Zupełnie inny niż ten, który w świetle kamer przedstawiany był jako następca sponiewieranego i wypalonego poprzednika Pawła Janasa. "Uważam, że teraz już znakomicie nadaje się na członka zarządu PZPN" - mówi z nieskrywanym przekąsem Dariusz Dziekanowski, były współpracownik Beenhakkera. Kolejna potyczka Holendra z polskim związkiem piłkarskim zakończyła się w czwartek pozorowanym rozejmem. Ale niesmak znów pozostał.

Holender miał nas nauczyć profesjonalnego futbolu, wprowadzić na salony, pokazać nowe standardy. Tymczasem to my nauczyliśmy go wszystkiego, co mieliśmy najgorsze. Kłótliwości, małostkowości, wreszcie zwykłego chamstwa. Wszedł w polskie piekiełko, stał się uczestnikiem gry. Wcale nie lepszym od Engela, Piechniczka czy Listkiewicza. Czasy, w których zauroczył nas do tego stopnia, że prezydent wręczył mu medal, a jego najbliższy współpracownik przykląkł i publicznie pocałował go w dłoń, wydają się tak odległe, że aż nieprawdziwe. Co się stało, że nasze drogi z Leo właśnie się rozchodzą?

"Beenhakker niczego nie robi przypadkowo. Jeśli popadł w tak ostry konflikt ze swoim pracodawcą (podjął równoczesną pracę w Feyenoordzie Rotterdam, mimo że nie zgodził się na to prezes PZPN Grzegorz Lato - red.), to dlatego że tak mu wychodzi z kalkulacji. Jest dobrym trenerem i wie, że z tą grupą zawodników, jaką ma do dyspozycji obecnie, wiele już nie osiągnie. Może, przy dużym szczęściu, awansuje do finałów mistrzostw świata w RPA. Ale więcej nie ugra i będzie musiał odejść jako przegrany. Bezsprzecznie liczy na to, że zostanie przez nas zwolniony. Skasuje potężną odprawę za blisko rok pracy i jeszcze odejdzie z podniesioną głową. Publiczności pozostawi wrażenie: robiłem, co mogłem, ale z tymi zacofanymi ludźmi nie dało rady" - analizuje jeden z członków zarządu PZPN i dodaje: "Oczywiście Leo nie dostanie od nas satysfakcji. Poczekamy, aż się potknie, i dopiero wtedy podziękujemy za pracę."

Działacz mówi anonimowo, bo oficjalnie niemal wszyscy w naszym piłkarskim związku deklarują poparcie dla Leo. Wyjątkami są dwaj byli selekcjonerzy: Antoni Piechniczek i Wojciech Łazarek. Konflikt tego pierwszego z Beenhakkerem urósł do rangi symbolu. Niektórzy widzą w nim skrót konfliktu między zaściankową polską myślą szkoleniową a światłą europejską. Tyle że tak naprawdę spór toczy się na zupełnie innej płaszczyźnie. Obaj dżentelmeni - rocznik 1943 - nie kłócą się o rozwiązania taktyczne, koncepcje budowania reprezentacji czy nowinki szkoleniowe. Zwyczajnie gryzą się w prymitywnym stylu, obrzucając obelgami w mediach. Co zaskakujące, bryluje w tym Beenhakker, a jego słynne: "Kim jest ten Piechniczek? Nie znam takiego człowieka", było tak bezczelne, że poruszyło nawet najbardziej zagorzałych przeciwników Piechniczka. To było nawet mocniejsze od słynnych bon motów Leo: "Wyjdźcie z drewnianych chatek" czy "Polacy powinni być wdzięczni Niemcom, bo po upadku muru berlińskiego rozpoczęły się przemiany w Polsce". Czy to się komuś podoba, czy nie, Piechniczek jest przecież najwybitniejszym z żyjących polskich trenerów. Mającym za sobą takie sukcesy (m.in. trzecie miejsce mistrzostw świata), do których Beenhakker na poziomie reprezentacyjnym nawet się nie zbliżył (nie zdołał wygrać ani jednego z jedenastu meczów podczas wielkiej imprezy z drużynami, które prowadził).

Nie o kłopoty z pamięcią tu jednak chodzi, ale według wtajemniczonych o próbę sił. Leo otwarcie obraził przecież swojego bezpośredniego przełożonego, szefa szkolenia PZPN. Nowy prezes związku Grzegorz Lato, który wcześniej był wrogiem Beenhakkera ("Pokazałbym mu, gdzie są drzwi"), nagle zamilkł. Uśmiecha się do Holendra, a według niektórych działaczy wręcz się mizdrzy. Nie zareagował nawet na niesubordynację swojego pracownika, kiedy ten zatrudnił się w Rotterdamie. Mało tego, Lato wezwał Beenhakkera na godzinę 11.00 w miniony wtorek do siedziby związku przy Miodowej w Warszawie, a Holender odpowiedział na to, że... nie ma czasu. Rodzi się pytanie, co takiego się stało, że Lato tak bardzo zmienił swoje nastawienia wobec Holendra. Dlaczego jest taki miękki? "Albo Leo rzeczywiście robi wszystko, by go zwolnić, albo ostentacyjnie pokazuje, że tak naprawdę od Laty w tej chwili nic nie zależy. I de facto to nie prezes związku jest jego szefem" - twierdzi nasz związkowy informator.

