W rozmowie z DZIENNIKIEM Zacharski ujawnia, że:
- rosyjski szpieg Władimir Ałganow chwalił mu się na Majorce w lipcu 1995 r. , że poprzednie wakacje spędzał z Kwaśniewskim w Cetniewie;
- po aferze "Olina" musiał opuścić kraj, bo politycy lewicy nie pozostawili mu wyboru;
- przed wyjazdem odwiedził go w domu szef MSW Zbigniew Siemiątkowski, co odebrał jako przestrogę aby nie "dotknąć niektórych osób". Według Zacharskiego chodziło o "Kata". Taki pseudonim, jak spekulowano, nosił Aleksander Kwaśniewski;
- liczył się z aresztowaniem na polecenie lewicy;
- na prośbę Kwaśniewskiego zorganizował jego dyskretne spotkanie z człowiekiem Lecha Wałęsy (z informacji DZIENNIKA wynika, że chodzi o Mieczysława Wachowskiego) w celu zrzucenia ze stanowiska premiera Pawlaka;
- Rosjanie mieli na szczytach władzy jeszcze jednego agenta - "Minima". W latach 90-tych spekulowano, że taki był pseudonim Leszka Millera;
- ambasador Rosji Jurij Kaszlew ostro atakował prezydenta Wałęsę i lobbował za tym, by Waldemar Pawlak pozostał na stanowisku premiera.
Widać, że ponad 12 lat od opuszczenia kraju zrobiło swoje - pisze DZIENNIK. Czasem Zacharskiemu brakuje jakiegoś polskiego wyrażenia, które zastępuje słowem po angielsku, francusku, niemiecku. Generał jest niesłychanie pewny siebie i przeświadczony o wadze własnych dokonań. W jego zachowaniu widać luz i swobodę, ale wyczuwalna jest także ostrożność. "Ja zawsze jestem alert" - mówi o sobie. Gdy zajmował miejsca w hotelowej kawiarni, fotel wybrał tak, aby widzieć wejście do knajpy. "Dziwne. Ten facet wchodzi tu czwarty raz" - przerwał w pewnym momencie, wskazując na jakiegoś 40-latka.
Mam się dobrze. Zdrowie, odpukać, dopisuje. Dużo czytam. Język nie robi mi już właściwie różnicy. Chyba jeszcze tylko nie potrafię czytać po japońsku i w suahili.
Kupuję sobie coraz to nowe książki w internetowej księgarni Amazon. Sam zresztą piszę książkę ze swoimi wspomnieniami, która niebawem wyjdzie w Polsce.
Tego, gdzie teraz mieszkam, nie wiedzą nawet moi najbliżsi znajomi z Polski. Wiele razy się przeprowadzałem, ostatnio również.
Raz czy dwa miałem odczucie, że powinienem się przenieść. Ale częściej te przeprowadzki były związane z zajęciem mojej żony.
Jest tego ze 3 tys. zł brutto. Po zmianach, które proponuje Platforma, zostanie pewnie 300 na rękę. Zostałem wrzucony do jednego worka z esbekami, co nie jest dla mnie uczuciem przyjemnym. Bo
czy ja biłem opozycję, poniżałem księży? Wywiad jest w normalnych warunkach organizacją ponad podziałami partyjnymi, niezbędną w każdym państwie. W 1990 r. ministrowie Krzysztof
Kozłowski i Andrzej Milczanowski zapewniali mnie i innych oficerów, którzy przeszli weryfikację, że lepsze emerytury nie zostaną nam odebrane. Mówili to w imieniu państwa. W takiej sytuacji
przestaję wierzyć w to państwo.
Odszedłem na emeryturę i kropka. Żadnych historii o swoim życiu prywatnym nie będę zdradzał. Może dobrze się ożeniłem? Moja obecna żona, która jest z urodzenia Niemką, miała
doskonałą pracę, mówi w wielu językach i jest osobą o wysokich kwalifikacjach zawodowych. Dla mnie było najważniejsze, żeby wyjechać z Polski i odzyskać spokój ducha. To się udało.
Opuszczając kraj w 1996 r., doszedłem do wniosku, że dawkę emocji przeznaczoną na jedno życie przekroczyłem kilka razy i już mi wystarczy.
Nie mogę powiedzieć, że nie wiem. Albo ściślej mówiąc, wiem, jakie nazwiska ukryte pod tymi kryptonimami wymieniało moje rosyjskie źródło.
Ja nie wymienię nazwiska swojego źródła. Takie są reguły.
Moim zdaniem było jasne, że chodziło o Władimira Ałganowa. Uczciwie powiem, że Minin - według oświadczenia mojego i innych źródeł - przestał spełniać swoje funkcje po zmianach
ustrojowych. Zachował się więc po męsku.
