Był 17 września. Groza narastała powoli
- "Nie oddaliśmy kraju bez walki"
- Posłowie dogadali się w sprawie Katynia
- "Pakt Ribbentrop-Mołotow to rozbiór Polski"
- "Nic się nie stało, Polacy..."
- "17 września to plama na honorze Rosji"
- Słowa prezydenta wywołają III wojnę?
- Sowieci przywiązywali dzieci do czołgów
- Polityk chwali pakt Ribbentrop-Mołotow
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Sobota 2012-05-26

temp. min 3°C max. 23°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W Wilnie wojnę oglądało się ze wszystkich stron?
Pamiętam oddział jeńców sowieckich prowadzony ulicą przez Niemców. Byli krańcowo wycieńczeni, bliscy śmierci. Córka znajomej sklepikarki rzuciła im kawałek chleba. Została natychmiast
zgarnięta przez Niemców. Matka wykupiła ją w ostatniej chwili z transportu kolejowego. Długo miałam przed oczami ten obraz. Kiedy potem Wilno było znowu sowieckie, szłam raz koło ruin, przy
których pracowali jeńcy niemieccy. Jeden z mężczyzn zawołał do mnie: Brot, Brot. Stanęła mi przed oczami tamta scena, w której umierający wlekli się ulicą, a tamta dziewczynka o mało nie
straciła życia. Udałam, że nie słyszę wołania głodnego człowieka. Do dzisiaj mi wstyd. Takie także ślady zostawia wojna.
Co w Wilnie mówiono o Katyniu?
O Katyniu dowiedzieliśmy się zaraz po tym, jak Niemcy upublicznili sprawę, w nocy z 12 na 13 kwietnia 1943 roku. Z Wilna pojechał wtedy Józef Mackiewicz. W ramach tzw. gadzinówki, czyli
polskojęzycznej gazety, która miała oficjalne pozwolenie Niemców na ukazywanie się. Po jego powrocie "Gazeta Codzienna" opublikowała wywiad z nim pod tytułem
"Widziałem na własne oczy" (Mackiewicz dostał za to od PPR wyrok śmierci - red.). Nie mieliśmy wątpliwości, że to sowiecka zbrodnia. Pamiętam zdjęcia, relacje i łzy.
Jednak, że dzieje się coś złego, wyczuwaliśmy dużo wcześniej. Bo rodziny, które miały w niewoli sowieckiej ojców, mężów i synów, przestały dostawać od nich korespondencję na wiosnę
1940 roku.
Z Wilna wyjechała pani w lipcu 1946 roku. To była trudna decyzja?
Zostawiałam swoje miasto i grób mamy. To wystarczy za odpowiedź. Starzy księża z mojej parafii uważali, że tu trzeba trwać, choć to straszny los. Ale obie z siostrą marzyłyśmy o studiach.
Poza tym narastało przekonanie, że Litwa pozostanie radziecka. I że "oni" zrobią porządek ze wszystkimi i wszystkim. Zresztą to było widać, księżą już znikali.
Wiedzieliśmy, że nie utrzymamy się na powierzchni. Jako Polacy i ludzie wierzący. Do transportu z Kresów trzeba było się zarejestrować. Traciło się przez to prawa do wszystkiego: majątku,
mieszkania. Potem było czekanie na transport, każdy dokładnie ponumerowany. Załapaliśmy się na jeden z ostatnich. Jechaliśmy do Krakowa ze względu na uniwersytet i masę wileńskich
przyjaciół, którzy już tam byli. Nasz transport przejeżdżał przez Warszawę, której wtedy nie było, tylko gruzy. W Wilnie Sowieci zamieniali już kościoły na magazyny, wysadzali w
powietrze krzyże. A Kraków stał taki, jak przed wojną.
*Józefa Hennelowa, od 1948 do 2008 r. redaktorka "Tygodnika Powszechnego", posłanka na Sejm X i I kadencji
























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!