Dlaczego rządy konserwatywno-liberalne są dla Polski najlepsze? W najpełniejszy sposób mogą one dbać o rozwój Polski i reprezentować kraj za granicą. Kluczową sprawą jest dbałość o rozwój gospodarki - pisze w "Fakcie" Guy Sorman, francuski dziennikarz, publicysta polityczny i filozof.
W stwierdzeniu o konserwatywnym liberalizmie nie ma sprzeczności. Aby się o tym przekonać, warto zadać sobie jedno podstawowe pytanie. Czy społeczeństwo liberalne,
bogacąc się, traci swoje wartości? Nie, dlatego, że może ono przetrwać, tylko jeśli pozostaje wierne tak fundamentalnym wartościom jak osobista odpowiedzialność i szacunek dla danego
słowa. Nieodpowiedzialność i oszustwo niszczą wolny rynek jeszcze bardziej niż etatystyczne zapędy. Abstrahując od tych cennych wartości, możemy zobaczyć, że wolny rynek w dzisiejszym
świecie współistnieje z najróżniejszymi religiami: chrześcijaństwem, buddyzmem i islamem. Liberalizm może być także agnostykiem. Ale nigdy nie będzie niemoralny.
Nieprzypadkowo napisałem o wolnym rynku. To on bowiem jest warunkiem rozwoju kraju. Dlatego polski rząd powinien skoncentrować się na sprawach gospodarczych.
W dzisiejszej Polsce dochód na głowę mieszkańca jest o połowę mniejszy niż wynosi średnia europejska. Nikogo w Polsce to nie cieszy. Na szczęście zapóźnienie gospodarcze jest tylko tymczasowe. Sposobem na osiągnięcie wzrostu jest właśnie wolny rynek. Nie chodzi tu bynajmniej o kwestie ideologiczne, a o najzwyklejszą konieczność.
Wszystkie państwa, które postawiły na wolny rynek, idą do przodu. Wszystkie, które go odrzuciły, popadają w stagnację. Od tej zasady nie ma żadnych wyjątków. To tylko ułatwia wybory polityczne. Na mapie świata wszystko widać wyraźnie. Kraje rozwijające się najszybciej, jak Chiny i Indie, postawiły na konkurencyjność i globalizację. W Europie, najbardziej liberalne kraje bałtyckie i Słowacja okazały się także najszybciej rozwijającymi się. Gospodarki etatystyczne, jak Francja, mają się znacznie gorzej niż takie, które zmniejszają państwową ingerencję, jak choćby Niemcy i Wielka Brytania.
Czy zależy nam na wzroście? Jeśli tak, to będzie on tym większy, im bardziej liberalna będzie gospodarka. A to z kolei zasadza się na kilku prostych regułach: państwo prawa; własność prywatna; dotrzymywanie umów; niezawisłe sądy; niezależne od państwa przedsiębiorstwa; wolna konkurencja, tak w kraju jak i za granicą; stabilna waluta; modernizacja i solidarność społeczna nieosłabiająca zainteresowania podejmowaniem pracy. Ścisłe stosowanie się do tych reguł daje natychmiastowe rezultaty i wzrost gospodarczy sięgający nawet do 10 proc., a nigdy nie mniejszy niż 4 proc.
Czas sprzyja państwom wchodzącym dopiero na światowe rynki, takim jak Polska. Globalny rynek pożąda wszystkiego, co Polacy potrafią wyprodukować. I to po relatywnie niskiej cenie, za to wysokiej jakości. Jeśli przepis na sukces jest tak oczywisty, dlaczego nie wszyscy Polacy są skłonni go zastosować? Powodów jest wiele. Po pierwsze świadomość gospodarcza w Europie jest bardzo niska. Przez dziesiątki lat deformowały ją propaganda marksistowska i zwykła demagogia. Wmawiano ludziom, że wolny rynek służy tylko bogatym i pogłębia nierówności społeczne.
Obserwując liberalne gospodarki, można się łatwo przekonać, że to kłamstwo. Nie trzeba rozmontowywać wolnorynkowej gospodarki, żeby zobaczyć, jak wzrost stymuluje tworzenie się klasy średniej. Wolny rynek nie tylko produkuje, ale też redystrybuuje. To dwie strony tego samego medalu.
Fakt, wzrost czasem może prowadzić do zmian, które z perspektywy poszczególnych jednostek mogą być bolesne: zamykanie zakładów pracy, wyludnianie wsi, bezrobocie. Wzrost z czasem przynosi lekarstwa na te problemy, lecz nim do tego dojdzie, potrzeba wspólnotowej solidarności, by łagodziła negatywne skutki przemian. Tu należy oddać szacunek Lechowi Wałęsie. Zależy mu na utrzymaniu Stoczni Gdańskiej, ale rozumie on, że zakład musi zacząć produkować coś więcej niż okręty. Wałęsa doskonale zrozumiał logikę pozytywnego niszczenia, która jest tak niezbędna dla wzrostu.
