Przysłuchując się wypowiedziom piłkarzy, o wynik można być spokojnym. Ich przekaz jest z grubsza taki: Nie lękajcie się, damy radę. O ile przed meczem z Niemcami podobne deklaracje mogły być traktowane w kategorii tych, które miały dodać animuszu, o tyle te oparte są po prostu na realnej ocenie własnej wartości.

No bo kogo mamy pokonać, jeśli nie Austrię? Ta drużyna, według rankingu FIFA, plasuje się w okolicach setnego miejsca. My przynajmniej siedemdziesiąt pozycji wyżej. Austriacy nigdy nie dostaliby się do finałów Euro, gdyby sami nie byli jego organizatorami. Większość ich zawodników gra w słabszych klubach niż nasi. Nawet krytykowana drużyna Pawła Janasa potrafiła dawać im łupnia. Zarówno w Polsce, jak i w Wiedniu na Praterze.

To są argumenty znacznie mocniejsze od tych, którymi dysponują Austriacy: grają u siebie, gospodarzom zawsze sprzyjają ściany i podobnie jak my - mają nóż na gardle. Mecz w Wiedniu zweryfikuje ostatecznie cel, w jakim przyjechaliśmy na mistrzostwa. Beenhakkerowi jesteśmy winni szacunek i uznanie za to, co do tej pory zrobił, ale analizując jego wypowiedzi, można się trochę pogubić. Siedem miesięcy temu odważnie zadeklarował, że jedziemy po złoto. Wiadomo, chciał podgrzać atmosferę, zagrać socjotechnicznie. Tuż przed Euro obiektywnie uznał, że naszym celem jest ćwierćfinał, czyli wyjście z grupy. A po porażce z Niemcami przekonywał, że sam fakt awansu na mistrzostwa trzeba traktować w kategorii cudu.

Leo, wybacz, ale z tą ostatnią tezą nie możemy się pogodzić. Czyli mamy się sycić samą obecnością na mistrzostwach? To nie ten naród. Wiele można Polakom zarzucić, ale nie tego, że brakuje nam ambicji albo wiary w sukces. Nadzieje zostały rozbudzone, chcemy - ba - żądamy wręcz więcej. Dajcie nam to! Pokonajcie Austriaków, a później pójdźcie za ciosem. Pozwólcie się nam nacieszyć tymi mistrzostwami.