Inne
Reklama

Nie wiadomo, dlaczego Marcin F. porwał dziecko. Być może chciał się w ten sposób odegrać na kobiecie, bo ta złożyła pozew o wypłatę alimentów. Ich związek rozpadł się, gdy Alex miał pół roku. Wróciła z synkiem z Belgii do Polski. Po powrocie Justyny do kraju Marcin F. odwiedził ją i maleństwo jedynie trzy razy - czytamy w "Fakcie".

Piekło matki rozpoczęło się w piątek 7 marca. Rano pod jej dom przyjechał Marcin F. z kolegą. Pretekstem do odwiedzin miał być Dzień Kobiet.

"Wręczył mi kwiaty i poprosił o herbatę. Byłam zaskoczona tym zachowaniem, ale nie podejrzewałam niczego złego. W tym czasie Alex spał w wózeczku" – mówi "Faktowi" pani Justyna.

Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Porywacze wyrwali dziecko z wózeczka. Kiedy matka rzuciła się, aby wyrwać synka z ich rąk, prysnęli jej gazem w oczy. Na nic zdała się jej walka. Aleks został uprowadzony.

Przez całą sobotę polska policja poszukiwała Marcina F. Jednak on dawno był już za granicą. W sobotę wieczorem zgłosił się na posterunek w Belgii. Ma podwójne obywatelstwo, a syn nosi jego nazwisko. Policja belgijska mimo apelu ze strony polskiej o zatrzymanie porywacza, nie znalazła podstaw, aby zastosować areszt. Trzeba czekać na europejski nakaz aresztowania, a to potrwa przynajmniej kilka dni - pisze "Fakt".

"To jest jakiś absurd. Porwał mi dziecko i może chodzić wolny – mówi matka dziecka. Justyna Przedwojska nie ma zamiaru czekać z założonymi rękoma. "Jadę do Belgii. Jadę zobaczyć moje dzieko i zabrać je do domu" – mówi "Faktowi" zdecydowanym głosem.

Spakowała już wszystko, czego Aleks potrzebuje, żeby bezpieczenie i wygodnie wrócić do domu. Ciepłe ubranka, pieluszki i ulubione jedzenie. Nie zapomniała o ukochanym misiu - czytamy w "Fakcie".

"On o tym nie pomyślał, jak go porywał. Rzucił go na siedzienie jak jakiś przedmiot" - mówi Justyna Przedwojska.

Jednak matka nie ma zamiaru walczyć sama. Do pomocy ma już prawników. Ma też nadzieję, że polscy urzędnicy z konsulatu nie zostawią jej bez pomocy - pisze "Fakt".