Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie wezwali lekarzy do umierającego Polaka

18 lutego 2009, 21:35
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Robert Ginter, który miał dyżur na lotnisku w Vancouver, kiedy umierał rażony paralizatorem Polak Robert Dziekański, nie zawiadomił służb medycznych lotniska. Przed sądem tłumaczył, że bał się sytuacji, w której w razie pożaru lub katastrofy lotniczej medycy zajęci ratowaniem Dziekańskiego nie pomogą innym. Polak nie przeżył.

Przed kanadyjskim sądem toczy się proces, który ma wyjaśnić przyczyny śmierci Polaka rażonego paralizatorem na lotnisku w Vancouver. Wśród zeznających jest Robert Ginter, jeden z managerów lotniska. Ginter pełnił służbę tego dnia, gdy zginął Dziekański. Mężczyzna zeznał, że nie wysłał ratowników medycznych do Dziekańskiego. "Bałem się, że w tym samym czasie może rozbić się samolot lub wybuchnąć pożar. W takim wypadku trzeba spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy. Nie mogłem całego personelu skupionego na jednej osobie" - zeznał Ginter.

Wcześniej sąd usłyszał, że Dziekański nie dostał pomocy medycznej na czas ze względu na nieporozumienia między służbami medycznymi, a władzami lotniska. Z maila do szefa ratowników medycznych, Andrew Caldwella ujawnionego przez jedną z pracownic lotniska, Heather Staller wynika, że konflikt ten mógł przyczynić się do śmierci Dziekańskiego. Staller powiedziała, że Caldwell i jego ludzie nie dostali szansy, żeby pomóc Polakowi, a mogli uratować jego życie. Kobieta zeznała również, że Caldwell wcześniej kilka razy posprzeczał się z managerami lotniska.

Kilku świadków zeznało, że oburzył ich fakt, że Robert Dziekański porażony taserem o 1.29 w nocy nie otrzymał żadnej pomocy aż do 1.42, kiedy to przyjechali strażacy.

Ginter mówił przed sądem, że dołączył do policjantów w hali przylotów, gdzie leżał porażony Polak, przytrzymywany przez czterech funkcjonariuszy, jednak zdaniem Gintera obowiązkiem managera było sprawdzić, czy nie zostały zniszczone meble, komputery i szyby. Mężczyzna dodał, że Dziekański był pod opieką policjantów i on sam nie czuł się odpowiedzialny za stan Polaka. Ginter zaprzecza, jakoby zabronił ratownikom medycznym lotniska nieśc pomoc porażonemu mężczyźnie.

Szef strażaków, Kirby Graeme twierdzi, że kiedy strażacy przybyli na lotnisko o 1.42, Dziekański już nie żył. Graeme zeznał, że pierwszy raz w ciągu 23 lat - a tyle pracuje w straży pożarnej - zdarzyło się, że strażacy byli na miejscu przed ratownikami medycznymi z lotniska.

Robert Dziekański przyleciał do Kanady, aby dołączyć do swojej matki. Przez 10 godzin błąkał się po strzeżonej, zamkniętej części lotniska w Vancouver, podczas gdy matka czekała na niego w hali przylotów. Mężczyzna po raz pierwszy w życiu leciał samolotem, nie mówił w żadnym obcym języku. Był zmęczony, głodny i przestraszony. W pewnym momencie agresywny kierowca taksówki wszczął awanturę, że Dziekański stoi za blisko drzwi i je blokuje. Polak zaczął się denerwować, rzucać krzesełkami. Kanadyjscy policjanci uznali, że jest agresywny, więc pięć razy porazili go taserem. Mężczyzna zmarł na podłodze lotniska.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj