ANDRZEJ OLECHOWSKI*: Od kryzysu!
Dobrze więc. Powiem tak. Nie umiem rozstrzygnąć, w jakim stopniu jego obecność w mediach wynika z jego inicjatywy, a w jakim jest na nim wymuszona. Jeśli został do niej zmuszony, to jest mi go
żal. Oglądanie tego wszystkiego jest przykre dla jego rodziny i dla wielu innych osób. Jeśli natomiast dzieje się to z jego inicjatywy, to ma on duże problemy ze swoją osobowością.
Gdyby pan Marcinkiewicz całkowicie wyłączył się z życia politycznego i najwyżej komentował politykę – tak jak ja to robię – to może w biznesie robić, co mu się
podoba. Natomiast on jedną nogą pozostał w polityce, prowadził na przykład jakieś negocjacje z PO w sprawie swojej przyszłości. Prezentuje się jako członek klasy politycznej. W takiej
sytuacji pewnych rzeczy nie wolno mu robić. Nie można występować z dwóch stron lustra.
Nie wiem nawet, co grał, jeśli w ogóle coś grał. To wszystko jest bardzo niejasne.
To może za mocno powiedziane, ale jest gorzej, niż sądziliśmy. Mamy niezły statek: dobre przedsiębiorstwa – doświadczone w poprzednich kryzysach, dobrych pracowników, dobre
produkty. Nie ma powodów twierdzić, że toniemy. Ale fale są większe, niż sądziliśmy.
To przesada. Wizja, że będą kupowane tylko i wyłącznie obligacje Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej i nic więcej, jest po prostu nieprawdziwa. Są jeszcze Japonia, Szwajcaria, kraje
skandynawskie i te nasze 150 mld zł też by się zmieściło. Ale faktem jest, że dziś bezpieczniej i taniej jest mieć euro niż własną, ale niewielką walutę. Bo są momenty, że nikt jej nie
chce kupić. Stąd rosnące w Polsce poparcie dla jak najszybszego wprowadzenia euro.
Nie ma wątpliwości, że takie prace trwają. I możliwe, że jeśli się powiodą, to skutki będą dla nas niekorzystne. Ale nie będą tak natychmiastowe i tak groźne, jak zapowiadali pan Nowak
i pan premier.
To jest tak jak w chorobie: są lekarstwa, które mogą być bardziej skuteczne, ale są niedostępne, bo chorego na nie nie stać. To jest właśnie opcja z dosypywaniem.
W tym wypadku tak. My nie mamy skąd tych pieniędzy pożyczyć. A gdybyśmy nawet mieli, to po tak paskarskich cenach, że skórka nie byłaby warta wyprawki.
Jest obawa, że produkcja i handel międzynarodowy bardzo się załamią, bardziej niż mogliśmy oczekiwać. Ale i tak nie sądzę, aby bezrobocie tak dramatycznie u nas wzrosło jak np. w
Hiszpanii.
Mówiłem o dwóch i pół, trzech i pół procentach wzrostu.
Słynny ekonomista John M. Keynes zapytany, dlaczego zmienił zdanie, odpowiedział: „Jeśli zmieniają się fakty, to ja zmieniam zdanie. A pan?”. Mamy do czynienia z wydarzeniem
niesłychanym i jednostkowym. Gubimy się w domysłach, mylimy.
Być ostrożnym. Myśleć trzeźwo, bez złudzeń. Zakładać, że co może się nie udać, to się nie uda. I unikać wypadków i kolizji. To nie jest czas na pokłócenie się z szefem czy szukanie
lepszych warunków dla rozwoju swojej osobowości. Te najbliższe dwa lata trzeba przeczekać. Będziemy je źle wspominać.
Gotówka jest królem. Banki w Polsce są bezpieczne, obligacje rządowe również. Nie należy uganiać się za najwyższymi dochodami, ale dbać o to, żeby nie stracić.
Z pewnością Amerykanie. Oni oczekują, że ich gospodarka zacznie wychodzić z recesji pod koniec tego roku. Jeśli tak, to europejska zacznie podnosić się jakieś dwa kwartały później. A
nasza – po kolejnych dwóch. Czyli gdzieś pod koniec 2010 r. My do USA prawie nic nie eksportujemy, więc nie skorzystamy z tego, że tam ludzie zaczną znów wydawać pieniądze.
Ożywienie musi najpierw przenieść się do Europy Zachodniej, przede wszystkim do Niemiec, bo tam idzie jedna trzecia naszego eksportu. Jak Niemcy zaczną znów produkować, to wkrótce po nich i
my.
