Anna Sobańda: Matka Wandy Rutkiewicz do końca swoich dni wierzyła, że jej córka nie zginęła pod szczytem Kanczendzongi, tylko zeszła na drugą stronę góry i zamieszkała w jednym z tybetańskich klasztorów. Czy pani ta wizja wydaje się realna?

Elżbieta Sieradzińska: Niestety nie. Choć muszę przyznać, że kiedy rozmawiałam z panią Marią Błaszkiewicz, to zaczynałam w to wierzyć, ponieważ ona była niezwykle przekonująca w tym, co mówiła. Ja jeszcze wówczas nie wiedziałam, że osoby, które choć raz powiedziały przy pani Marii, że Wanda nie zaginęła, a zginęła, natychmiast znikały z jej życia i nie miały wstępu do jej mieszkania. Taki los spotkał na przykład jedną z najbliższych przyjaciółek Wandy, Ewę Matuszewską.
Siedząc z tą 90-letnią kobietą w mieszkaniu Wandy, w którym ona prawie niczego do końca nie zmieniła, słyszałam „Wanda żyje, jestem o tym przekonana, ponieważ mam z nią szczególny kontakt i kiedykolwiek było coś nie tak, ja to czułam”. Patrząc jej w oczy, nie potrafiłam jej nie wierzyć, bo ona miała w sobie tę samą siłę, co Wanda.

Mimo to jest pani sceptyczna?

Tak, ponieważ obiektywnie wydaje się to nieprawdopodobne. Piotr Pustelnik, w swojej książce opisuje tę drugą stronę góry, na którą rzekomo miałaby zejść Wanda i twierdzi, że tam jest kilka bardzo trudnych technicznie momentów, których ona w tym stanie wycieńczenia i zupełnie samotnie nie mogłaby pokonać. Dlatego też, choć bardzo chciałabym, żeby to była prawda, trudno mi w tę wersję uwierzyć. Bardzo się cieszę jednak, że ciało, które 3 lata po zaginięciu Rutkiewicz znaleźli uczestnicy włoskiej wyprawy, okazało się być ciałem bułgarskiej alpinistki Jordanki Dymitrowej, a nie Wandy.

Hipotezę o tym, że Rutkiewicz nie zginęła, a wybrała życie w górach podtrzymywała nie tylko mama Wandy, ale także osoby, którym sama Wanda przed tą wyprawą powiedziała coś zaskakującego. Przyjacielowi wyznała na przykład, że gdyby kiedyś nie wracała z Himalajów, ma się nie martwić, bo być może zejdzie do któregoś z klasztorów. Marii Nurowskiej zaś miała powiedzieć, że być może to jej ostatni rok tutaj, bowiem zamierza wynieść się tam, gdzie umie być szczęśliwa. Kiedy Nurowska dopytywała co ma na myśli, Rutkiewicz odparła: „Dowiesz się z gazet”.

Tak, to były niezwykle dziwne słowa, zwłaszcza z ust bardzo twardo stąpającej i konkretnej Wandy. To ciekawy i zastanawiający jak na Rutkiewicz wątek. Być może jej sposób patrzenia na pewne rzeczy się zmienił. Tak się dzieje, kiedy przyjmuje się tyle ciosów, co Wanda, która przecież już za życia płaciła wysoką cenę za swoje wybory. Trudno powiedzieć, co było w jej głowie, ponieważ ona nawet kiedy żyła, nie lubiła się otwierać. Wszystkie osobiste wątki z wywiadu rzeki, kiego udzieliła Barbarze Rusowicz tuż przed feralną wyprawą, zdążyła jeszcze z tego tekstu usunąć. Nigdy wcześniej jednak z ust Wandy nie padały słowa w stylu „zginę w górach”. Absolutnie. Ona tam jeździła, ale zawsze z planem, że wróci.

Hipoteza że Wanda Rutkiewicz nie zginęła jest piękna i romantyczna i sądzę, że każdy kto ją podziwiał chciałaby, by była prawdziwa.

Tak, to piękna wizja. Choć powiem szczerze, że ja jej mieszkającej w klasztorze nie jestem w stanie sobie wyobrazić. W jej głowie musiałoby się coś zmienić, czego wykluczyć oczywiście nie można. Podobnie też nie jestem w stanie wyobrazić sobie Wandy w zamku pod Wrocławiem, gdzie ponoć zamierzała osiąść by pisać książki i prowadzić ściankę wspinaczkową.

Myśli pani, że Rutkiewicz miała w ogóle jakiś pomysł na swoją emeryturę?

