Proceder kwitnie w najlepsze od co najmniej dwóch tygodni. Między godziną 7 a 10 na parking w pobliżu katowickiego Spodka podjeżdżają dwa volkswageny busy: niebieski i zielony na rumuńskich numerach rejestracyjnych. Mają przyciemniane szyby. Z samochodu wysiada na czaty jeden z mężczyzn. Rozgląda się po okolicy. Sprawdza czy nikt ich nie śledzi. Spokojny wraca do samochodu.
Z obu busików wysypuje się gromada rumuńskich dzieciaków. Są w różnym wieku. Najmłodsze może mieć 6 lat, najstarsze około 18. Wszyscy pokornie wyruszają w miasto z akordeonem na plecach i kubeczkiem na pieniądze w ręce. Dzieciaki są doskonale wyćwiczone. Wiedzą, co mają robić. Grupa rozstaje się na katowickim rondzie. W tym samym czasie dwóch naganiaczy pilnuje aut - pisze "Fakt".
Mali żebracy wsiadają do tramwajów i rozjeżdżają się po całym mieście. Od razu przystępują do pracy. "Muzyka, muzyka" - powtarzają i tuż po wejściu zaczynają grać. Ukłonią się, gdy ktoś wrzuci złotówkę do kubka. Innym razem pokażą komuś język. Podróżują tak przez cały dzień. Swoją pracę kończą po zmierzchu. Karnie wracają do samochodów po godz. 17.
Za przyciemnionymi szybami bossowie dzielą łupy. Dla dzieciaków nie ma nagrody. Za to dorośli za całodzienny zysk robią zakupy w centrach handlowych. Mali żebracy w tym czasie po całym dniu wytężonej pracy koczują na parkingu przed jednym z katowickich McDonaldów. Zmęczone, upokorzone i wykorzystane zasypiają w ciasnym busie. Rano znów czeka je wytężona praca dla bossów żebraczej mafii.