Mieszkańcy Śląska, zwłaszcza ci, którzy w rodzinach mają górników, modlili się w kościołach i wstrzymywali oddech, gdy przez pięć dni ratownicy usiłowali dotrzeć do zasypanego Nowaka.
Siedział skulony w kompletnej ciemności, przystawiając twarz do uszkodzonej przez tąpnięcie rury wentylacyjnej, jedynego źródła powietrza. Otuchy dodawały mu odgłosy stukania, a następnie głosy ratowników. Wtedy wiedział, że pomoc nadchodzi. Ratownicy pracowali na okrągło bez wytchnienia, niczym krety ręcznie przekopując się przez ponad 200-metrowy, kompletnie zasypany kamieniami i żelastwem chodnik. Kiedy już mało kto wierzył, że górnik żyje, usłyszeli jego głos.
Ratownicy dotarli do Zbigniewa Nowaka po pięciu dniach. Ten o własnych siłach przeczołgał się przez wydrążony przez ratowników otwór w zwałowisku. Ten prowizoryczny tunel na końcowym etapie miał zaledwie 30 centymetrów wysokości.
Pierwsze o co poprosił, to było jabłko i woda.
"Nigdy nie należy tracić nadziei, ta umiera ostatnia. Ratownicy zawsze wierzą, że dotrą do żyjącego górnika. Górnik to zawsze będzie niebezpieczny zawód. Choć wydajemy coraz więcej pieniędzy na bezpieczeństwo, wprowadzane są coraz nowocześniejsze urządzenia badające pokłady, nasycenie metanu, pewnych rzeczy nie da się po prostu przewidzieć. Zawsze trzeba pamiętać, że to nieobliczalny żywioł, kopalnie drążą coraz głębiej, a im głębiej, tym niebezpieczniej - mówi dziennikowi.pl prof. Paweł Krzysztolik, konsultant naukowy Głównego Instytutu Górnictwa, wieloletni dyrektor kopani doświadczalnej "Barbara".