Piotr Kownacki otrząsnął się już z kłopotów wywołanych publikacjami na temat jego pracy w Banku Ochrony Środowiska i powrócił do swojej najlepszej formy. W ciągu zaledwie 48 godzin szef Kancelarii Prezydenta potrafi niemal jednocześnie zaatakować premiera i ministra finansów za chęć przekierowania zysków NBP do budżetu, wyszydzić szefa resortu dyplomacji domagającego się podpisania nominacji dla dyplomatów, m.in. w Suazi, i zapowiedzieć wielkie konsultacje Lecha Kaczyńskiego ze środowiskami twórczymi w kwestii ustawy medialnej.

Reklama

Ta hiperaktywność prezydenckiego ministra to nie tylko kolejny dowód na to, że potrafi on stanąć na równych nogach po kolejnych katastrofach. To przede wszystkim znak tego, że Kownacki zaczyna właśnie następną – tym razem wyborczą – misję u boku Lecha Kaczyńskiego. Misję, która i dla prezydenta, i dla jego ministra może być grą o wszystko.

Kto gdzie spłynął?

„Jak krążownik wpływa na wody, to ja zabieram swoją łupinkę z żagielkiem i spływam do zatoczki” – miał powiedzieć Michał Kamiński, zaraz po tym jak w Kancelarii Prezydenta pojawił się Piotr Kownacki. Rolę krążownika miał oczywiście odgrywać Kownacki, zatoczką Kamińskiego miał być europarlament. Tyle że słowa, które wypowiedział były rzecznik pałacu, w wersji dosłownej brzmiały ponoć o wiele bardziej dosadnie.

Kamiński, czy chciał, czy nie chciał, po kilku miesiącach do swej zatoczki dopłynął. Długa rozgrywka między Kownackim i Kamińskim o względy pryncypała dobiegła ostatecznego końca w momencie wyborów do europarlamentu. A Kownacki to obecnie najbardziej zaufany i najbardziej wpływowy z grona współpracowników głowy państwa. Oprócz protokolarnej roli urzędnika kancelarii Lech Kaczyński wyznaczył mu w pałacu jeszcze jedną funkcję. Jaką? Dziś odpowiedź nasuwa się sama: nieformalnego szefa sztabu wyborczego kandydata na prezydenta.

Cień na nadzieje Lecha Kaczyńskiego rzucają jednak powracające echa przeszłości ministra. W ciągu ostatnich kilku miesięcy spadła na niego lawina oskarżeń. Najpierw zarzucono mu przyczynienie się do powstania strat Banku Ochrony Środowiska spowodowanych kupowaniem długów szpitali. Później oskarżono go o bezprawne ujawnienie raportu ABW w sprawie tzw. incydentu gruzińskiego. Skończyło się na połajankach za brawurową jazdę 140 km/h po zakupy na pobliski bazarek. Zła passa wydaje się nie mieć końca. Choć ostatnio nie sposób nie wytykać Kownackiemu kolejnych wpadek, to wszyscy komentatorzy z ironią kwitują: zaczął dobrze!

Geriatria i polityka

A zaczął tak naprawdę nie w polityce, ale w Instytucie Państwa i Prawa PAN. Pracował tam od 1979 roku. Jeszcze w PRL rosło jednak jego zainteresowanie administracją państwową. Od 1983 do 1987 roku pracował więc w biurze prasowym Kancelarii Sejmu. Ostatnie dwa lata PRL spędził jako radca orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Prawdziwa polityka zaczęła się dla Kownackiego już w wolnej Polsce. W 1989 roku został szefem biura Jerzego Regulskiego – pełnomocnika ds. reformy samorządu terytorialnego w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. W 1991 roku był nawet przez kilka miesięcy podsekretarzem stanu w Urzędzie Rady Ministrów.

Wyboista droga do gwiazd zaprowadziła w końcu Kownackiego do Najwyższej Izby Kontroli. Tam zakotwiczył na dłużej. Był wiceprezesem NIK łącznie aż przez 13 lat. Tam też po raz pierwszy współpracował z Lechem Kaczyńskim, który władał NIK przez trzy lata. Kownacki jako wiceszef NIK był raczej dobrze oceniany. – Zjadł zęby na tej pracy. Jego domeną były administracja publiczna i służba zdrowia – mówi Krzysztof Szwedowski, były wiceprezes NIK, obecnie pełnomocnik prawny Kownackiego. – Dodajmy, że Izba na początku przypominała instytut geriatryczny. Byli tam tacy, którzy pamiętali Moczara i z rozrzewnieniem go wspominali – śmieje się Szwedowski.

Kameleon

Choć może ze względu na średnią wieku pracowników w NIK panowała wewnętrzna stabilizacja, sam Kownacki dość często wchodził w konflikty z różnymi partiami. W końcu został posądzony o sprzyjanie Unii Wolności. – Od tego czasu postrzegano go jako sprawnego urzędnika, ale z wyraźnymi sympatiami politycznymi – twierdzi jego bliski współpracownik. Te sympatie wkrótce przysporzyły mu też wielu wrogów – choćby wśród starej ekipy PC, a później PiS – która przez lata uważała go za... zdrajcę.

– Kiedy Kaczyński odszedł z NIK, Kownacki od razu bez trudu dogadał się z nową ekipą – mówi jeszcze dziś z oburzeniem znany poseł PiS. Co bardziej sceptycznie nastawieni do Kownackiego politycy partii Kaczyńskich zarzucają mu polityczną zmienność – to, że wiceprezesem NIK został dzięki UW, bankowcem dzięki AWS, a dopiero od kilku lat stoi za nim PiS.

Niemniej to właśnie Piotr Kownacki razem z Dorotą Safjan, Aleksandrem Szczygło i Elżbietą Kruk tworzył u boku Lecha Kaczyńskiego tzw. ekipę NIK-owską, która wspierała i wspiera obecnego prezydenta. Dziś jednak nie wszystko wygląda tak jak kiedyś. – Kiedy współpracowałam z Piotrem, to były inne czasy. NIK nie spełniała wtedy roli politycznej. Teraz o Piotrze mogę powiedzieć, że ludzie się zmieniają i tyle, a ja z Kownackim nie mam kontaktu już od dwóch lat – mówi Dorota Safjan. Sam szef Kancelarii Prezydenta nie chce rozmawiać o zerwanej znajomości z Safjanami (Marek Safjan był prezesem Trybunału Konstytucyjnego – red.).

Dość beztrosko natomiast tłumaczy przerwę w pracy w NIK. W 1999 roku Kownacki odszedł stamtąd na własną prośbę i objął posadę wiceprezesa Banku Ochrony Środowiska. – Nigdy nie ukrywałem, że do BOŚ trafiłem dzięki koneksjom politycznym. Sam tego chciałem i o to zabiegałem – oświadczył niedawno w prasie.

Dziś wśród politycznych obserwatorów pojawiają się opinie, że w biznesie Piotr Kownacki zwyczajnie sobie nie poradził, a BOŚ naraził na milionowe straty. Po dwóch latach kontrowersyjnej kariery bankowca powrócił do Najwyższej Izby Kontroli. Nie było to jednak jego ostateczne pożegnanie z wielkim biznesem.

Piotrek sprawdza się w biznesie

Orlenowi – którego wiceprezesem został w 2006 roku, już za rządów PiS – nie zaszkodził, ale zarobił tam duże pieniądze. W miarę upływu lat każde kolejne „wice” doskwierało Kownackiemu coraz bardziej. Dlatego po wygranych przez Kaczyńskich wyborach w 2005 r. rozpoczął intensywne starania o dobrą prezesurę. I wystarał się o najlepszą – właśnie w PKN Orlen. – Piotrek chciał się sprawdzić w biznesie – tak sam Kownacki autoironicznie wspominał swoje zabiegi o tę posadę.

Dostał szansę. Po roku wiceprezesowania Kownacki zastąpił w Orlenie prezesa Igora Chalupca. Ówczesny premier Jarosław Kaczyński uzasadniał, że zmiana wynika z konieczności zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego państwa. – Obejmując tę funkcję, nie ukrywałem, że jestem bliskim znajomym Lecha Kaczyńskiego – mówi o tym z kolei sam Kownacki.

W Orlenie obecny szef Kancelarii Prezydenta realizował więc właśnie politykę Kaczyńskiego: pilnował inwestycji w rafinerię Możejki na Litwie i rozglądał się za nowymi dostawcami ropy niezależnymi od Rosji. Zaraz po wygranej PO został bezterminowo zawieszony.

Bardzo tego chciał

Wtedy po raz kolejny w życiu postarał się o stanowisko. – Bardzo chciał zostać szefem kancelarii. Bardzo na to naciskał. Prezydent był sceptyczny. I tylko w imię wieloletniej współpracy się na to zgodził – mówi osoba z bezpośredniego otoczenia Lecha Kaczyńskiego.

Choć zakulisowe pertraktacje związane z objęciem stanowiska przez Piotra Kownackiego wyglądały ponoć dramatycznie, wszyscy komentatorzy postrzegali go początkowo jako człowieka sprawnego i niewzbudzającego konfliktów. – Budził zaufanie. Natomiast, jak się wydaje, trochę to zmarnował. Zupełnie niepotrzebnie wdawał się w ostre spory i zbyt często pozwalał sobie na złośliwości w stosunku do rządu – ocenia politolog Jarosław Flis. Błyskawiczna zmiana charakteru Kownackiego wynikała pewnie po części z wymagań zleceniodawcy, czyli w tym przypadku prezydenta. Minister nie zapanował nad emocjami i uległ klimatowi kancelarii.

Zajmowanie ciałem

W tej chwili jednak to on może dyktować ten klimat. – Nie jest tajemnicą, że do niedawna najbliżej prezydenta byli Kamiński i Bielan, odwieczny tandem. Ich jedyną metodą na zdobycie przychylności pryncypała było tak zwane zajęcie ciałem, czyli stała obecność fizyczna przy Lechu Kaczyńskim – mówi osoba z otoczenia prezydenta.

Teraz zdaje się, że „zajmować ciałem” prezydenta będzie mógł już tylko Piotr Kownacki. Czy to wystarczy? Po odejściu Kamińskiego nieobsadzone pozostaje stanowisko rzecznika pałacu. – Niezły management Kownackiego to jednak za mało, oprócz niego potrzebny jest jeszcze ktoś odpowiedzialny wyłącznie za komunikację. Politykę wygrywa się na wielu fortepianach. A najprzyjemniejsza muzyka nie jest kakofoniczna, ale harmonijna – mówi Marek Migalski, eurodeputowany PiS.

W rozmowie z „Dziennikiem” minister Kownacki zdradza jednak, że jeszcze przez dłuższy czas będzie grał solo, a na razie nie zjawi się nowy rzecznik prasowy pałacu.

Mission Impossible?

Chwilowo więc Piotr Kownacki może czuć się przy boku głowy państwa całkiem pewnie. Nie wydaje się nawet zbity z tropu pytaniem o to, jak widzi swoją przyszłość po ewentualnym odejściu z kancelarii. – To jeszcze ponad sześć lat! Mam aż tak daleko sięgać myślami? – odpowiada.

Nie każdy ma jednak tak optymistyczną wizję jego przyszłości. Już teraz polityczni przeciwnicy Kownackiego z PiS pokpiwają sobie, że został zwyczajnie wystawiony przez spin doktorów. Twierdzą, że jego zadaniem jest poprowadzenie Kaczyńskiego do przegranych wyborów. – Kownacki został kapitanem „Titanica”, a spin doktorzy już dziś chodzą po Sejmie i szukają reszty załogi straceńców, która popłynie z Lechem Kaczyńskim – mówi polityk PiS. Czy to właśnie na spotkanie „Titanica” z górą lodową czeka w swej łupince w eurozatoczce Michał Kamiński?