"Zamiast corhydronu do niektórych ampułek trafił chlorsuccilin, środek zwiotczający mięśnie” - tłumaczy minister zdrowia Zbigniew Religa. I wskazuje winnych: to ktoś, kto ma dostęp do magazynu Jelfy.

"Lek produkuje się na linii technologicznej. Następnie jest on pakowany w fiolki, które są odpowiednio zabezpieczane w pojemnikach" - wyjaśnia wiceminister zdrowia Bolesław Piecha. "Potem trafiają do magazynu na okres kwarantanny i czekają na wewnętrzną kontrolę jakości" - dodaje.

Na tym etapie najpewniej doszło do tragicznej w skutkach pomyłki. "Przez przypadek jakiś magazynier, czy ktoś z personelu, mógł je strącić. Fiolki się wysypały, a ponieważ są nie do odróżnienia, ktoś mógł je włożyć do nieprawidłowego pojemnika" - przypuszcza wiceminister Piecha. I od razu zastrzega, że mało prawdopodobne jest, by ktoś zrobił to specjalnie.

Raport z tymi informacjami już przeczytał premier. Producenta corhydronu - zielonogórską Jelfę - sprawdzają prokuratorzy.