Nie mam wystarczającej wiedzy.
Tak, zresztą nie tylko ludzi lewicy. Było nazwisko człowieka z innej opcji politycznej. Wspominał także pewnego dyplomatę, mówił o ważnym polskim dziennikarzu. Interesująca paleta.
Nie, tylko tych kilka nazwisk. Nie ciągnijcie mnie za język. Wszystkie informacje przekazałem swoim szefom.
Oczywiście, choć lepiej powinien to pamiętać ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński, który został pilnie wezwany i brutalnie zrugany przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Rozumiem z tego
zachowania tylko tyle, że widocznie z nieznanych mi bliżej powodów treść tego artykułu nie była dla Kwaśniewskiego korzystna.
Nie byłem przy rozmowie Kwaśniewskiego z Czempińskim. Zauważyłem natomiast pewną prawidłowość, a mianowicie, że Kwaśniewski w trudnych sytuacjach wykazuje się dosyć słabą odpornością
psychiczną. Nie potrafi do końca zapanować nad emocjami. Być może stąd wzięła się taka, a nie inna reakcja.
Moja wiedza była ograniczona. Pełniejszy obraz ma ówczesny szef wywiadu, czyli generał Libera. Mogę tylko powiedzieć, że 48 godzin przed moim ostatecznym wyjazdem z Polski wiosną 1996 r.
odwiedził mnie w domu Zbigniew Siemiątkowski, szef MSW, bliski współpracownik Kwaśniewskiego. Jego wizytę odebrałem jako przestrogę: "Może pan robić, co pan chce, ale nie wolno
dotknąć panu określonych osób". Siemiątkowski wspomniał też, że jestem największym zawodem Aleksandra Kwaśniewskiego.
Była sobota, przyszedł o 15 i spotkanie trwało półtorej godziny. Siemiątkowski miał ze sobą szereg oryginalnych tajnych dokumentów. Z teczki wyjął na przykład kwit opatrzony klauzulą
"tajny specjalnego znaczenia" dotyczący pseudonimu "Kat". Była to notatka generała Libery. Siemiątkowski pytał, czy mam coś wspólnego z tym dokumentem.
Odpowiedziałem, że z jego tworzeniem nie, ale pośrednio mam z tym coś wspólnego, bo znam kryptonim "Kat".
Moim zdaniem nie. Ale być może w przypadku ministra obowiązują inne reguły.
Widziałem ten dokument pobieżnie, tylko na niego zerknąłem.
Tak, było jasne. Minister spytał mnie też o wypowiedź ministra Milczanowskiego. Milczanowski miał powiedzieć, że jeśli oficerowie będą szykanowani za sprawę "Olina", to
przejdą do "fazy drugiej". Siemiątkowski spytał mnie, czy mam z tym coś wspólnego. Powiedziałem mu, że pomylił adresy i żeby poszedł do ministra Milczanowskiego z tym
pytaniem.
Nie wiem, relacjonuję wam, co do mnie mówił Siemiątkowski. Ja to zrozumiałem jako próbę wybadania: idziemy na konflikt czy nie. Dał mi wprost do zrozumienia, że grupa oficerów, która
zajmowała się sprawą "Olina", jest inwigilowana, że nas śledzą i podsłuchują.
Odniosłem wrażenie, że Siemiątkowski w tej rozmowie w ogóle nie skłaniał się ku obronie osoby o pseudonimie "O", natomiast interesują go inne elementy sprawy.
Tak. W pewnym momencie minister powiedział, że jestem utalentowany, ale działam za szeroko i polska służba jest dla mnie za mała. Dodał, że powinienem sobie wyjechać za granicę i pracować
dla jakiejś innej dużej służby, tak by moje talenty zostały wykorzystane. Złożenie tego typu propozycji przez szefa MSW uważam za ewenement w historii światowych służb wywiadowczych. Potem
Siemiątkowski doprecyzował: albo pan rezygnuje ze służby, albo zostaje pan wyrzucony.
Powiedziałem mu, że gotów jestem napisać rezygnację pod jednym warunkiem. Takim, że będę mógł jeszcze tego samego dnia opuścić terytorium Polski. Usłyszałem w odpowiedzi, że mam wolną
drogę i mogę jechać, gdzie chcę. W poniedziałek napisałem rezygnację. Zanim ją złożyłem, zapytałem Andrzeja Kapkowskiego, nowego szefa UOP: "Rozumiem, że po południu mogę
wylatywać z tego kraju?". Odpowiedział: "Tak, wszystkie uzgodnienia obowiązują". I opuściłem Polskę.
Siemiątkowski dał mi słowo, ale liczyłem się również z opcją, że mogą mnie aresztować. Ja odsiedziałem cztery lata w amerykańskim więzieniu i to jest ostatnia rzecz, którą chciałbym
ponownie przejść. Miałem przecieki ze strony obozu lewicowego, że rozpatrywane są wobec mnie trzy scenariusze. Pierwszy, żeby mnie natychmiast aresztować. Drugi, żeby wysłać na daleką
placówkę typu Australia. Trzeci był taki, żebym spieprzał czym prędzej. Wygrała trzecia opcja. Aresztowanie uznano za zbyt niebezpieczne, bo doszłoby do moich przesłuchań. Wiedzą panowie,
jak ktoś zostaje zapędzony do narożnika, to musi się bronić. A ja nigdy nie miałem problemów z pamięcią. Przeanalizowali, że pójście ze mną na ostro być może nie jest najlepszym
rozwiązaniem.
Oni wiedzieli, nie musiałem wspominać.
Ten z "Życia" o wspólnym urlopie Kwaśniewskiego i Ałganowa w Cetniewie? Oczywiście! Nie był dla mnie zaskoczeniem.
Informacje dotyczące Cetniewa przywiozłem z Majorki. Sam Władimir Ałganow pochwalił mi się, że wypoczywał tam w towarzystwie Kwaśniewskiego.
Nie ma nagrania z tej rozmowy, bo odbyła się ona w porcie w Las Palmas. Były to tak zwane przedbiegi przed zasadniczą rozmową w pokoju hotelowym, podczas której chcieliśmy Ałganowa
zwerbować.
Opowiadał, że rok wcześniej wspólnie z małżonką spędził 8 - 10 dni urlopu w ośrodku w Cetniewie. Mówił, że tam właśnie spotkał się z Kwaśniewskim i jego małżonką. Nie podawał
detali, o czym rozmawiał z Kwaśniewskim.
Nie wynikało, że się umówili i pojechali na wspólny wypoczynek. Wynikało, że w tym samym czasie byli w ośrodku w Cetniewie.
Tak, i przekazałem ją szefowi Urzędu Ochrony Państwa.
Uważałem, że należy ją zweryfikować. Sam chciałem pojechać do Cetniewa i to zrobić. Pochodzę z Wybrzeża, znam tam wiele osób i sądzę, że potrafiłbym ją potwierdzić. Ale szef UOP
odmówił mojej prośbie. Informację sprawdzono oficjalną drogą. Jak poszło pytanie oficjalną drogą, tak przyszła odpowiedź, że nie ma dokumentów, które by potwierdzały wspólny pobyt obu
panów w ośrodku wczasowym. Chylę czoła przed dziennikarzami "Życia", że potrafili sami dotrzeć do dowodów, czyli na przykład do kopii rachunków. Ciekawostka, że
dziennikarze zdobywają kwity, których nie potrafi zdobyć UOP.
Żałuję, że nie mogłem ich bronić na procesie. Wiem na pewno, że przywiozłem tę informację z Majorki.
Widziałem się z nimi za granicą, ale nie przekazywałem im żadnej wiedzy na ten temat.
W 1995 r., gdy był już prezydentem elektem. To było w pałacyku przy Foksal. Zostałem przez niego zaproszony. "No i jak, i jak? Nie gratulujesz mi?" - zapytał. Ja mu
powiedziałem: "No dobrze, dobrze. Wygrałeś". Miło porozmawialiśmy. To był ostatni raz.
Znaliśmy się nieźle, rozmawialiśmy ze sobą wielokrotnie i niekiedy były to długie rozmowy.
Kwaśniewski poprosił mnie o zorganizowanie spotkania na gruncie neutralnym. Tym gruntem był mój dom. Jednak nie uczestniczyłem w rozmowie.
Nie będę tego potwierdzał. Powiem tylko, że Kwaśniewskiemu zależało, aby o spotkaniu nie dowiedział się nikt z jego lewicowych kolegów. Rozmowa była umówiona na późny wieczór. Doszło
zresztą do bardzo nerwowej sytuacji. Bo gość przyjechał z ochroną, o czasie, a Kwaśniewski, jak to on, spóźnił się z pół godziny. Taki miał styl, który żartując, często nazywam
syndromem drewnianego zegarka.
Rozmawiali w cztery oczy, wypili po drinku i chyba doszli do porozumienia. Wskazywały na to ich doskonałe humory i uśmiechnięte twarze. Zresztą potwierdzeniem moich odczuć była kolejna wizyta
u mnie już samego Kwaśniewskiego, który m.in. postanowił zrelacjonować mi przebieg narady koalicjantów SLD i PSL. Poinformował mnie, że Pawlak zgodził się na złożenie dymisji. Postawił
jednak jeden warunek, by to Józef Oleksy, a nie Aleksander Kwaśniewski został jego następcą.
Nie, w żadnym razie. To legenda, byłem w InterAmsie bardzo krótko i trochę przez przypadek. Dokładnie mówiąc, skusił mnie do pracy w tej firmie mój były pracownik z Peweksu, nieodżałowany
pan Marceli Miękina.
Ja w InterAmsie byłem małpą do pokazywania, kiedy trzeba było dogadać się z bankiem na temat kredytu. Z upadkiem rządu Pawlaka nie mam nic wspólnego.
To była naturalna droga. Po moim wyjściu na wolność z amerykańskiego więzienia Rosjanie darzyli mnie naturalnym szacunkiem. Jeszcze w latach 80. grywałem z radzieckimi dyplomatami w tenisa na
kortach Mery. Znałem ich świetnie. Przykładem może być to, że w połowie lat 90. ówczesny szef rosyjskiego wywiadu, a potem premier Rosji Jewgienij Primakow otworzył mi ścieżkę do
bezpośrednich kontaktów w razie pilnej potrzeby.
Jeden raz. Chodziło o rosyjskiego ambasadora Jurija Kaszlewa, który był bardzo krytycznie nastawiony do prezydenta Wałęsy i tego nie krył. W rozmowach ze mną wypowiadał się o prezydencie z
dużą agresją, potrafił niemal krzyczeć: "Dlaczego tak bronisz Wałęsy?!". W dodatku dla Kaszlewa było niezwykle ważne utrzymanie Waldemara Pawlaka na stanowisku premiera.
Rozumiałem, że skoro Kaszlew w taki sposób rozmawia ze mną, to w podobnym duchu informuje swoją centralę.
Zwróciłem uwagę, że Polska jest suwerenna i na pewno nie jest rolą rosyjskiego ambasadora ustawianie, kto ma być u nas premierem, czy też atakowanie wybranego w wyborach powszechnych
prezydenta. To my sami decydujemy o wyborze zarówno prezydenta, jak i premiera. Primakow nie skomentował, przyjął do wiadomości.
W pierwszej połowie lat 90. cała ekipa z ówczesnej ambasady była wrogo nastawiona. Mówiło się, że pozytywny stosunek ma do nas dwóch i pół dyplomaty. Tą połówką miał być Kaszlew. Ale
to nie była prawda. Znałem go dobrze, wiele rozmawialiśmy i odnosił się do nas z wyraźną niechęcią.
Najpierw byłem kimś w rodzaju łącznika między nim a polską stroną w czasie tzw. incydentu na Dworcu Wschodnim. Potem miałem pomysł na szerszą współpracę z nim.
Stąd, że ambasador lubił mieć więcej, niż ma.
A jak może chcieć taką słabość wykorzystać oficer wywiadu?
Chciałem dowiedzieć się od niego różnych ciekawych rzeczy, istotnych dla Polski.
Ładna dziś pogoda.
Traktowałem go w sposób godny i należyty. Przyjmowałem go zawsze ze znaną wszystkim polską gościnnością.
W 1994 r., po tym jak zrezygnowałem ze stanowiska szefa wywiadu.
Na początku Amerykanie nie mieli uwag. Listę gości w pierwszym dniu mojego urzędowania otwierał rezydent wywiadu brytyjskiego. Przyszedł z gratulacjami i propozycjami na piśmie mającymi na
celu rozszerzenie współpracy. Krótko po jego wyjściu pojawia się druga osoba. Tym razem był to rezydent wywiadu amerykańskiego. Powiedział: "Jesteśmy zaskoczeni, ale jedziemy do
przodu". Zrzucanie mnie ze stanowiska było niemal klasyczną wewnętrzną polsko-polską wojenką, a wyjątkową aktywnością w tym pojedynku wykazywali się szef dyplomacji Andrzej
Olechowski i ówczesny szef UOP Gromosław Czempiński. To im w dużym stopniu należy zawdzięczać, że Amerykanie w końcu zdecydowali się i złożyli notę protestacyjną. Ale o wielu znanych mi
w szczegółach elementach tej rozgrywki opowiem w mojej książce.
Tak, tyle że nie pisałem jej sam. Po drodze do UOP wpadłem do mieszkania Adama Michnika w alei Przyjaciół. Zadzwoniłem z dołu i zapytałem, czy mi pomoże skreślić parę zdań. Uważałem,
że ma doskonałe pióro, a zależało mi, żeby jasno powiedzieć: "Nie chodziło mi o stołek, ale o to, by zrobić coś dobrego dla Polski". Ja się nie znam na pisaniu, a on
jest w tym niezwykle utalentowany.
Mówiliśmy sobie po imieniu, byliśmy dobrymi znajomymi. To ciekawy człowiek, lubiłem z nim rozmawiać. Czasem spotykaliśmy się u niego w "Gazecie". Dwa, trzy razy byłem u
niego w domu. Może on raz był u mnie.
Nie pracowałem nad żadną konkretną sprawą. Miałem ustalić, jaka jest głębia penetracji rosyjskich służb w Polsce. A więc grałem w tenisa i rozmawiałem z rosyjskimi dyplomatami.
Dowiadywałem się ciekawych rzeczy o atmosferze w ambasadzie, o animozjach między oficerami, o tym, na czym koncentrują się w swojej pracy. Opowiadali mi, jakie mają problemy osobiste: na kogo
wścieka się żona, "bo za dużo pracuje", że jak chce się mieć w służbowym mieszkaniu dywan, to trzeba za niego ekstra zapłacić. Miałem informacje z zamkniętych spotkań.
Na jednym z nich np. dyplomata Nikołaj Prilepa, pracownik konsulatu w Krakowie, stwierdził, że polski naród w całości nadaje się do gazu. Zbierałem wiele tych rozmaitych danych, by wytypować
osoby, które mogą być podatne na naszą perswazję i stać się źródłami naszych służb. Normalne zajęcie oficera wywiadu. Ogólna ocena była taka, że prawie cała ówczesna obsada ambasady
jest do Polski nastawiona wrogo. To w sposób oczywisty potęgowało słuszność przyjętego przeze mnie założenia, że prowadzą przeciw nam intensywne tajne operacje.
Powtarzam, ja nazwisk źródeł nie podaję.
Grałem z nim w tenisa. Z pierwszym spotkaniem, którego celem było nawiązanie lepszych kontaktów i wyjście poza sprawy tenisowe, wiąże się zabawna historia. Zabrałem go do hoteliku z
restauracją, który jest w pobliżu dzisiejszego centrum handlowego Arkadia w Warszawie. Próbowałem go nagrać. Tyle że w tej knajpie jakiś facet bez przerwy głośno grał na fortepianie.
Zamiast rozmowy ze źródłem miałem na taśmie nawet niezły koncert.
Sytuacja wyglądała tak, że odbijaliśmy piłkę na kortach Mery, kończymy grę i przebieramy się w kanciapie. Zupełnie bezwiednie chlapnąłem, że nie podoba mi się jakieś posunięcie
Oleksego. Po tenisie idziemy do hotelu Vera na piwko. Nagle Rosjanin mówi: "Słuchaj powinieneś być ostrożny z taką krytyką". "Ale dlaczego, żyjemy w wolnym
państwie?" - pytam. A on do mnie: "Bo Oleksy jest nasz!". Myślałem, że spadnę z krzesła. Oczywiście zaraz po przyjściu do domu sporządziłem notatkę i
powiadomiłem szefów. W trakcie następnych rozmów źródło ujawnia, że Oleksy jest informatorem Rosjan o kryptonimie "Olin".
Ja to wykluczam. Wiem też, że na szczeblu szefa wywiadu informacje te były weryfikowane i porównywane z innymi materiałami. Proszę pamiętać, że szef wywiadu ma wgląd w całość
materiałów zdobywanych przez tę służbę.
Nie tak znowu klapą. Ałganow nie daje się zwerbować, ale przekazuje cenne informacje.
To nie był błąd. Myśmy od dawna pokazywali się razem na kortach i w innych miejscach. Nie należało mechanicznie zrywać tego kontaktu, bo właśnie to byłoby podejrzane. A co do imprezowania,
to ja nie byłem pijany. Prowadziłem wtedy samochód.
Absolutnie nie. W Wiedniu mieliśmy szansę na zdobycie przełomowych informacji od kolejnego rosyjskiego źródła.
Operacja była przygotowana profesjonalnie. Był plan, zabezpieczenie techniczne, a szef wywiadu generał Libera nie miał żadnych zastrzeżeń ani do celu wyjazdu, ani do przygotowań. Ekipa
składała się z kilku oficerów. Nie była to żadna solówka Zacharskiego, jak insynuowali niektórzy publicznie. Generał Libera osobiście prezentował założenia operacji Kapkowskiemu i
usiłował przekonać do swoich racji. Moim zdaniem odmówiono zgody na wyjazd bardziej z powodów politycznych niż merytorycznych.
Są tam, gdzie powinny być! Zostawiłem je w swojej szafie pancernej i pojechałem w siną dal.
Skądże.
Wszystko zostało w szafie. Co się stało z szafą, nie wiem.
Został zrobiony skrót zawierający wszystkie istotne elementy. To absurd, żeby dawać przełożonemu sześciogodzinną rozmowę w dwóch trzecich dotyczącą rzeczy zupełnie nieistotnych, na
przykład opowiastek, które stwarzają atmosferę. W związku z tym została zrobiona kompilacja.
Nie sądzę, żeby tak miało być. Nic sobie tu nie mogę zarzucić z punktu widzenia solidności. Za to prokuratura robiła wszystko, żeby szukać dziury w całym. Kiedyś podnieśli alarm, że na
dostarczonych kasetach w ogóle nie ma nagrań. Okazało się, że technicy w WSI, których poprosili o pomoc, po prostu nie potrafili odsłuchać tych taśm. Atakowano nas przy każdej okazji.
Miałem odczucie, że szukano słabych punktów przeciwko nam, zamiast w normalny sposób badać meritum sprawy. Andrzej Milczanowski, który był przecież prokuratorem, mówi, że zamknięcie
takiego śledztwa w trzy miesiące to jest bieg maratoński w 12 minut.
Ja nie stałem przy niszczarce. Wiem, że miała zostać zrobiona kompilacja.
Wszystko zostało w Polsce.
Tak, to prawda, że po nawiązaniu kontaktów z Bellem w Europie przez oficerów Departamentu I centrala najpierw zalecała mi ograniczenie kontaktów z moim agentem. W dalszej perspektywie
sugerowała nawet ich zerwanie. Za te kontakty mieli stać się odpowiedzialni inni ludzie. Ale teoria pracy operacyjnej, wiedza podręcznikowa nie zawsze sprawdza się w życiu codziennym.
Okazywało się, że centrala nie ma wypracowanej do końca metody wypłat dla Bella. W Europie nie mogli mu przekazywać dużych kwot ze względu na przepisy karno-skarbowe obowiązujące w USA.
Uniemożliwiały one przewożenie Bellowi za jednym razem kwot przekraczających, powiedzmy, 5 tys. dol. Poza tym, jak Bell wytłumaczyłby się na lotnisku z tego, że ma np. 40 złotych monet albo
20 tys. dol.? Do tego proponowana łączność z Bellem w nagłych przypadkach była tak nieżyciowa, że on im powiedział wprost: "Wymyślcie coś lepszego albo będę to załatwiał przez
Zacharskiego". W takich momentach trzeba zawsze dbać o wygodę agenta, on jest dla nas najcenniejszy. Dodam, że były również inne zalecenia, by przerywać odbiór materiałów od Bella.
Zwykle związane to było z ważnymi wydarzeniami politycznymi na osi Wschód - Zachód czy Polska - USA. Nie zawsze mogłem się do tego zastosować. Przecież Bell wystarczająco się narażał,
wynosząc dokumenty. Wyglądałbym niezbyt poważnie, informując go nagle, że z powodu wizyty jakiegoś oficjela odmawiam przyjęcia materiałów. Nie chciałem stracić zaufania mojego źródła i
przyjaciela, bo był on również moim przyjacielem. A także nie chciałem najzwyczajniej w świecie się ośmieszyć. Chciałbym też bardzo precyzyjnie podkreślić, że najlepsze materiały od
niego zdobywałem właśnie wówczas, kiedy znajdowałem się pod stałą obserwacją kontrwywiadu FBI. To były materiały o kapitalnej wartości. Dziesiątki tysięcy stron tajnych dokumentów z
największymi sekretami amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Dodam, że nigdy nie złapano mnie na niczym kompromitującym. Niczego także, pomimo potężnej rewizji, nie znaleziono w moim
domu.
Nie sądzę. W centrali naszego wywiadu był amerykański "kret" Jerzy Koryciński, który uciekł na Zachód. Myślę, że to on wskazał mnie Amerykanom.
Bella nie, mnie. FBI zaczęło rozpytywać moich sąsiadów, ludzi, którzy mieli ze mną kontakt. Chodziło o wiele osób, w tym o Bella, który pękł w czasie przesłuchań. Dał się złamać,
choć śledczy nic na niego wtedy nie mieli.
Siedziałem z kryminalistami wszelkiej maści. Gdy się rozeszło, kim jestem, jeden z bandziorów powiedział mi wprost: "Gdybym nie wychodził za kilka dni, to byłbyś trupem".
Więźniowie chodzili z zaostrzonymi ołówkami, żeby w razie czego móc komuś wsadzić je w oko, noże robili z pleksi. Przez cały czas FBI próbowało mnie złamać. Proponowali góry
pieniędzy, wolność. Innym razem grozili. To normalka w tym fachu. Ja jednak nie jestem materiałem na zdrajcę. Aby nabrać do tego przekonania, potrzebowali, niestety dla mnie, dużo czasu. Tam
pieniądz ma znaczenie podstawowe. Nie wiedzieli, że nie dla każdego.
