Pan Michał cały się trzęsie. Od wtorkowego popołudnia, gdy tylko gruchnęła straszliwa wieść o tragedii w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej, odpala papierosa od papierosa. Nie śpi. No bo jak tu zmrużyć oczy, gdy ukochany syn tkwi ponad kilometr pod ziemią...
"Siedzę i czekam na jakikolwiek sygnał" - wolno cedzi słowa mężczyzna. Jego duma, Adrian, dopiero co wyszedł z wojska. Tam zdobył fach – młodszego ślusarza. "Będzie trzy miesiące, jak poszedł pracować do kopalni" - ciągnie pan Michał.
Chłopak chciał uciułać parę groszy. Założyć rodzinę. Urządzić się. Jak to młody. Na feralnej ścianie pracował półtora miesiąca. "Opowiadał, że to harówka. Nawet miał kilka dni przerwy w zeszłym tygodniu, bo w tym rejonie było ogromne stężenie metanu" - przypomina zrozpaczony ojciec. Jego bezradność i rezygnacja zamienia się nagle we wściekłość. Podrywa się z fotela. Zaciska pięści.
"Po co ci prezesi zdecydowali o wydobyciu stamtąd tego sprzętu. Ta decyzja była błędem! Tylko o kasę im chodzi!" - denerwuje się. Wierzy, że już w lutym tego roku sam Bóg dał ludziom sygnał, aby opuścili niebezpieczny rejon. Wtedy gdy po tąpnięciu ziemia uwięziła jednego z górników, Zbigniewa Nowaka.
"Ale chciwi prezesi zdecydowali popchnąć w ten rejon 23 górników!" - wykrzykuje pan Michał. Po chwili znów rozkłada bezradnie ręce. Znów ociera łzy. Wreszcie siada w fotelu. Czeka. Jak sam mówi, tylko to mu pozostaje...