Według tej teorii w grę miałaby wchodzić polityka. Niespodziewane zachowanie Laty (odsunięcie na boczny tor wielu wpływowych dotąd ludzi w związku, m.in. Michała Listkiewicza, czy właśnie zmiana nastawienia wobec selekcjonera) to efekt nieoficjalnego paktu prezesa z rządem. W zamian za to, że Lato będzie wpisywał się w rolę reformatora i zostawi Beenhakkera w spokoju, sam będzie miał spokój. Ministerstwo Sportu nie będzie nękać PZPN kontrolami, czy wprowadzać kuratora. Tę tezę wydaje się potwierdzać widoczne ocieplenie między ministrem sportu a prezesem związku. Mirosław Drzewiecki niespodziewanie wyłącznie komplementuje Latę, człowieka, z którego wyboru był wcześniej bardzo niezadowolony, jawiącego się słusznie jako przedstawiciel najtwardszego piłkarskiego betonu. "Nigdy wcześniej z prezesem PZPN nie współpracowało mi się tak dobrze" - mówi teraz Drzewiecki, a wielu przeciera oczy ze zdumienia. Na korytarzach w PZPN szepce się, że Lato przynajmniej raz w tygodniu bywa na dywaniku w ministerstwie i nic nie zrobi bez przyzwolenia Drzewieckiego. Doskonale wpisuje się to w deklarowaną wcześniej chęć zmiany strategii działań rządu wobec PZPN. Skoro nie udało się zreformować piłkarskiej centrali, waląc w nią na odlew, to trzeba spróbować sposobem. Dyskretnie, dyplomatycznie.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego rząd miałby bronić Beenhakkera, wydaje się akurat najprostsza. Lud wciąż jest za Beenhakkerem. Według ostatnio przeprowadzonego sondażu na pytanie, czy Beenhakker powinien być zwolniony, 49 proc. badanych było za pozostawieniem selekcjonera. Niespełna 30 proc. chciała zmiany, reszta nie miała zdania. A jak ważne są sondaże wśród polityków rządzącej partii, powszechnie wiadomo. Plotka, która obiegła światek piłkarski, głosi, że niedawno doszło nawet do spotkania premiera Tuska z Beenhakkerem. Kto kogo miałby wspierać i kiedy? Tego nie udało się zweryfikować.

Czy ewentualne ustalenia w ogóle będą jeszcze kiedykolwiek aktualne, może się okazać 28 marca. Wtedy w Belfaście rozegramy eliminacyjny mecz z Irlandią Północną. Ważny. Jeśli europejski przeciętniak odbierze nam punkty, nasze szanse awansu do mistrzostw świata radykalnie zmaleją, publiczna ocena Beenhakkera też pewnie się zmieni, a w PZPN bez strachu będą mogli zrobić to, o czym marzyli od dawna. Wywalić Leo z hukiem. To paradoks i nikt otwarcie tego nie przyzna, ale wielu najważniejszych ludzi polskiej piłki trzymać będzie tego dnia kciuki za Irlandczyków. Tak daleko zaszły sprawy, tak bardzo Beenhakker zalazł im za skórę. Przepaść, jaka dzieli obie strony w tym momencie, wydaje się nie do zasypania. Kandydat do objęcia schedy po Beenhakkerze jest gotowy. To obecny trener Górnika Zabrze i przyjaciel Laty z czasów wspólnej gry w reprezentacji Henryk Kasperczak. Już obejmując pracę w Zabrzu, Kasperczak zastrzegł sobie w kontrakcie, że będzie mógł w każdej chwili odejść, jeśli dostanie ofertę z PZPN. Bez wątpienia to efekt ustaleń z Latą. Objęcie reprezentacji przez Kasperczaka wydaje się tylko kwestią czasu. A ten nie działa na korzyść Beenhakkera. Odwracają się od niego nieliczni wpływowi zwolennicy. Zbigniew Boniek od czasu do czasu wspierał Holendra, a najczęściej próbował zachowywać się w sposób wyważony (jeszcze pół roku temu dyskutował z Beenhakkerem po przyjacielsku w siedzibie DZIENNIKA), teraz zmienił front na skrajnie krytyczny.

"Na siłę nie szukajmy sobie problemów. Stanowisko selekcjonera nie jest funkcją przymusową. Jeżeli nie podoba mu się w Polsce i uznał, że ma jeszcze wolny czas, który może spożytkować na pomaganie ukochanemu Feyenoordowi, to trzeba pomóc spełnić jego marzenia. Niech holenderskiemu klubowi poświęci sto procent czasu. Na miejscu Laty wysłałbym Holendra na holenderską depresję" - nie pozostawia już miejsca na debatę "Zibi".

