Kilku niemieckich prawników, ekonomistów i biznesmenów (wspieranych raczej symbolicznie przez exposła do Bundestagu CDU Franza Ludwika von Stauffenberga, syna tego Stauffenberga, który w 1944 próbował zabić Hitlera) zaskarżyło właśnie unijny traktat do Trybunały Konstytucyjnego. Powód? Niezgodność z niemiecką ustawą zasadniczą, zwiększanie wszechwładzy Brukseli i odbieranie obywatelom wpływu na najważniejsze decyzje. Szansę, że Sąd Konstytucyjny przyzna im rację są minimalne. Skarga będzie miała jedną poważną konsekwencję: szanse, że Lizbona wpadnie na minę mocno się zwiększyły.

Już dziś wiadomo na przykład, że planowane na początek lutego posiedzenie niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, które miało oczyścić pole do ratyfikacji traktatu przez największy kraj UE, nie będzie ostatnim. Sąd będzie musiał zebrać się znowu, bo wniosek jest merytorycznie dobrze przygotowany przez znanego berlińskiego prawnika Markusa Kerbera. Niemiecki prezydent Horst Koehler nie zakończy więc ratyfikacji, tak jak to planowano jeszcze przed nastaniem roztopów.

A tej sytuacji trudniej będzie głównym akuszerom Lizbony - rządom Niemiec i Francji - wywierać presję na lizbońskich maruderów: Polskę i Czechy. Gdy następnym razem prezydent Sarkozy zadzwoni do Lecha Kaczyńskiego i z wyrzutem powie mu „obiecałeś podpisać” polski prezydent może odpowiedzieć, „ale przecież nawet Niemcy mają wątpliwości”. Z podobnym argumentem spotkają się także kolejne próby wyciągania za uszy eurosceptycznego prezydenta Czech Vaclava Klausa. I Kaczyńskiemu i Klausowi niemiecka skarga umożliwia to, co lubia najbardziej: grę na czas w oczekiwanie na wybory do parlamentu europejskiej, zdyskontowanie swojej nieprzejednanej postawy u eurosceptycznego elektoratu, a końcu powtórkę irlandzkiego referendum, którego przebiegu nie sposób dziś przewidzieć.