Myślę, że nie. Zresztą nie tylko ona, wielu himalaistów ma problem z odnalezieniem się poza górami. Przykładem mogą być Berbeka i Hajzer, którzy założyli własne biznesy, a jednak w góry wrócili, bo nie potrafili bez tego żyć. Niestety obaj te powroty przypłacili życiem. Trudno mi wyobrazić sobie Wandę Rutkiewicz na emeryturze zajmującą się czymś innym, niż góry wysokie. Może taki już los wybitnych himalaistów, że zostają w górach, które tak bardzo kochali.

Czy Wandę Rutkiewicz przed takim losem mogła uratować rodzina? Może, gdyby poznała Kurta Lyncke, który był chyba największą miłością jej życia wcześniej i zdecydowała się na macierzyństwo, potrafiłaby się w porę wycofać?

To ciekawa perspektywa. Wcześniejsi partnerzy Wandy próbowali ją zmienić, wcisnąć w sztywne ramy, dlatego te związki nie miały szans na przetrwanie. Kurt zaś jako jedyny nie próbował jej niczego narzucać. Wręcz przeciwnie, wspierał ją i zachęcał do dalszych działań w górach. Może więc, gdyby poznali się wcześniej, ona zdecydowałaby się na założenie z nim rodziny, ale na swoich warunkach, nie wciskana w stereotypową rolę. Poznali się jednak zbyt późno na takie plany, ponieważ Wanda miała już 49 lat. Zaś tragiczna śmierć Kurta w 1990 na Broad Peaku wszystko zakończyła. To był dla Rutkiewicz ogromny cios.

Czy ona mówiła kiedykolwiek o tym, że chciałaby mieć rodzinę?

Wanda była zbyt zamknięta w sobie, żeby dzielić się takimi przemyśleniami ze światem. Nie sądzę, żeby w niej nie było takich ciągot. Wydaje mi się jednak, że była w tym osamotniona i nikt nie dał jej możliwości zrealizowania tych planów na jej warunkach, bez narzucania jej czegokolwiek. Ona zaś zbyt mocno skupiała się na walce o życie, które sobie wybrała.

Chciałoby się powiedzieć, że musiała walczyć o to, by móc żyć zgodnie z własnymi wyborami, bo urodziła się w nieodpowiednich czasach. Jednak historia Tomasza Mackiewicza pokazuje, że również dziś, ludzie którzy nie idą utartymi ścieżkami, są inni, wcale nie mają łatwo

To prawda. Nie akceptujemy innych. Wanda nie miałaby dziś łatwiej również dlatego, że obecnie pozycja kobiet w polskim himalaizmie jest bardzo słaba. Problem jest też taki, że w dzisiejszych czasach właściwie wszystko zostało już zdobyte. Chyba, że Nepalczycy zdecydują się poszerzyć Koronę Himalajów i Karakorum o wszystkie szczyty poboczne. Niektóre ośmiotysięczniki mają bowiem więcej, niż jeden wierzchołek. Bo co innego teraz zostało wspinaczom do zdobywania? Zjazdy na nartach z każdego ze szczytów?

Jest jeszcze zimowe K2

Tak, ale jak powiedziała Ewa Matuszewska, może lepiej, żeby ten szczyt został niezdobyty zimą. Niech będzie tą ostatnią tajemnicą, czymś co pociąga ludzi.

Czyli nie kibicuje pani Polakom, którzy będą próbowali zdobywać K2 zimą?

Kibicuję, absolutnie. Obawiam się jednak, że mogą wyprzedzić nas Rosjanie, którzy aktualnie bardzo prą do przodu na tej górze. A wiemy po Urubce, że oni są twardzi. Zarówno Rosjanom i Baskom którzy teraz tam działają, życzę, żeby zeszli z góry, a żeby to nasi ją zdobyli. Wszystko zależy jednak od góry, bo to ona rządzi.

Wróćmy do Wandy Rutkiewicz. Dlaczego pani zdaniem budziła takie kontrowersje i miała wielu wrogów w górskim środowisku?

Ja bym powiedziała, że przez swój upór, konsekwencję i ambicje. Zresztą sądzę, że niektórym wszystko w niej przeszkadzało. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że wielu raziła jej medialność. W tej chwili jej Facebook pękałby w szwach, a wówczas zarzucano jej, że potrafi sprzedać swoją pracę.

To zupełnie niezrozumiały zarzut, tym bardziej, że dzięki temu, potrafiła wiele załatwić nie tylko dla siebie, ale i całej wyprawy.

Wanda bardzo szybko zrozumiała, że medialność jest niesamowicie ważna. To ona pozwalała przyciągać do tego sportu ludzi i publiczność. Dzięki temu na przykład tak szybko udało się zebrać ludzi, którzy skrzyknęli się i zorganizowali kwotę potrzebną na pomoc dla Tomka Mackiewicza. Himalaizm to sztuka, a himalaiści to artyści przestrzeni, którzy potrafią przyciągać tłumy. Wanda miała tego świadomość.
A wracając do jej osobowości, Piotr Pustelnik powiedział, ze kiedy wszystko było ok., Wanda była miła i sympatyczna. Atakowana zaś odpowiadała ogniem.

Często zarzucano jej także, że szła po trupach do celu

Ja tego zarzutu nie rozumiem. Bo jakie trupy mamy na myśli? Jeśli mówimy o samej wspinaczce, to w przeciwieństwie do Kukuczki, który stracił wielu swoich partnerów wspinaczkowych na wyprawach, ona niekoniecznie. Rutkiewicz powiedziała w jednym z wywiadów, że ok. 30 bliskich jej osób i przyjaciół zginęło w górach, ale to nie byli ludzie, którzy się z nią wspinali, nie byli z nią związani liną. Cała historia z K2 i małżeństwem Barnrardów, których rzekomo miała zostawić za sobą to absurd, bo ona przecież ratowała wówczas swoje życie.

Myślę, że ten zarzut odnosi się bardziej do jej postawy jako szefowej wypraw

Owszem, jako szefowa była twarda i kalkulowała na zimno. Zdarzało się, że godziła się na przyjęcie kogoś w skład wyprawy w zamian za apanaże. Ale kto tak nie robił? Czy Kukuczka nie przyjął do ekipy ruszającej na Annapurnę nie mającego żadnego doświadczenie w górach wysokich Jacka Pałkiewicza tylko dlatego, że ten zaoferował duży wkład finansowy? Żona Pałkiewicza błagała, żeby go nie brali, a Kukuczka powiedział „bierzemy” bo dorzucił kwotę brakującą do zamknięcia budżetu wyprawy. Zresztą podobnie było później z samą Rutkiewicz. Wnosiła wkład finansowy w jakąś wyprawę w zamian za to, by móc wyruszyć na podbój szczytu, który chciała zdobyć.

Koleżanki zarzucały jej zaś, że potrafiła zniweczyć kobiece zdobycie góry, by osiągnąć swój osobisty cel.

Tak, to zdarzyło się to pod Geaszerbrumami i wywołało wiele kontrowersji. Koledzy Wandy obecni na tej wyprawie twierdzą jednak, że ona prawdopodobnie wyprzedziła myślowo pewne rzeczy i zdała sobie sprawę, że nie ma szans na kobiece zdobycie góry, ponieważ najsilniejsze himalaistki z jej zespołu niedomagały zdrowotnie. Wanda zrozumiała, że jeśli nie wspomoże się kolegami, to w ogóle nie wejdą, wolała więc zdobyć szczyt w zespole mieszanym, by jej wyprawa nie wróciła do kraju z całkowitą porażką. Ona uważała, że podejmuje słuszną decyzję, choć musiała mieć świadomość tego, jakie gromy spadną na jej głowę. Ciężko stwierdzić, czy miała rację, bo choć łatwo ferować wyroki, gdy się siedzi w ciepłym mieszkaniu w Polsce, to należy pamiętać, że tam wpływ na każdą decyzję ma wiele czynników, o których my możemy w ogóle nie wiedzieć.
Z tego też powodu starałam się w książce nie domykać niektórych tematów. Stawiać pytania, ale nie odpowiedzi.

Czy Wanda musiała mierzyć się z seksizmem i dyskryminacją ze strony męskiej części górskiego środowiska?

Tak, zwłaszcza wtedy, kiedy jej interesy i ambicje zderzały się z ambicjami i interesami mężczyzn na tej samej wyprawie.
Przykładem tej męskiej zawiści była wyprawa na Everest, gdzie Wandę uczyniono zastępcą kierownika. Mężczyźni byli oburzeni. „Jak to? Nie dość, że baba, to jeszcze młodsza stażem w górach. I ona ma nami rządzić?”
Wanda była twardym kierownikiem, ale z takimi postawami spotykała się również jako uczestniczka wypraw. Przecież podczas swojej wcześniejszej wyprawy na Keanczendzongę, była 200 metrów pod szczytem, kiedy kierujący akcją Słoweniec kazał jej zawrócić, bo jego rodaczka zginęła i on nie chciał, żeby szczyt zdobyła Wanda.

Kolegów Wandy najbardziej zabolał chyba fakt, że sprzątnęła im sprzed nosa tak prestiżowe szczyty, jak Everest i K2

Tego nie mogli jej darować. Pan profesor Paczkowski, który był wówczas prezesem Polskiego Związku Alpinizmu powiedział elegancko, że „parę osób zazgrzytało zębami”. Z tego co ja wiem, to nie było tylko zgrzytacie zębami, ale wręcz piana na ustach.

Jakie relacje łączyły Wandę z największą postacią ówczesnego polskiego himalaizmu, czyli Jerzym Kukuczką?

Myślę, że miedzy nimi było dużo szacunku i sympatii. Kukuczka mimo swojego nieskrywanego szowinizmu i przekonania, że „baby w góry się nie nadają”, o Wandzie mówił dobrze, bo ona potrafiła się wspinać. Anna Czerwińska narzekała, że nawet jakby Kukuczka zabrał ją na wyprawę, to kazał jej lepić pierogi, co pokazuje jego podejście do kobiet. Wobec Rutkiewicz był jednak bardzo ciepły. Zresztą ze wzajemnością, co widać po reakcji Wandy na jego śmierć. Ona naprawdę to przeżyła. Myślę wiec, że była to ciepła i pełna szacunku relacja, aczkolwiek nie pozbawiona rywalizacji. Mimo, że Wanda nie była dla Kukuczki konkurencją, to nie z nią ścigał się o Koronę Ziemi.

Czy pani zdaniem dramatu na Kanczendzongę dało się uniknąć?

Mam co do tego mieszane uczucia, ponieważ jak w większości wypadków w górach, to był cały ciąg mniejszych i większych czynników, które na tym zaważyły. Problem polega na tym, że jedynymi świadkami tego ostatniego wyjścia na szczyt Rutkiewicz i Carlosa Carsolio byli tylko oni sami. Ona nie wróciła, a Carlos różnie relacjonował to, co się wydarzyło. Raz mówił na przykład, że kiedy wyczerpana Rutkiewicz siedziała w śnieżnej jamie 300 metrów pod szczytem nie miał czelności namawiać ją by zeszła razem z nim, bo ona miała w oczach tylko tę górę. Innym razem zaś twierdził, że przekonywał Wandę do schodzenia, ale ona uparła się, by odpocząć, a następnie atakować szczyt. Sądzę więc, że bardzo trudno byłoby prześledzić te wydarzenia błąd po błędzie. Poza tym, nawet gdyby on namówił, czy nawet zmusił Rutkiewicz do tego, by z nim schodziła, nie wiemy, czy ona by temu podołała. Sam Carlos schodził w strasznych warunkach, zresztą jak później relacjonował, czuł od pewnego momentu, że Wanda się nim opiekuje i pomaga mu schodzić. On podobno do dziś nie może się z tym uporać. Z drugiej jednak strony nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że po tej tragedii organizowane jest w Pakistanie małe przyjęcie świętujące sukces, podczas którego Carlos nawet nie wspomniał o zaginięciu Wandy. Arkowi Gąsienicy zaś nie pozwolił zadzwonić do Polski z wieścią o Wandzie, bo rzekomo zbyt drogo by to kosztowało. Dlatego wiadomość o zaginięciu Rutkiewicz dotarła do kraju dopiero po 2 tygodniach. Mam wrażenie, że są rzeczy, o których Carlos nie mówi. Trudno też nie zadać pytania, dlaczego wyszedł z bazy, nie czekając na nią? Przecież na K2 była podobna sytuacja, wszyscy myśleli, że Wanda nie żyje, a ona wróciła. To wszystko jest bardzo trudne do oceny tu z dołu i po takim czasie.

Jest też hipoteza mówiąca o tym, że załamana śmiercią Kurta i ostatnimi niepowodzeniami w Himalajach, mając świadomość upływu czasu i końca swojej kariery w górach, Rutkiewicz świadomie podjęła decyzję o zostaniu w górach.

Nie możemy tego wykluczyć. Choć wiele osób, które ją znały mówiło, że absolutnie nie, ponieważ ona miała plany i na pewno chciała wrócić. Nie wiemy jednak, co Wanda miała w głowie siedząc tam na górze i wiedząc, że jej górska kariera w Polsce właściwie dobiega końca. Dla niej to była ostatnia szansa. Gdyby po raz trzeci wróciła z Kanczendzongi bez zdobycia szczytu, cała jej „Karawana do marzeń” by runęła. Nie byłoby sponsorów ani pieniędzy. Ona wiedziała, w jakiej atmosferze wyjeżdża, wszyscy mówili, że to jest „Karawan do marzeń” i ona o tym wiedziała.

Wanda Rutkiewicz - jedna z najwybitniejszych Polek światowego himalaizmu. Jako trzecia kobieta na świecie, pierwszy Polak stanęła na Mount Evereście, najwyższym szczycie Ziemi, zaś jako pierwsza kobieta na świecie i pierwszy Polak na K2. W sumie zdobyła osiem ośmiotysięczników. Zaginęła w maju 1992 podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę.