Z wczorajszej sondy dziennika.pl wynika, że 15 proc. respondentów jest za postawieniem pomnika generałowi Jaruzelskiemu, 17 proc. mówi, że niekoniecznie, ponieważ zbyt wiele jest kart z jego życia pozostaje niejasnych, a przytłaczająca większość - 68 proc. odpowiadających - jest kategorycznie przeciwna takiemu pomysłowi.

W moim przekonaniu tych 15 proc. osób głosujących za postawieniem pomnika generałowi Jaruzelskiemu to zaskakująco mało. Podobne badania były prowadzone przez całe lata 90. i po roku 2000. W tym czasie systematycznie Jaruzelski dzielił Polaków mniej więcej na pół - jedni uważali go za bohatera narodowego, inni mieli go za zdrajcę. Wiadć, że ostatnio szlala przechyla się przeciwko niemu.

Wynik można tłumaczyć tym, że mamy coraz bardziej wolną prasę i media, zwłaszcza gdy chodzi o dyskusje dotyczące historii. Poza tym ostatnio dociera do nas znacznie więcej informacji o generale Jaruzelskim, gdy np. jeszcze 10 lat temu większość Polaków nie wiedziała, że był on tajnym współpracownikiem informacji wojskowej. Tego typu fakty zaczynają powoli mieć znaczący wpływ na opinię społeczną.

Kto chciałby wystawienia pomnika generałowi? Z pewnością nie są to ludzie młodzi, bo ich stusunek do całego komunizmu jest raczej obojętno-negatywny. Sądzę więc, że są to osoby, które były bardzo związane z PRL - byli członkowie partii, byli funkcjonariusze służb mundurowych, ci, którzy opowiedzieli się w 81. i 82. roku po stronie stanu wojennego, jak i osoby twierdzące, że dzięki PRL zawdzięczają swój awans społeczny. Oni do dziś uważają, że generał Jaruzelski to Wallenrod, który już w 45 roku postanowił doprowadzić do Okrągłego Stołu i oszukać sowietów.

Oczywiście w tych 15. proc. może być również jakiś odsetek młodzieży - ale nieznaczny. Mimo systemu edukacyjnego ostatnich lat, chyba udało się ją przekonać, że zamiast komunizmu - wolna, liberalna demokracja jest znacznie szczęśliwszym rozwiązaniem.