarta, pogodna, nigdy nie sprawiała problemów. Taka przylepa. Zresztą jej edukacją bardzo interesowali się rodzice, mama zawsze przychodziła na wywiadówki. Widziałam ją w piątek...
Niestety, prócz powitania nie zamieniłyśmy słowa, bo szła drugą stroną ulicy. Wciąż pamiętam, jak w drugiej klasie dziewczynka przyniosła mi dwie maskotki. Mój ojciec chorował wtedy na
raka i dzieciaki widziały, że bardzo się o niego martwię. Tymczasem Ania przyniosła jednego misia dla mojego taty, a drugiego dla mnie, żebym się nie smuciła. Do dziś mam w domu tę
maskotkę.
Grażyna Nowacka, polonistka ze Szkoły Podstawowej nr 84 w Gdańsku, uczyła Anię historii i języka polskiego w ostatnich klasach szkoły podstawowej:
Ania była wzorową uczennicą, wszelkie braki nadrabiała pracowitością i ambicją. Jej zeszyt zawsze wyglądał jak laurka, dopieszczony, ze starannym pismem i podkreśleniami. Bardzo się starała i zazwyczaj miała u mnie same czwórki. Miała grono koleżanek, była otwarta i raczej wesoła, ale na lekcjach często nie umiała odpyskować kolegom. Była spolegliwa i nie zawsze potrafiła, jak inne dziewczęta, odgryźć się albo rozpychać łokciami. Nigdy też nie usłyszałam z jej ust brzydkiego słowa. To prawdopodobnie przyczyniło się do tego, że padła ofiarą agresji chuliganów z klasy.
Barbara Andrzejewska, dyrektorka Gimnazjum nr 12 w Gdańsku: Jestem przerażona! Cała sytuacja działa się na oczach klasy i nikt nie zareagował, nikt nie wybiegł z klasy, żeby wezwać pomoc. Wina leży częściowo po stronie nauczycielki, bo zostawiła klasę bez opieki oraz dyrekcji, która powinna natychmiast wezwać policję i zaopiekować się dzieckiem, zainteresować się jego samopoczuciem. Przecież ta dziewczynka upokorzona i przerażona uciekła ze szkoły i nikt nie wiedział, co się z nią działo. A poza tym, znając życie, cała tragedia rozgrywała się od jakiegoś czasu, tylko nauczyciele tego nie zauważali. A powinni mieć oczy szeroko otwarte, bo młodzież z drugiej klasy gimnazjum jest najtrudniejsza. Rozwydrzona, pewna siebie, nie przypomina już spokojnych baranków z pierwszej klasy. Uspokaja się i poważnieje dopiero tuż przed liceum.
Mariola Paluch, dyrektorka Gimnazjum nr 10 w Gdańsku: Trzęsę się od samego rana, od kiedy dowiedziałam się o całym zdarzeniu i zastanawiam się, czy taka sytuacja mogłaby się powtórzyć u mnie. Dochodzę do wniosku, że wszystkiemu winne są szkoły molochy, w których uczniowie są anonimowi. W moim gimnazjum jest tylko 260 uczniów, więc łatwiej zauważyć symptomy złego. Widzę ich wszystkich codziennie, rozmawiam z nauczycielami. Wiem, że skoro Kasia czy Antek spali na lekcjach, to oznacza, że spędzili noc na schodach, bo w domu znów była awantura. Nawet smutna mina na lekcji jest wystarczającym powodem, by porozmawiać z młodym człowiekiem. Uczniowie wiedzą, że mogą się zwrócić z każdym problemem. Ale czy to mi daje gwarancję? Czy mogę spać spokojnie?
Grażyna Nowacka, polonistka ze Szkoły Podstawowej nr 84 w Gdańsku, uczyła Anię historii i języka polskiego w ostatnich klasach szkoły podstawowej:
Ania była wzorową uczennicą, wszelkie braki nadrabiała pracowitością i ambicją. Jej zeszyt zawsze wyglądał jak laurka, dopieszczony, ze starannym pismem i podkreśleniami. Bardzo się starała i zazwyczaj miała u mnie same czwórki. Miała grono koleżanek, była otwarta i raczej wesoła, ale na lekcjach często nie umiała odpyskować kolegom. Była spolegliwa i nie zawsze potrafiła, jak inne dziewczęta, odgryźć się albo rozpychać łokciami. Nigdy też nie usłyszałam z jej ust brzydkiego słowa. To prawdopodobnie przyczyniło się do tego, że padła ofiarą agresji chuliganów z klasy.
Barbara Andrzejewska, dyrektorka Gimnazjum nr 12 w Gdańsku: Jestem przerażona! Cała sytuacja działa się na oczach klasy i nikt nie zareagował, nikt nie wybiegł z klasy, żeby wezwać pomoc. Wina leży częściowo po stronie nauczycielki, bo zostawiła klasę bez opieki oraz dyrekcji, która powinna natychmiast wezwać policję i zaopiekować się dzieckiem, zainteresować się jego samopoczuciem. Przecież ta dziewczynka upokorzona i przerażona uciekła ze szkoły i nikt nie wiedział, co się z nią działo. A poza tym, znając życie, cała tragedia rozgrywała się od jakiegoś czasu, tylko nauczyciele tego nie zauważali. A powinni mieć oczy szeroko otwarte, bo młodzież z drugiej klasy gimnazjum jest najtrudniejsza. Rozwydrzona, pewna siebie, nie przypomina już spokojnych baranków z pierwszej klasy. Uspokaja się i poważnieje dopiero tuż przed liceum.
Mariola Paluch, dyrektorka Gimnazjum nr 10 w Gdańsku: Trzęsę się od samego rana, od kiedy dowiedziałam się o całym zdarzeniu i zastanawiam się, czy taka sytuacja mogłaby się powtórzyć u mnie. Dochodzę do wniosku, że wszystkiemu winne są szkoły molochy, w których uczniowie są anonimowi. W moim gimnazjum jest tylko 260 uczniów, więc łatwiej zauważyć symptomy złego. Widzę ich wszystkich codziennie, rozmawiam z nauczycielami. Wiem, że skoro Kasia czy Antek spali na lekcjach, to oznacza, że spędzili noc na schodach, bo w domu znów była awantura. Nawet smutna mina na lekcji jest wystarczającym powodem, by porozmawiać z młodym człowiekiem. Uczniowie wiedzą, że mogą się zwrócić z każdym problemem. Ale czy to mi daje gwarancję? Czy mogę spać spokojnie?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl