Jestem tymi wydarzeniami bardzo poruszony, bo to jest moja parafia, w której starałem się służyć jak najlepiej. Uważam, że postąpiono w sposób niesprawiedliwy, tzn wręczono mi w sobotę wieczorem decyzję, że nie mogę odprawiać nabożeństw w tym kościele - mówi w rozmowie z TVN24 ksiądz Wojciech Lemański. Mimo, że ta decyzja się nie uprawomocniła, już następnego dnia rano zabroniono mi stanąć przy ołtarzu. Ja bez słowa z tego kościoła wyszedłem. Potem ludzie zaczęli wychodzić, ja ich próbowałem zawrócić - opisuje duchowny to, co działo się w niedzielę na mszy.

>>>Arcybiskup Hoser pisze list do parafian: Rozłam w Jasienicy powodował zgorszenie

Co działo się dalej? Administrator kazał mi wyjść. Wyszedłem bez słowa. Nie usiadłem w żadnej ławce, jak to powiedział ks. Kloch, tylko usiadłem w konfesjonale, z którego wyszedłem za chwilę ponieważ ludzie zaczęli wychodzić z kościoła i krzyczeć. Więc ja wyszedłem i na tych schodach ich uspokoiłem - mówi były jasienicki proboszcz. W tym samym czasie do kościoła przyjechała policja. Interwencja nie była jednak potrzebna, bo parafianie się uspokoili.

>>>Kościół księdza Lemańskiego zamknięty. Ostra decyzja arcybiskupa Hosera

Natomiast powiedzieli, że nie wejdą do kościoła i nie będą mnie więcej słuchać, ponieważ ja ich przez ostatnie pół roku uspokajałem, a Kuria robiła co chciała. Ale jak odchodziłem stamtąd, może było siedem po ósmej, może 10 po ósmej, była cisza i odprawiana była msza święta - dodał. To oznacza, że na mszy nie było żadnych zajść, więc arcybiskup Hoser nie powinien zamykać kościoła.