Do tej pory oceny dokonywał wizytator z kuratorium. Pod koniec marca do szkół wejdą na kilka dni dwie osoby z zewnątrz, które sprawdzą jak są prowadzone lekcje, przejrzą dokumentację, ale także dowiedzą się, jak się w szkole czują uczniowie i jaki jest kontakt nauczycieli z rodzicami. Kontrolerzy będą rozmawiać z uczniami, robić grupy fokusowe lub dawać rodzicom ankiety do wypełnienia. Na końcu sporządzą raport, w którym szkoły otrzymają 16 ocen od A do E.

- Skorzystają z tego nie tylko dyrektorzy, ale także uczniowie przy wyborze szkoły. Nie dla każdego jest precież najważniejszy wynik końcowych egzaminów - mówi współtwórczyni projektu Joanna Berdzik, prezeska Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Inkwizytorzy czy przyjaciele?

Nowy pomysł ministerstwa budzi jednak wiele obaw. - Będą nas oceniać osoby z zewnątrz, a przecież najgłębszą wiedzę mają o ci, którzy ją znają od dawna. Obawiam się więc, że może to być ocena bardzo subiektywna, oparta jedynie na wrażeniach z kilkudniowej wizyty - przekonuje Danuta Kozakiewicz, dyrektor szkoły podstawowej nr 103 w Warszawie.

Pojawia się także zarzut, że każde nowe rozporządzenie to stosy papierów i kolejne absurdy biurokratyczne, którymi szkoła już w tej chwili jest mocno przytłoczona. Z kolei posłanka PiS Marzena Machałek, wiceszefowa sejmowej podkomisji ds. edukacji ostrzega, że nowy sposób oceniania może prowadzić do stworzenia kolejnego wyścigu szkół w rankingach: tym razem od A do E. Jeszcze bardziej surowo ocenia program znany łodzki nauczyciel Dariusz Chętkowski.

„Do tej pory mieliśmy wizytatorów, teraz będą nosić nazwę ewaluatorów. Czy oprócz zmiany nazwy nastąpi jeszcze zmiana stylu pracy tych urzędników? Moim zdaniem, wizytator ma się tak do ewaluatora jak ksiądz chodzący po kolędzie do inkwizytora - napisał na swoim blogu polonista z XXI LO w Łodzi. I dodał: nic dziwnego, że dyrektorów trzeba do tego procesu przygotować, aby współpracowali z inkwizytorem, pardon, z ewaluatorem i wskazywali, których nauczycieli należy wziąć na tortury, a potem spalić na stosie”.

Biurokracja niemile widziana

Nowej oceny broni Grzegorz Mazurkiewicz, koordynator projektu z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przyznaje, że rzeczywiście najpoważniejszy problem z jakim się spotykali podczas programu pilotażowego, to właśnie nastawienie pedagogów. - Wielu nauczycieli i dyrektorów cały czas stara się odgadnąć, jakie oczekiwania ma system, tak aby je spełnić, otrzymać dobry wynik, a potem umyć ręce i uważać, że się ma spokój na kolejne pięć lat - ubolewa Mazurkiewicz. I dodaje, że nowy system nie jest kolejnym rankingiem i nie ma na celu zamęczenia nauczycieli wymogami biurokratycznymi.

- Chodzi o pomoc dla szkół, które będą wiedziały, w których obszarach warto popracować. Tymczasem to sami pedagodzy mają urzędniczo- biurokratyczne nastawienie, choć tego się od nich nie wymaga - dodaje.