Jadwiga Staniszkis*: Ponieważ mam wnuczkę w tym wieku -- za rok zdaje maturę i często chodzę na spotkania ze szkolną młodzieżą, to mam sporo obserwacji na ich temat. I widzę, że jest to
pokolenie, które nawet na tle młodzieży europejskiej wyróżnia się wiedzą, a zarazem wewnętrzną dynamiką oraz poczuciem, że wszystko można. Ale mam zarazem wrażenie, że też taka byłam,
kiedy miałam 19 lat.
I tak, i nie. Dorastałam w okresie po 1956 r., czyli po październikowej erupcji: masowe pojawienie się tłumaczeń literatury zachodniej, muzyki, to dawało oddech i poczucie dynamiki myślowej. Żyłam wtedy kulturą i poczuciem, że wszystko można, jeżeli się tego chce i włoży się odpowiednią pracę. Nie miałam żadnych kompleksów. Kiedy miałam 17 lat, chodziłam do bardzo dobrego żeńskiego gimnazjum w Poznaniu. Wtedy też wyjechałam do Londynu, gdzie pracowałam jako au-pair. Spotkałam tam przyjaciół rodziców z emigracji wojennej, którzy mieli poczucie deklasacji i zazdrościli mi powrotu. Kiedy miałam 19 lat i byłam na drugim roku studiów, komunizm istniał jako wyzwanie, które, jak się wydawało, można było pokonać słowem, bo komuniści histerycznie reagowali na każde niezależne słowo. Chodziło o poczucie wyścigu z rzeczywistością. Najważniejsze przy tym było zachowanie czystych rąk, konieczność zareagowania, ale bez wiary w możliwość wygrania.
To nieprawda. Mogą myśleć, że nic nie zostało już do zrobienia, ale zbudowanie nowoczesnej Polski w warunkach globalizacji i kryzysu jest moim zdaniem wiekszym wyzwaniem niż obalanie
zmurszałego już komunizmu w latach 80. I o tyle oni mają trudniej. Bo wolność nie daje usprawiedliwień, że czegoś nie można osiągnąć, bo się jest zablokowanym. Kiedy mnie po 1968 r.
wyrzucono z uniwersytetu, mogłam wszystko zwalać na komunizm. Poza tym tkwiłam cały czas w inteligenckim getcie, nie wychodząc na zewnątrz i nie podejmując ryzyka zaczynania innego życia.
Oczywiście pracowałam jako nauczycielka w szkole pielęgniarskiej czy magazynierka, ale to było na niby, nie traciłam swojego inteligenckiego statusu. W moich czasach role były dużo bardziej
określone.
W tej chwili kwestia statusu i pozycji w środowisku, które dawały mojemu pokoleniu alibi oraz poczucie bezpieczeństwa, zniknęła. Dziś ci młodzi ludzie, jeżeli są ambitni, muszą sami
walczyć o wszystko od zera. Przypominają mi środowiska inteligenckie pokolenia międzywojennego. Europa należała do nich. To był jeden świat, wystarczyło wsiąść do pociągu. Dzisiejsza
młodzież jest właśnie taka. Jest tylko jedna istotna różnica. Przed wojną istniały prawdziwe środowiska inteligenckie w sensie formy, pewnej dyscypliny moralnej i wsparcia statusowego. Teraz
każdy z tych młodych ludzi musi walczyć na własną rękę. Inteligencja jako warstwa, która ma zobowiązania, zniknęła. Dlatego twierdzę, że jest im trudniej. Ci młodzi ludzi więcej
naładowali w siebie wiedzy, mają otwarty świat, ale każdy z nich jest sam.
Ta młodzież ma znacznie większy potencjał intelektualny. Moja wygoda polegała na tym, że ja po prostu nie wiedziałam, że nie wiem -- więc nie miałam czym się martwić. Nie wiedziałam, że wszystko zostało już odkryte, i miałam więcej wiary, że to ja odkryję. Dla nich jest trudniej, bo wiedza paraliżuje.
Ja się dobrze bawiłam w młodości. Mieliśmy więcej wolnego czasu na koncerty, więcej czasu na czytanie dla własnej przyjemności, włóczenie się po Polsce autostopem. A kiedy pojechałam do
Londynu, za wszystkie zarobione pieniądze kupiłam u Harrodsa najmodniejszą drogą suknię jajo z flauszu groszkowego koloru. W Wielkiej Brytanii była supermodna, kiedy jednak przyjechałam do
Polski, patrzono na mnie dziwnie. Nie wytrzymałam i przerobiłam ją na minispódniczkę. Kiedy patrzę na pokolenie moich wnuków, widzę, że oni są bardziej poważni i zdyscyplinowani. Moja
wnuczka w czasie ferii była instruktorką na obozie narciarskim, dwoje młodszych jeździło na zawodach. Na ich tle ja byłam luzakiem. To są dzieciaki, które ciężko pracują.
*Jadwiga Staniszkis, socjolog i politolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego