Dziennik Gazeta Prawana logo

Janusz Onyszkiewicz: Kiedy się wspinałem, to statystyki były takie, że ginął co dziesiąty

1 lutego 2018, 20:30
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Janusz Onyszkiewicz Fot. Magdalena Starowieyska
Janusz Onyszkiewicz Fot. Magdalena Starowieyska/Dziennik Gazeta Prawna
"Bez elementu niebezpieczeństwa alpinizm nie byłby tym, czym jest. To wystawienie się na niebezpieczeństwo i okiełznanie go jest jak narkotyk" - mówi w rozmowie z DGP Janusz Onyszkiewicz, polityk, himalaista, matematyk i dwukrotny minister obrony narodowej.

Nigdy nie stanął pan przed wyborem: ratować kogoś czy siebie?
Na szczęście takie próby mnie ominęły, choć nie omijały mnie tragedie. Podczas wyprawy na Pik Komunizma zginęła Ewa Marczak, którą odnaleźliśmy i pochowaliśmy. Ale nigdy nie miałem dylematu, jaki czasem pojawia się w górach: ratować siebie czy zostać z partnerem, wrócić po niego.

Teraz miała go Elisabeth Revol.
A przed nią dziesiątki innych. To dylemat, czy zostać z kimś, wiedząc, że prawdopodobnie skończy się to również moją śmiercią, czy uciec i się uratować.

Można zostawić człowieka, wiedząc, że zginie?
Jest respektowana przez prawo zasada deski Parmenidesa, czyli ostatniej deski ratunku. Tonie statek, na morzu unosi się deska, która może uratować tylko jedną osobę, i podpływa do niej dwóch rozbitków. I obaj mają prawo tę deskę wziąć, a rywala odepchnąć.

Brutalne.
W górach bywa różnie. Podczas niemieckiej wyprawy na Nanga Parbat w latach 30. załamała się pogoda. W jednym z namiotów został uwięziony szef tej wyprawy, Merkel, z jednym z Szerpów. I tenże Szerpa był w stosunkowo dobrej kondycji, mógł schodzić, ale Merkel miał już chorobę wysokościową i nie był w stanie wrócić. Więc Szerpa z nim został. Po kilku latach kolejna wyprawa niemiecka ich odgrzebała i znaleźli Szerpę leżącego na tym Niemcu, próbującego go jeszcze ogrzać własnym ciałem. Bywają więc i takie sytuacje.

Ale sam pan mówił, że nie można od nikogo wymagać heroizmu.
Nie można. Kiedy podeszliśmy z Wandą Rutkiewicz pod Gasherbrum, to stamtąd zwijała się wyprawa francuska. Pierwsza dwójka szczyt zdobyła, druga miała zdobywać później, ale załamała się pogoda. Niestety, jeden z nich dostał choroby wysokościowej, miał halucynacje, wierzył, że pogoda jest świetna, a on czuje się dobrze i będzie atakował szczyt.

Czym to się skończyło?

Jego partner, widząc beznadziejność tej sytuacji, w ostatniej chwili zszedł. My nie byliśmy zaaklimatyzowani i nie mogliśmy po niego pójść, Francuzi byli wykończeni, więc człowiek tam został na zawsze. Dramatyzm tej sytuacji potęguje to, że osobą, która zeszła, zostawiając partnera, był ksiądz.

Jak później z czymś takim żyć?
Bardzo ciężko.

Niemal każdy z wielkich himalaistów był oskarżany o to, że komuś nie pomógł. Pięć lat temu Polacy zdobyli Broad Peak, ale Bielecki i Małek zostawili Berbekę i Kowalskiego, którzy zginęli.
Jako szef Polskiego Związku Alpinistycznego byłem w komisji, która to badała. Nikogo nie oskarżyliśmy, raczej stawialiśmy znaki zapytania, czy można było więcej, czy można było im pomóc.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj