Zagaduję ochroniarza: – Do pani Zuli?
– Na pierwsze piętro i po lewej.
Wchodzi roześmiana. Blond włosy, mocny, choć elegancki makijaż, kobiece, nowoczesne ubranie. Widzimy się drugi raz w życiu, ale mam wrażenie, że ma ochotę pochylić się i pocałować mnie w policzek jak dobrą koleżankę.
Każdy, kto zajmuje się w Polsce tematem uchodźców, zna "panią Zulę" lub przynajmniej o niej słyszał. Jej nazwisko to żadna tajemnica, ale prosi, by nie podawać go w tekście, podobnie jak imion jej synów i nazwy szkoły, gdzie pracuje.
wspomina ze śmiechem.
Gdy pierwszy raz słuchałam jej historii w grupie kilku osób, odwracaliśmy głowy, by nie okazywać wzruszenia. I nie dlatego, że jej historia była nadzwyczaj dramatyczna, z przerażającymi szczegółami, z beznadzieją w zakończeniu. Wręcz przeciwnie. Zula miała wyjątkowe szczęście. Straciła dom, ojczyznę, brata, rodziła dzieci w trakcie wojny, musiała porzucić karierę lekarza, rodziców i drugiego brata, widziała zabijanych sąsiadów, przyjaciół, członków rodziny, przeżyła kilka lat ciągłych upokorzeń. Ale i tak miała wyjątkowe szczęście.
Ale i tak prosi, by pisać o niej bez nazwiska.