Jak informuje "Rzeczpospolita", do zdarzenia doszło "na oczach klientów VIP, tuż przed najważniejszą aukcją, w której sprzedano za rekordowe 1,2 mln euro klacz Perfinkę". Na miejsce wezwano policję i ochronę.

Reklama

- Usłyszałem tylko "ty gnoju", po czym zostałem uderzony cztery razy w tył głowy pięścią, kiedy szedłem do namiotu VIP ze swoimi klientami z Belgii. Rozmawiałem wtedy przez telefon, który wypadł mi z rąk, z twarzy spadły mi okulary. Koszmarna historia - mówi "Rzeczpospolitej" Mateusz Leniewicz-Jaworski, który dziś pracuje jako agent hodowców arabów z całego świata. To jego klienci z Belgii licytowali za ponad 1 mln euro Perfinkę. Do incydentu doszło, kiedy Leniewicz-Jaworski minął się z Markiem Szewczykiem, który na tej licytacji był komentatorem.

Policja potwierdza wersję Leniewicza-Jaworskiego. - Zgłoszenie otrzymaliśmy przed godz. 15. Podjęliśmy interwencję i sporządziliśmy z niej dokumentację. Wylegitymowaliśmy też obydwu panów. W związku z tym, że mężczyzna nie doznał poważnych obrażeń ciała, został pouczony o możliwości wystąpienia na drogę sądową z powództwa cywilnego. Czy z takiej możliwości skorzysta, pozostaje w gestii pokrzywdzonego - tłumaczy podkom. Barbara Salczyńska-Pyrchla, oficer prasowy komendy policji w Białej Podlaskiej.

Marek Szewczyk w rozmowie z "Rzeczpospolitą" także potwierdza, że uderzył byłego wiceprezesa stadniny. - To prosta sprawa, nie ma w niej drugiego dna. Kiedy się mijaliśmy, Jaworski, rozmawiając przez telefon, powiedział "o, Szewczyk, ta menda". Więc dałem mu w twarz otwartą ręką. Czy żałuję? Nie - przyznaje komentator. - Jesteśmy po dwóch stronach barykady, a on stoi po złej stronie - dodaje.

Leniewicz-Jaworski nie wyklucza, że skieruje sprawę do sądu o pobicie.

Tomasz Chalimoniuk, prezes PKWK i organizator 51. aukcji w Janowie, przyznaje, że słyszał o pobiciu "w kategorii plotki". - To dla mnie rzecz niewyobrażalna i niedopuszczalna, godzi w wizerunek tej prestiżowej imprezy. Ona nie powinna mieć miejsca, będę rozmawiał o tym z panem Szewczykiem. Nie życzę sobie takich incydentów - mówi "Rzeczpospolitej".

- Tak się kończy podgrzewanie sporu wokół Janowa. Dajmy temu spokój, bo dojdzie do tragedii - podsumowuje z kolei anonimowo jeden ze stałych bywalców aukcji, właściciel dużej stadniny.