Jestem szeregowym członkiem PO. Nie zajmuję się działalnością polityczną. Jestem konsultantem gospodarczym i członkiem władz przedsiębiorstw. Generalnie jestem finansistą i w tej
dziedzinie doradzam.
Alkoholik nigdy nie jest wyleczony z nałogu, ale z żelazną konsekwencją nie pije. Tak samo jest ze mną. Nie jestem wyleczony z polityki, ale z żelazną konsekwencją jej nie uprawiam.
Nie chodzi o miejsce, ale o misję, potrzebę. O wewnętrzne przekonanie, że wszystko jest do kitu i powinienem – muszę! – coś zrobić. Dziś nie mam takiego przekonania. Nie
jestem aż takim megalomanem, aby uważać, że beze mnie naród sobie nie poradzi. Zaangażowanie się utrudnia też to, że polityka stała się zawodem. Kiedyś tak nie było. W polityce
działało się dla dobra wspólnego. W Ameryce jest tak nadal. Ludzie przychodzą do polityki z różnych ścieżek życia. I wychodzą jak przez drzwi obrotowe. W Polsce jest inaczej. To zresztą
nie jest polski wymysł. Tony Blair w całym swoim zawodowym życiu tylko dziewięć miesięcy pracował poza polityką.
Ja pochodzę z bardzo skromnego domu. Za 12 tys. zł spokojnie dałbym sobie radę. Ale ważna jest dla mnie stabilność. Dobrze pamiętam troski mojej matki, która budżet ustalała z miesiąca na
miesiąc. Powiedziałem sobie, że ja swojej rodziny nigdy w takiej sytuacji nie postawię. A nie dopuszczam myśli, że musiałbym robić trudne kompromisy, zmieniać poglądy itd., aby tylko mieć
pewność, że wygram następne wybory i nie pozostawię rodziny na lodzie. Dlatego, gdy tworzyliśmy PO, od samego początku mówiłem, że nie będę kandydował do parlamentu. Byłem tzw.
czynnikiem społecznym. Tusk i Płażyński byli politycznymi etatowcami.
Nie. Bo politycy funkcjonują obecnie jak inne korporacje zawodowe ze wszystkimi ich wadami.
Nie jestem centroprawicowy, ale centrowy. Do dziś pamiętam „talmudyczne” dyskusje z Maciejem Płażyńskim i Donaldem Tuskiem, czy my się mamy nazywać centroprawica, czy
środek. Ja ostatecznie ustąpiłem na rzecz centroprawicy, ponieważ zapewnili mnie, że chodzi o prawą stronę centrum, a nie prawą od centrum. Więc ja już dałem sobie ten język narzucić.
Ale w swojej kampanii prezydenckiej podkreślałem, że jestem człowiekiem środka. Dostałem nawet nagrodę Kisiela za trafienie w środek. Dlatego do mnie „lgną” ludzie z
umiarkowanej lewicy – jak Rosati. I z umiarkowanej prawicy – jak Piskorski.
Lubię Piskorskiego, ale nie tylko dlatego trzymam za niego kciuki. Wydaje mi się, że w mojej części sceny politycznej robi się coraz bardziej duszno. Chodzi o to, żeby było więcej
możliwości wypowiedzi niż tylko w wewnętrznej dyskusji w PO. Ta dyskusja nie należy bowiem do najlepszych przykładów swobody i demokracji na świecie. Dobrze by więc było, aby powstała taka
płaszczyzna, taki Hyde Park dla ludzi o centrowych poglądach.
.
Czytałem dossier na temat zarzutów formułowanych wobec Pawła Piskorskiego, począwszy od afery mostowej, przez układ warszawski i sprawy jego majątku. Gdy Lech Kaczyński był prezydentem
Warszawy, złożył – zdaje się – ok. 800 zawiadomień do prokuratury. Minęło trochę czasu i systematycznie wszystkie te śledztwa i zarzuty wobec Piskorskiego zostały
umorzone. Czy taka rzecz by pani nie napędzała?
Więc jego też napędza. Ale mam nadzieję, że nie w kierunku rewanżu, ale w zdrowej intencji: ja wam pokażę!
Nie wiem. Mam kalendarz na pół roku do przodu, więc nie mówmy, co będzie za półtora. Jest nadzieja, że dobry organizator Paweł Piskorski – napędzany zdrowymi poglądami i zdrowym
poczuciem niesprawiedliwości – stworzy w tej części sceny politycznej, która jest mi bliska, sprawną instytucję polityczną. Za to trzymam kciuki.
Nie chciałbym, żeby prezydentem był przywódca jednej z głównych partii. Prezydentura Lecha Kaczyńskiego powinna być dla nas ważnym ostrzeżeniem. Fatalnie jest, gdy prezydent jest tak silnie
związany z jedną partią polityczną. I nie jest w stanie się z tego wyzwolić. Tak nie powinno być. Dlaczego pan Tusk miałby być inny niż pan Kaczyński? Będzie tak samo, tylko w drugą
stronę. Jeśli Platforma będzie rządzić, to będziemy mieli władzę absolutną. A wiemy, że każda władza korumpuje, więc władza absolutna korumpuje absolutnie. Jeśli natomiast Platforma
nie będzie rządzić, to będziemy mieli nieustającą awanturę.
To jest łatwy zarzut. Ludzie środka wydają się niedookreśleni, gdyż są umiarkowani. Im dalej od centrum, tym bardziej wyraziście. Najbardziej określeni są radykałowie. Nie ma problemu z
określeniem panów: Kaczyńskiego, Giertycha czy Millera.
Prowadząc dużą partię, musiał się w takim szpagacie rozciągnąć, że zmieścił mu się podatek liniowy.
Nie są prawicowe ani lewicowe, ale po prostu populistyczne. One wywodzą się z takiego paternalistycznego myślenia, że ludziom trzeba dać jeść, trzeba się nimi zająć i zmusić bogatych, aby
wyłożyli pieniądze na biednych. Ja mam bardzo surową ocenę obu braci Kaczyńskich. Widzę w nich wszystkie złe myśli leżące u podstaw prawicowych nurtów.
Jestem już na tyle siwy, że wiem, że nie ma kryształowych ludzi. Co do Lecha Wałęsy, nie widziałem niczego, co by mnie przekonało, że był współpracownikiem SB. I zostanę nieprzekonany do
czasu stosownego wyroku sądowego.
Nie będąc zawodowym historykiem, nie jestem w stanie tej książki ocenić. Mnie z historycznych książek najbardziej podoba się Sienkiewicz (śmiech), a przecież nie jest prawdziwy. Natomiast
słyszę i czytam opinie zawodowych historyków, którzy twierdzą, że to nie jest prawda. Więc co ja mogę?
Stworzyliśmy sobie instytucję, która to zacietrzewienie z konieczności wymusza, ponieważ nie jest sądem. A Platforma, która mówiła, że tę sprawę załatwi, nic nie zrobiła. Miała
otworzyć archiwa, teraz słyszałem, że chce zlikwidować pion śledczy w IPN, i nadal cisza. Wzięła się natomiast do odbierania całej grupie ludzi uprawnień emerytalnych. To przecież musi
być niezgodne z konstytucją! Nie wierzę, że można w Polsce wprowadzać blankietowe rozwiązania. Jeśli tak, to ratuj się, kto może. To znaczy, że każdemu grozi, że w każdej chwili
większość parlamentarna może go zakwalifikować jako członka jakiejś grupy zła.
Ależ burzy się. Ale trzeba znaleźć rozwiązanie zgodne z konstytucją.
Dlatego sam się ze swoimi opiniami na temat IPN nie pcham. Odpowiadam na pani pytania. Mam poczucie, że w tych sprawach moja opinia jest mniej ważna niż innych. To nie jest część mojego
życiorysu, z której jestem szczególnie dumny. Nie uważam, że ona mnie dyskwalifikuje, ale też nie stanowi podstawy do formułowania propozycji w tej dziedzinie.
Jestem dzieckiem szczęścia dlatego, że w swoim życiu ufałem ludziom i nie przejechałem się na tym. Swoje szczęście zawdzięczam innym.
Wszystko się zgadza, z wyjątkiem tych komfortowych warunków. Pracowałem w hucie, na budowach, przeładowywałem węgiel...
Nie! Mam dopiero 62 lata. Jestem dojrzały, ale nie przejrzały. Nie kończę aktywności.
Powiem szczerze, choć zabrzmi to trochę patetycznie: jeśli zobaczy mnie pani w aktywnej roli politycznej, będzie to oznaczać, że sytuacja gospodarcza i polityczna rozwija się w niebezpiecznym
kierunku. Nie jestem chętny do konkurowania dla samej konkurencji. Nie szukam w polityce zarobku. Nie lubię też brać udziału w widowiskach. Nie mam parcia na szkło.
*Andrzej Olechowski, polski polityk i ekonomista. Były minister finansów i minister spraw zagranicznych, kandydat na prezydenta RP w 2000 r., jeden z założycieli Platformy Obywatelskiej