Facebook, Grono czy Nasza-klasa przestały być tylko zwykłymi internetowymi serwisami społecznościowymi. Stały się ważnym elementem przemian obyczajowych. Wojciech zostawił żonę dla sympatii z liceum, którą znalazł na Naszej-klasie. Dorota prowadzi bujne życie towarzyskie i erotyczne dzięki Facebookowi. Anna, by się dowartościować w oczach znajomych, stworzyła swój fikcyjny profil. Andrzej, by nie czuć się samotnie, do swojej listy na Gronie dodał ponad trzystu "przyjaciół".

Konta na serwisach społecznościowych stały się cechą pokoleniową współczesnych 20- i 30-latków. Na MySpace konta ma już ponad 250 milionów osób z całego świata, na Facebooku 150 milionów. Nasza-klasa jest drugą najczęściej odwiedzaną witryną w naszym kraju. Swoje profile założyło tam 12 milionów Polaków. "Świat jest za bardzo absorbujący. Mamy coraz mniej czasu na inwestowanie w znajomości face to face albo po prostu brakuje nam ku temu zdolności społecznych, a internecie jest nam nie tylko wygodniej, ale też łatwiej" - tłumaczy prof. Kazimierz Krzysztofek, socjolog nowych mediów z warszawskiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Poczułem się jak licealista

38-letni Wojciech z Pomorza coraz częściej żałuje, że zalogował się na Naszą-klasę. Gdyby zrobił inaczej, być może nigdy nie opuściłby żony. Wszystko zaczęło się kilka lat temu. Jego małżeństwo przeżywało kryzys. W związek wkradła się stabilizacja. Żona skupiła się na wychowaniu córek. Czuł, że nie czeka go nic ekscytującego, że ten facet, który przed ślubem był duszą towarzystwa, buntownikiem, został całkowicie zutylizowany. Coraz częściej z nostalgią wspominał czasy licealne.

Gdy w 2006 r. powstał serwis społecznościowy, który umożliwiał znalezienie znajomych ze szkolnej ławy, od razu się w nim zarejestrował. Jego lista kontaktów pęczniała z dnia na dzień. Koleżanki i koledzy z podstawówki w małej miejscowości pod Gdańskiem, uczniowie trójmiejskiego liceum, do którego chodził, znajomi z roku. Zaczął od nowa odkrywać kawał swojej historii. Opowieści o nauczycielach, wspominki imprez, przeglądanie zdjęć dawnych sympatii. Czasami zaskoczenie było ogromne. "Niektóre obecnie bardziej przypominają nobliwe matrony niż seksbomby" - opowiada. Wyjątek stanowiła Krystyna, niespełniona miłość z równoległej klasy w liceum, obiekt westchnień wielu mężczyzn. "Wtedy nie zwracała na mnie uwagi. No i nadal po latach była śliczna. Nie zauważyłem na dodatek żadnych zdjęć z dziećmi ani facetem. Nie mogłem do niej nie zagadać" - tłumaczy.

Poczuł, jakby los dawał mu drugą szansę. O tym, że ma żonę i dzieci, zupełnie zapomniał. Wymiana e-maili szybko zmieniła się w komunikację na Gadu-Gadu. Potem ukradkowe rozmowy telefoniczne i coraz większe towarzyszące temu emocje. Zarywał noce, wymykał się do komputera, kiedy żona spała, zaniedbywał pracę. Jego licealna miłość właśnie rozwodziła się ze swoim mężem. Zaczęli wspierać się wzajemnie w trudnych chwilach, zwierzać z problemów. Oboje czuli się jak nastolatki. Pierwszy raz wyznali sobie miłość, zanim spotkali się na żywo. Gdy nadarzyła się okazja wyjazdu na konferencję do Warszawy, nie wahał się ani chwili. Spotkanie w realu zakończyło się w sypialni. Dwa dni nie wychodzili z łóżka. Zamawiali tylko pizzę. To były szalone, spontaniczne dni.

Uświadomił sobie, że nie chce wracać do starego życia. W ciągu kilku miesięcy wspierany przez kochankę dojrzał do decyzji opuszczenia rodziny. Wiedział, że nie będzie łatwo, że wszyscy się od niego odwrócą, bał się reakcji córek. Gdy zdecydował się powiedzieć żonie, że chce rozwodu, ta była w szoku. Od razu zarzuciła mu, że ma kochankę. "Nie przyjęła do wiadomości, że to koniec. Zapowiedziała, że poczeka, aż oprzytomnieję, a dziewczynkom i rodzinie powie, że wyjechałem za granicę. Wtedy nie doceniłem tego, że zostawia mi otwartą furtkę" - mówi Wojciech. Następnego dnia złożył wypowiedzenie w pracy, wypisał wniosek o zaległy urlop, spakował rzeczy, zabrał auto i pojechał do Warszawy.

Znalazł pracę. Oficjalnie nadal jest za granicą. Z córkami rozmawia głównie przez telefon albo Skype’a. Żona woli jak najdłużej utrzymywać tę fikcję. Wstydzi się przyznać znajomym, że mąż opuścił ją dla kogoś z internetu. Jak się o tym dowiedziała? Doniósł jej ktoś "życzliwy". Oczywiście e-mailem. Niedługo potem w skrzynce Krystyny i Wojtka na Naszej-klasie zaczęły pojawiać się obelżywe wiadomości. Z listy kontaktów usunęło oboje większość znajomych. "Mogę się tylko domyślić, że żona zaczęła tam jakąś szeroko zakrojoną akcję oczerniającą nas. Dlatego zdecydowaliśmy się usunąć nasze profile" - tłumaczy. Z Krystyną mieszka prawie rok. I wcale nie jest już tak pięknie jak na początku. Coraz częściej zdarzają się kłótnie o to, że za dużo pieniędzy wysyła żonie, że nie inwestuje w mieszkanie, nie załatwia rozwodu. Tęskni za dawnym życiem. Zaczął poważnie zastanawiać się, czy nie wrócić z zagranicy.

W internecie poluję na księcia z bajki

W amerykańskiej komedii romantycznej "Kobiety pragną bardziej", która niedługo wejdzie na ekrany kin, jedna z bohaterek poszukujących miłości w internecie mówi: "Faceta zdobywa się nie wybierając ciuchy, ale zmieniając profil na MySpace". Pod tym stwierdzeniem obiema rękami podpisuje się 30-letnia Dorota, fotograficzka z Warszawy.

W jej środowisku znajomości nawiązywane za pomocą serwisów społecznościowych nie są niczym dziwnym. Profile na Facebooku czy MySpace oficjalnie służą celom promocyjnym oraz nawiązaniu kontaktów w branży. "Publikujemy swoje zdjęcia, filmiki, poezję, wymieniamy się informacjami o ciekawych imprezach. Jednak byłabym hipokrytką, gdybym nie przyznała, że promuję tam tylko swoje zdjęcia. Promuję także siebie jako kobietę" - mówi. Dobrze skomponowany profil na MySpace i Facebooku to bowiem artystyczne sidła Doroty, która w taki sposób postanowiła znaleźć godnego siebie partnera. Wpadło w nie już kilkudziesięciu mężczyzn, z którymi spotkała się w realu. Jak to działa? Dorota tworzenie profilu porównuje do flirtu na żywo. Trochę niedopowiedzenia, kilka prowokacyjnych, nieszablonowych i kobiecych zdjęć, podkreślenie statusu "wolna" i "bez zobowiązań" oraz chęci poznania kogoś. Potem trzeba zakasać rękawy i zabrać się do roboty. Aktywnie udzielać się w kilku grupach dyskusyjnych, także w tych dla singli, namierzyć interesujących facetów, sprowokować rozmowę i doprowadzić do spotkania.

Takich randek miała już tyle, że przestała je liczyć. Większość okazała się zupełnym nieporozumieniem. Do tej pory pamięta jednego z pierwszych facetów, którego poznała w realu. Spodziewała się księcia z bajki, a przyszedł łysiejący facet z brzuszkiem. Już nigdy więcej nie zaryzykowała spotkania z kimś, kto nie zawiesił na profilu kilku zdjęć. Wspomina także pewnego muzyka, którego internetową elokwencją była wręcz zauroczona. Kiedy umówili się na kawę, okazało się, że ledwo duka. "Od tego momentu zawsze sobie mówię: Kobieto, take it easy, lepiej być miło zaskoczoną niż rozczarowaną" - wyjaśnia Dorota. Jednak kilka strzałów, jak przyznaje, okazało się trafionych. W ciągu ostatnich dwóch lat spotykała się na poważnie, jak to skrupulatnie wyliczyła, z ośmioma facetami z serwisów społecznościowych.

Jej zdaniem internetowe serwisy społecznościowe zdecydowanie wzbogaciły jej życie. I to nie tylko w sferze uczuciowo-erotycznej. "Z Facebooka mam kilkunastu dobrych znajomych obojga płci, których poznałam w grupach dyskusyjnych. Wiele znajomości przeniosło się do realu. Dotąd brałam udział w kilkunastu spotkaniach, nawet w sylwestrze organizowanym przez ludzi z serwisu. Co chwilę dostaję jakieś zaproszenie na imprezę" - opowiada.

Dlaczego znajomości nawiązuje w sieci? "Bo tu jest łatwiej i szybciej, nie muszę odstawiać się, łazić do jakiejś knajpy i udawać ćmy barowej czy też robić z siebie idiotki, zaczepiając obcych ludzi" - mówi. Na serwisach może kogoś obejrzeć, sprawdzić, podyskutować z nim, no i ma większy wybór. Obraca się w dość hermetycznym środowisku. "Pewnie w realu nie miałbym szans poznać bankiera. A tutaj szast-prast i poderwałam seksownego finansistę z zacięciem podróżniczym, który robi całkiem ciekawe zdjęcia" - śmieje się. Na razie jest pełna optymizmu. Niedawno kolejny raz zmieniła swój status na profilu. Dała otoczeniu sygnał, że już nikogo nie szuka. Jej partner zrobił to samo. Jak się poważnie zaangażuje, to zamierza w ogóle zawiesić konto. Partnerowi każe zrobić to samo. "Dobrze wiem, że pokusa, aby sprawdzić, czy nie trafi się ktoś jeszcze lepszy, jest ogromna. Wolę dmuchać na zimne" - mówi.

W świecie wirtualnym mogę być szczęśliwa

42-letnia Anna z Dolnego Śląska w sieci nie szuka nikogo. Przeglądając jej profil na Naszej-klasie, uznajemy ją za kobietę spełnioną i szczęśliwą. Zdjęcia uśmiechniętego dziecka, przystojny mąż, w tle luksusowy samochód, nowoczesne wnętrza, egzotyczne plenery. Widzimy, że skończyła dobre studia na renomowanej uczelni, ma wielu znajomych. Prawdziwa gwiazda na tle kolegów i koleżanek z podstawówki w małej miejscowości pod Trzebnicą, którzy czasem ledwo wiążą koniec z końcem. Tylko naprawdę bliskie jej osoby znają prawdę o Annie.

"To smutne, ale ten profil jest jednym, wielkim kłamstwem" - mówi jedna z koleżanek ze studiów. Po pierwsze Ania nie ma dyplomu, bo wpadła na drugim roku. Owszem ze starszym, bogatym facetem, ale jej małżeństwo odbiegało od ideału. Jednak tego koledzy z klasy już nie wiedzą, w końcu przeprowadziła się do Wrocławia. Mąż ją zdradzał, ponoć także bił. Gdy córka poszła na studia, Anna zdecydowała się wnieść pozew o rozwód. Sprawa o podział majątku toczy się do tej pory. "To był paskudny rozwód. Mąż praktycznie puścił ją z torbami. Wtedy też straciłyśmy kontakt" - opowiada znajoma. Słyszała tylko, że Anna willę zamieniła na niewielkie mieszkanie, podjęła jakąś dorywczą pracę i ciągle walczy z mężem o alimenty na dziecko. Na jej profil na Naszej-klasie dawna znajoma ze studiów trafiła zupełnie przypadkiem. "Zrobiło mi się jej bardzo żal. Nie zamierzam jej demaskować, zawstydzać. Może ona przynajmniej tam chce udawać, że jest szczęśliwa?" - pyta dawna koleżanka.

Rzeczywiście o szczęście w internecie jest o wiele łatwiej. Tu jesteśmy akceptowani, ważni, doceniani. Możemy być piękniejsi, mądrzejsi, bardziej śmiali. Jeśli mamy problem, zawsze znajdziemy kogoś, kto też się z nim boryka. Ale przede wszystkim nie czujemy się tam samotni. W końcu zawsze ktoś z naszych znajomych będzie online.

Szczególnie jeśli będzie ich kilkuset, tak jak w przypadku 20-letniego Andrzeja, studenta fizyki i stałego bywalca polskiego serwisu Grono. "Pytanie tylko, czy ten mężczyzna nie jest chorym kolekcjonerem, technokratą. W końcu nie można utrzymywać bliskich relacji z tak wieloma ludźmi. Jeśli jednak dzieli ich na przyjaciół i dalszych znajomych, to nie widzę w tym nic złego. Kontakty są w końcu jego kapitałem społecznym" - uważa prof. Krzysztofek. Rzeczywiście wśród licznych grup tematycznych na portalach społecznościowych każdy znajdzie coś dla siebie. Amatorzy sushi, czerwonych samochodów, wysokich obcasów, fizyki kwantowej, osoby samotne. Można szukać tam pracy, odpowiadać na ogłoszenia, wysyłać wirtualnym znajomym wirtualne prezenty.

Czy znajdziemy tam jednak prawdziwych przyjaciół? Zdaniem kolekcjonującego kontakty Andrzeja zdecydowanie tak. "Wśród ludzi na roku nie byłem jakoś bardzo lubiany. Jestem nieśmiały, trudno nawiązuję znajomości. Tu łatwiej mi się przełamać, zagadnąć kogoś, zażartować" - tłumaczy. Do tej pory w realu spotkał się z kilkunastoma osobami z listy. Wcześniej spędził z nimi godziny na długich rozmowach. Część znajomości rzeczywiście przetrwała próbę face to face.

"Bo w końcu w obecnych czasach coraz mniej istotne jest to, gdzie się kogoś poznało. Ważne jest to, co się zrobi z tą znajomością, czy podejdzie się do niej poważnie i czy nikogo się nie krzywdzi" - podkreśla prof. Krzysztofek.