I wydaje się, że euforia, jakiej daliśmy się ponieść podczas pierwszego okresu pracy Holendra w Polsce, rzeczywiście nie wróci. Niewielu chce pamiętać, że pod jego wodzą pierwszy raz w historii wywalczyliśmy awans do finałów mistrzostw Europy, a wielką Portugalię pokonaliśmy w takim stylu, że analogie do słynnego meczu z Anglią na Wembley z 1973 r. nasuwały się same. To miał być przełom, początek lepszych czasów. Nawiązania do złotej ery Kazimierza Górskiego wcale nie brzmiały jak próba profanacji. Uwierzyliśmy, że z Holendrem możemy przenosić góry. Właściwie wszyscy: od zwykłych kibiców przez dziennikarzy po zawodników. "Kiedy on mówił o zwykłych piłkarskich prawdach, robił to w taki sposób, że trafiało to do zawodników. To jednak jest trochę trenerski szaman" - wspomina Bogusław Kaczmarek.

Ten sam, który kiedyś w geście uniesienia po golu z Kazachstanem ucałował dłoń swojego szefa. Teraz zamiast pocałunków Leo zbiera kopniaki, ale też sam je wymierza. Zamiast wyciągnąć nas z bagna, dał się w nie wciągnąć. Systematycznie obraża swoich pracodawców i otwarcie szydzi z narodowych przywar społeczeństwa, z którym musi się męczyć. Leo wysłał ostatnio mnóstwo sygnałów, że ma już dość Polski. Przyjęcie pracy w Rotterdamie to przecież wiadomość, że przyszykował sobie nową posadę i nie wiąże z Polską przyszłości. Taki scenariusz jest tym bardziej prawdopodobny, jeśli przeanalizujemy ponad czterdzieści lat pracy Bennhakkera w roli szkoleniowca. Nigdzie nie zagrzał miejsca dłużej niż trzy lata. Może na to mieć wpływ charakter Leo. Nieprzywiązywanie się do miejsc, trudności z adaptacją.

Według Dziekanowskiego wszystko zaczęło się psuć wówczas, kiedy Leo sprzeniewierzył się głoszonym przez siebie zasadom. "Zawsze nam mówił, że liczy się tylko to, co na boisku. Na tym mieliśmy się koncentrować. Nie powinno nas obchodzić to całe pozaboiskowe bla, bla, bla. Miało nie być żadnej polityki. I nagle podczas konferencji prasowej tuż przed wyjazdem na Euro usłyszeliśmy, jak wspiera jednego z działaczy. Mówił, że nie wyobraża sobie dalszej pracy, gdyby prezesem związku został ktoś inny. To zabrzmiało jak polityczny manifest. Bańka mydlana pękła" - wspominał były asystent Leo.

Nie tylko Dziekanowski był wtedy w szoku. Przecież oto nasz piłkarski guru oświecał nas w zaskakujący sposób. Wmawiał, że to, co najlepszego może nas spotkać, to... Michał Listkiewicz. Ten, który przez lata robił wszystko, by cały brud polskiej piłki zamiatać pod dywan. Prawdopodobnie tylko atmosfera zbliżających się mistrzostw sprawiła, że ten gest Holendra przeszedł bez większego echa. I nie wpłynął na poziom sympatii wobec Leo.

Przy okazji druzgocącej krytyki Beenhakkera Zbigniew Boniek twierdzi jednak, że obecna sytuacja to w dużej mierze nasza wina. "Leczymy kompleksy tym Beenhakkerem, ale to zła recepta. Wyrządzamy sobie tym więcej szkody. Leo zawrócił w głowie kibicom i dziennikarzom. Zrobiliśmy z niego króla, który nigdy nie miał korony. Tylko jakoś nikt nigdy tego nie zauważył. Nosiliśmy go na rękach. Dostał order od prezydenta, tytuł Człowieka Roku w roku, w którym wygrał z Portugalią, ale także przegrał z Armenią. Trochę to wszystko było na wyrost" - stawia diagnozę Boniek.

Leo męczy się także dlatego, że źle znosi krytykę. Nie chce zrozumieć, że w Polsce niemal każdy interesuje się futbolem. Piłka nożna wzbudza tu prawdziwe emocje. Nie jest tak jak na Trynidadzie, gdzie wcześniej pracował. Leo nie może pogodzić się z tym, że po ulicach Warszawy chodzą za nim paparazzi, a ludzi interesuje także jego życie prywatne. Kłóci się, tupie ze złości i usiłuje nam wmówić, że jesteśmy zaściankiem. W ferworze walki nie zauważył, że sam dostosował się do niewesołego otoczenia. "Czy mam jeszcze pięć palców?" - zwykł puszczać oko do swoich współpracowników zawsze po tym, jak uściskał dłoń któregoś z niechętnych mu działaczy PZPN.

Dokładnie takie pytanie śmiało mogą teraz zadawać sobie ci, którzy ściskają dłoń Beenhakkera.