Niall Ferguson jest rzadkim przykładem znakomitego uczonego, który stał się jednym z najbardziej wpływowych komentatorów politycznych na świecie. W dodatku w stosunkowo młodym wieku. Jako historyk zajmował się m.in. dziejami Niemiec i imperium brytyjskiego oraz I wojną światową. W książce "Colossus" (2004) przeprowadził z kolei błyskotliwą analizę rozwoju "amerykańskiego imperium" w XX wieku. Jego komentarze dotyczące stosunków międzynarodowych i globalizacji zamieszczają najważniejsze światowe media. Ferguson twierdzi, że tak naprawdę globalizacja się skończyła i dziś mamy do czynienia z powrotem do gospodarki, w której podstawową rolę odgrywają państwa narodowe. Dzisiejsza sytuacja przypomina tę z początków XX wieku. Wtedy również żywiołowy rozwój gospodarki światowej został zastopowany. Państwa wkroczyły zaś w epokę krwawych konfliktów. Tymczasem to, czego zdaniem Fergusona światu potrzeba najbardziej, to większa wolność gospodarcza.
Oceniając dziś na łamach "Europy" nowego brytyjskiego premiera Gordona Browna, Ferguson daje mu podobną radę. Wielka Brytania potrzebuje "drugiej fazy Thatcherowskiej rewolucji". Oznacza to przede wszystkim rozluźnienie biurokratycznych barier dla biznesu. A także reformę służby zdrowia i edukacji, które wedle Fergusona wciąż przypominają "sowiecki system nakazowo-rozdzielczy". Czy jednak Brown podoła temu zadaniu? Jego osiągnięcia jako ministra finansów nie są przecież imponujące. Na razie brytyjski premier idzie w ślady francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego, wykazując zdrowy sceptycyzm wobec pomysłów zwiększenia prerogatyw Unii Europejskiej kosztem państw narodowych.
p
W ostatnich tygodniach "zmiana" stała się ulubionym słowem Gordona Browna. W dużej mierze jest to zaklinanie rzeczywistości, bo w ustach kogoś, kto przez dziesięć lat był drugą najważniejszą osobą w państwie, obietnice radykalnej zmiany nie brzmią zbyt wiarygodnie. Tym bardziej że jako minister finansów Gordon Brown nie przeprowadził żadnych radykalnych reform. Jego największe osiągnięcie - ulgi podatkowe dla rodzin, w których oboje rodzice pracują - nie było niczym szczególnym, a obszary biedy sprzed dekady wcale nie zniknęły. Istnieje w zasadzie tylko jeden obszar, w którym Brown może przekonać wyborców, że jest inny od Blaira. Od czasu wojny w Iraku Blair postrzegany był jako amerykańska marionetka i to właśnie sprawiło, że stracił społeczne poparcie i stał się wręcz obiektem nienawiści Brytyjczyków. Z czysto wewnętrznych, politycznych powodów nowy premier będzie zatem podkreślać dystans między sobą a Białym Domem. Jest to tak oczywiste, że bez względu na to, co Brown prywatnie myśli - a ma on wielu amerykańskich przyjaciół - powinniśmy pożegnać się z "uprzywilejowanym partnerstwem" między Londynem a Waszyngtonem.
Nie oznacza to jednak reorientacji brytyjskiej polityki i bardziej proeuropejskiego nastawienia nowego kierownictwa. Przykład Sarkozy'ego pokazuje, że sposobem na zdobycie i utrzymanie władzy w Europie jest nacjonalizm oraz sceptycyzm zarówno wobec sojuszu transatlantyckiego, jak i wobec integracji europejskiej. Brown będzie wiarygodny, idąc tą drogą, bo to właśnie on sprawił, że Wielka Brytania nie weszła do strefy euro. W 1997 roku, gdy Nowa Partia Pracy przejęła władzę, większość obywateli spodziewała się, że wprowadzi ona kraj do powstającej właśnie unii walutowej. Wyłączenie polityki monetarnej spod kontroli rządu było warunkiem utrzymania zaufania biznesu. Jednak Brown zamiast podporządkować brytyjską politykę monetarną Europejskiemu Bankowi Centralnemu, doprowadził do uniezależnienia Banku Anglii. Z perspektywy prawie dekady wydaje się, że była to dobra decyzja, potwierdzająca wiedzę, profesjonalizm i dalekowzroczność obecnego premiera. Stopy procentowe znalazły się poza zasięgiem politycznych manipulacji, a równocześnie lepiej odpowiadają one stanowi brytyjskiej gospodarki niż te, które wyznaczałby bank we Frankfurcie. Unia walutowa w ogóle wydaje się trochę spóźnionym pomysłem. Euro pojawiło się w momencie, kiedy koszty transakcyjne na międzynarodowym rynku walutowym zaczęły znikać. Zamiast wprowadzać wspólną walutę, można było zostawić wszystko po staremu i po prostu pozwolić bankom i firmom wydającym karty płatnicze na stworzenie systemu płynnych transakcji. Makroekonomicznych korzyści euro i tak nikomu nie przyniosło - może z wyjątkiem Belgii i Włoch, które pozostając poza unią walutową, pogrążałyby się co jakiś czas w kryzysach typu latynoskiego.
Retoryka Browna z okresu, kiedy był ministrem finansów, wpisuje się w liberalny model amerykański, ale w rzeczywistości nie jest on ekonomicznym liberałem. To trochę niepokoi, bo tym, czego potrzebują dziś kraje rozwinięte, jest więcej liberalizmu w gospodarce - obniżka podatków, ograniczenie regulacji i biurokracji oraz ułatwienia dla przedsiębiorców. Brytyjska gospodarka wcale nie jest w tak dobrej formie - wystarczy spojrzeć na wskaźniki produktywności. Wielka Brytania potrzebuje drugiej fazy Thatcherowskiej rewolucji. W edukacji i służbie zdrowia ciągle mamy coś w rodzaju sowieckiego systemu nakazowo-rozdzielczego. Z gorszymi rezultatami, bo Sowieci potrafili przynajmniej wykształcić w tym systemie dobrych fizyków, matematyków, szachistów i czytelników poezji. Jeśli Brown chce osiągnąć cokolwiek jako premier, powinien być większym thatcherystą niż Blair. A to jest mało prawdopodobne, mimo iż jest on dobrze wykształcony i wie, że liberalizm w gospodarce jest zdecydowanie bardziej skuteczny od socjalizmu.
Zdolność wspomagania koniunktury gospodarczej ma kolosalne znaczenie dla utrzymania się przy władzy wszędzie na świecie, ale w brytyjskim przypadku gra toczy się o większą stawkę. Nie jest wykluczone, że Gordon Brown będzie ostatnim lub przedostatnim premierem Zjednoczonego Królestwa. Niepodległościowej retoryki Szkockiej Partii Narodowej nie należy przeceniać, bo ludzie ci są przerażeni wizją rzeczywistego usamodzielnienia się i trudnościami finansowymi, wobec jakich mogą stanąć. Najprostszym sposobem utrzymania spójności wydaje się dotowanie Szkocji i Walii, ale jest to tylko zamiatanie problemu pod dywan, bo musi zrodzić niechęć wśród Anglików, którzy będą do tego dopłacać.
Komentatorzy polityczni są zgodni, że Brown powinien szybko rozpisać wybory parlamentarne. Jesień tego roku wydaje się najrozsądniejszym terminem. Im dłużej będzie zwlekać, tym bardziej jego szanse będą maleć. Dziś Partia Pracy ma ciągle dużą szansę na wygraną. Ludzie są w zasadzie zadowoleni, gospodarka ma się - jeśli patrzymy na krótkoterminowe wskaźniki, a te mają znaczenie w wyborach - dobrze. Jeśli Brown zdoła w przekonujący sposób zdystansować się od Blaira, tak by ludzie uwierzyli, że oznacza to rzeczywistą zmianę po 10 latach rządów, wygra. Na jego korzyść działa także to, że konserwatyści nie są zbyt silni. Boją się bycia prawicą i mówienia o kwestii, która ma dla Brytyjczyków największe znaczenie - imigracji. Tak jak w innych krajach Europy Zachodniej ludzie boją się napływu obcych. Udając, że nie dostrzegają problemu, torysi zniechęcają do głosowania własny twardy elektorat i tracą szansę na wyrwanie laburzystom głosów klasy pracującej. Brown tymczasem może pójść tropem Sarkozy'ego, podkreślać znaczenie tożsamości i swój sceptycyzm wobec wizji społeczeństwa wielokulturowego. Wszystkie mowy, które wygłaszał tuż przed tym, jak został premierem, skupiały się właśnie na tych kwestiach. Należy się spodziewać, że dokona w tym obszarze takiej samej triangulacji, jaką przeprowadził Sarkozy, mówiąc imigrantom, że powinni mieć równe szanse, a autochtonom - że podstawą tych równych szans jest przyjęcie kultury i tradycji większości. Szanse na powodzenie takiej strategii są tym większe, że przywódca konserwatywnej opozycji, David Cameron, boi się tych tematów. Jest przekonany, że są one toksyczne i potencjalnie szkodliwe dla spójności jego własnej partii, w której znajdują się zarówno nacjonaliści, jak i radykalni liberałowie. Dlatego próbuje skupić się w kampanii na rzeczach takich jak ekologia, które dla wyborców nie mają jednak większego znaczenia. Stwierdzam to z żalem, bo uważam, że Cameron mógłby być lepszym premierem niż Brown. Jego jedyną szansą jest jednak to, że Brown, odwlekając wybory, zniechęci do siebie społeczeństwo.
p
, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych na świecie historyków średniego pokolenia. Wykłada historię polityczną i gospodarczą na Uniwersytecie Oksfordzkim i w Stern School of Business na New York University. Jest autorem cenionych i popularnych prac historycznych, m.in.: "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire", w której lansował tezę, że USA są współczesną wersją dawnych światowych imperiów. Ostatnio wydał "The War of the World", własną historię XX wieku. Zajmuje się także publicystyką polityczną - regularnie publikuje komentarze m.in. w "The Sunday Telegraph". Ostatnio w "Europie" nr 148 z 3 lutego 2007 ukazał się jego tekst "Spadkobiercy".