Proszę panów, ja nigdy nie będę mówił, kiedy zacząłem pracę dla wywiadu. Nie opowiem o szczegółach szkolenia, które przechodziłem indywidualnie, a nie w szkole w Kiejkutach. Niech sobie
wszyscy spekulują.
Z tym filmem to była niezła historia. Kręcony był między innymi w ówczesnym Związku Radzieckim. Suchumi udawało Los Angeles. Grałem siebie. Szefom chodziło o to, żeby zrobić film o
wspaniałej akcji polskiego wywiadu i żeby był to również materiał szkoleniowy. Pokazywano go kolejnym rocznikom studentów w Kiejkutach. Tydzień po projekcji na spotkaniu ze słuchaczami
zjawiałem się ja. To było dla nich spore zaskoczenie.
Pan z naszej instytucji.
Nie mogę tam jeździć, ale raz dla podwyższenia sobie poziomu adrenaliny przeleciałem się z Tokio do Singapuru na pokładzie samolotu amerykańskiej linii United Airlines. Taki samolot to
według prawa terytorium USA. Można więc powiedzieć, że przez kilka godzin byłem w Stanach Zjednoczonych.
W Świnoujściu trzy razy i ostatnio w Szczecinie, żeby najzwyczajniej w świecie kupić książki. Raz przejechałem granicę i ruszyła za mną jakaś furgonetka z przyciemnianymi szybami.
Zawinąłem i wróciłem do Niemiec. Innym razem, jak mówiła mi żona, rozpoznał mnie jakiś pan w księgarni. Wyszedł nawet za nami i spisał numer rejestracyjny samochodu, którym
przyjechaliśmy do Świnoujścia. Na niewiele mu się to zdało, bo auto wzięliśmy z wypożyczalni.
Rosyjski dyplomata i oficer wywiadu. To on informował Mariana Zacharskiego, że Józef Oleksy to rosyjskie źródło o kryptonimie "Olin". Wymieniał też inne pseudonimy, m.in. "Minina" i "Kata". Związki Jakimiszyna z naszym wywiadem ujawniło "Życie Warszawy" w słynnym tekście "Oto jest głowa zdrajcy". Zwolennicy teorii o tym, że sprawa "Olina" to od początku do końca prowokacja ze strony Moskwy, podkreślają, że Jakimiszyn tak naprawdę nie zdradził. Wrócił do Rosji i nie spotkała go krzywda. W dodatku miewa się dobrze: został szefem rosyjsko-angielskiej firmy ZOST, a nawet ławnikiem w procesie rosyjskiego naukowca Igora Sutiagina oskarżonego o szpiegostwo. Zwolennicy teorii, że Zacharski naprawdę zwerbował Jakimiszyna, odpowiadają, iż Rosjanie, karząc zdrajcę, przyznaliby się do wpadki.
16 stycznia 1996 r., mijają trzy tygodnie od dnia, w którym cała Polska dowiedziała się, że premier Oleksy miał być rosyjskim agentem o kryptonimie "Olin". W kioskach pojawia się tygodnik "Wprost" ze żmijami na okładce i tytułem "Zdrada". W tekście obecny naczelny tygodnika Stanisław Janecki podaje, że oprócz "Olina" Rosjanie mieli w kierownictwie postkomunistycznej lewicy kolejne równorzędne źródła. Chodzi o związanych z "Olinem" "Minina" i "Kata". "Teraz nie chodzi o to, czy oskarżenia pod adresem Oleksego są uzasadnione, lecz ilu osób z kierownictwa SdRP (poprzedniczka SLD - red.) dotyczą. Idzie o ograniczenie liczby ofiar" - podaje Wprost.
Rosyjski dyplomata, pułkownik wywiadu i biznesmen. Według Zacharskiego to on był przez lata oficerem prowadzącym Józefa Oleksego. W zamian za informacje dostarczał mu m.in. paczki z kawiorem, czosnkiem, alkoholami i wodą Borżomi. Jednak prokuratura umorzyła sprawę. Sam Oleksy zaprzeczał, że dostarczał Ałganowi tajnych informacji. Nie wypierał się znajomości i wspólnych biesiad z Rosjaninem: "Miałem go za przyjaciela, ale okazał się świnią". Ałganowowi po formalnym zakończeniu pracy w wywiadzie wiodło się nie najgorzej. Był m.in. w radzie nadzorczej kontrolowanej przez Kreml energetycznej firmy Inter RAO JES, która zajmowała się dostawami energii na Zachód. Próbował robić duże interesy w Polsce. W lipcu 2003 r. spotkał się w Wiedniu z Janem Kulczykiem i rozmawiali na temat prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. Zgodnie z notatką polskiego wywiadu podczas rozmowy Ałganow miał pretensje, że Rosjanie jeszcze nie dostali rafinerii, choć zapłacili za to łapówkę.
16 listopada 1994 r. tygodnik publikuje tekst "Femme fatale premiera", który staje się początkiem końca Waldemara Pawlaka na stanowisku szefa rządu. Dziennikarze opisują działalność firmy InterAms, która żyje dzięki kontraktom na komputeryzowanie instytucji państwowych. Właścicielem spółki jest Paweł Zdunek, dobry kolega premiera. W InterAmsie posadę doradcy ma też Anna M., była sekretarka Pawlaka, która według tygodnika pozostaje z nim w zażyłych i osobistych stosunkach. - Z moich analiz wynikało, że ten tekst nie był wynikiem dziennikarskiego śledztwa, ale gotowcem podsuniętym przez służby. Mogło być też tak, że oficerowie podpowiadali reporterom, gdzie szukać materiałów. Zbyt wiele w tym tekście było informacji, które mogły zostać zdobyte tylko w sposób operacyjny - mówi "Dziennikowi" profesor Andrzej Zybertowicz, socjolog i ekspert od służb. Po sprawie InterAmsu i Anny M. na Pawlaka sypią się gromy. Jest oskarżany o nepotyzm i prywatę. W lutym 1995 r. składa dymisję.
Słynny radziecki i rosyjski dyplomata. Od 1990 do 1996 r. był ambasadorem w Polsce. Przez lata postrzegany był jako lew salonowy, miłośnik tenisa i przyjaciel naszego kraju. Został nawet odznaczony przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi RP. Jednak miał też drugie oblicze. "Nasrać na tę polską stronę! [...] Sramy na nich. Niech idą na ch... z tymi swoimi dowodami" - tak Kaszlew zareagował na zatrzymanie rosyjskich szpiegów w 1993 r. Nagranie zarejestrowane przez polskie służby zostało ujawnione w filmie "Szpieg". Sam Kaszlew miał w karierze szpiegowski incydent. W 1971 r. został wydalony z Londynu za działalność wywiadowczą. Po zakończeniu swojej misji w Polsce zajął się działalnością naukową. Był m.in. rektorem Akademii Dyplomatycznej MSZ Rosji. Zmarł w 2006 r.
Oświadczenie, które 18 sierpnia 1994 r. napisał Zacharskiemu Adam Michnik: "W całym swoim życiu kierowałem się zawsze dobrem Państwa Polskiego. Nie byłem i nie jestem działaczem politycznym. W imię tak pojętej wobec Polski lojalności spędziłem cztery lata w amerykańskim więzieniu. Nigdy nie ubiegałem się o żadne stanowisko państwowe. Propozycję piastowania funkcji dyrektora Zarządu Wywiadu w UOP przyjąłem w poczuciu, że mogę dla mojego kraju zrobić coś dobrego. W dniu dzisiejszym złożyłem rezygnację, poprosiłem o zwolnienie mnie z pełnienia funkcji dyrektora Zarządu Wywiadu w trybie natychmiastowym. Nie chcę być przyczyną konfliktów między Polakami w chwili, kiedy w Polsce najbardziej potrzebna jest zgoda i porozumienie. Jestem gotów służyć Polsce zawsze, kiedy zostanie uznane to za celowe".
Inżynier elektronik ze zbrojeniowych zakładów Hughes Aircraft Corporation w Kalifornii. Zacharski zdobywa jego przyjaźń w 1977 r. Zaczyna kupować od Amerykanina, który ma problemy finansowe, największe sekrety przemysłu zbrojeniowego m.in. dokumentację systemu radarowego uniemożliwiającego wykrycie amerykańskich samolotów przez naziemne stacje radiolokacyjne, system radarowy przeznaczony dla czołgów oraz eksperymentalny system radarowy dla US Navy, dokumentację rakiet powietrze-powietrze Phoenix. Zdrada Bella kosztuje Amerykę miliardy dolarów, sam inżynier dostaje od polskiego wywiadu ok. 170 tys. dol. w gotówce i złotych monetach. Zacharski i Bell zostają złapani w 1981 r. Polak dostaje dożywocie. Z więzienia udaje się go wyciągnąć po 4 latach. Bell dostaje tylko 8-letni wyrok, bo współpracuje z FBI. Wychodzi po 4 latach, zapija się na śmierć w 1986 r.