Ogólnie rzecz biorąc, solidarność jest niezbywalną częścią gospodarki wolnorynkowej. W każdym razie w Europie. Z moralnego punktu widzenia solidarność jest niezbędna. Ale jest także potrzebna z czysto ekonomicznego punktu widzenia, pozwala stabilizować społeczeństwo i zapewnia legitymację liberalnemu systemowi.
Odrzucanie wolnego rynku, poza ignorancją, tłumaczyć można odrębnymi interesami pewnych mniejszości, które potrafią odpowiednio głośno artykułować swoje racje. Tak właściciele, jak i akcjonariusze czy związki zawodowe zrzeszające zwalnianych pracowników, zamiast dostosowywać się do wymogów konkurencji, wolą mobilizować klasę polityczną dla własnych korzyści. Odmowa poddania się prawu konkurencji, żądania dopłat, przedstawiane są albo jako walka o szczytne zasady, albo jak osobiste dramaty.
Poszczególne lobbies czynią z demokracji i gospodarki swych zakładników. Swoje partykularne interesy przedstawiając tak, jakby były tożsame z dobrem powszechnym. Rządzący nie zawsze są przygotowani, by bronić się przed takimi grupami wpływu.
Wolny rynek jest skuteczny. Ale czy jest też moralny? Oto pytanie, które należałoby zadać w kraju o tak silnej tradycji katolickiej. Czy moralnie jest żyć w dostatnim społeczeństwie zamiast w biednym? W społeczeństwie bardziej egalitarnym niż podzielonym na kasty? Jeśli tak, wygląda na to, że rynek bezsprzecznie umoralnia społeczeństwo.
Nieprzypadkowo napisałem o wolnym rynku. To on bowiem jest warunkiem rozwoju kraju. Dlatego polski rząd powinien skoncentrować się na sprawach gospodarczych.
W dzisiejszej Polsce dochód na głowę mieszkańca jest o połowę mniejszy niż wynosi średnia europejska. Nikogo w Polsce to nie cieszy. Na szczęście zapóźnienie gospodarcze jest tylko tymczasowe. Sposobem na osiągnięcie wzrostu jest właśnie wolny rynek. Nie chodzi tu bynajmniej o kwestie ideologiczne, a o najzwyklejszą konieczność.
Wszystkie państwa, które postawiły na wolny rynek, idą do przodu. Wszystkie, które go odrzuciły, popadają w stagnację. Od tej zasady nie ma żadnych wyjątków. To tylko ułatwia wybory polityczne. Na mapie świata wszystko widać wyraźnie. Kraje rozwijające się najszybciej, jak Chiny i Indie, postawiły na konkurencyjność i globalizację. W Europie, najbardziej liberalne kraje bałtyckie i Słowacja okazały się także najszybciej rozwijającymi się. Gospodarki etatystyczne, jak Francja, mają się znacznie gorzej niż takie, które zmniejszają państwową ingerencję, jak choćby Niemcy i Wielka Brytania.
Czy zależy nam na wzroście? Jeśli tak, to będzie on tym większy, im bardziej liberalna będzie gospodarka. A to z kolei zasadza się na kilku prostych regułach: państwo prawa; własność prywatna; dotrzymywanie umów; niezawisłe sądy; niezależne od państwa przedsiębiorstwa; wolna konkurencja, tak w kraju jak i za granicą; stabilna waluta; modernizacja i solidarność społeczna nieosłabiająca zainteresowania podejmowaniem pracy. Ścisłe stosowanie się do tych reguł daje natychmiastowe rezultaty i wzrost gospodarczy sięgający nawet do 10 proc., a nigdy nie mniejszy niż 4 proc.
Czas sprzyja państwom wchodzącym dopiero na światowe rynki, takim jak Polska. Globalny rynek pożąda wszystkiego, co Polacy potrafią wyprodukować. I to po relatywnie niskiej cenie, za to wysokiej jakości. Jeśli przepis na sukces jest tak oczywisty, dlaczego nie wszyscy Polacy są skłonni go zastosować? Powodów jest wiele. Po pierwsze świadomość gospodarcza w Europie jest bardzo niska. Przez dziesiątki lat deformowały ją propaganda marksistowska i zwykła demagogia. Wmawiano ludziom, że wolny rynek służy tylko bogatym i pogłębia nierówności społeczne.
Obserwując liberalne gospodarki, można się łatwo przekonać, że to kłamstwo. Nie trzeba rozmontowywać wolnorynkowej gospodarki, żeby zobaczyć, jak wzrost stymuluje tworzenie się klasy średniej. Wolny rynek nie tylko produkuje, ale też redystrybuuje. To dwie strony tego samego medalu.
Fakt, wzrost czasem może prowadzić do zmian, które z perspektywy poszczególnych jednostek mogą być bolesne: zamykanie zakładów pracy, wyludnianie wsi, bezrobocie. Wzrost z czasem przynosi lekarstwa na te problemy, lecz nim do tego dojdzie, potrzeba wspólnotowej solidarności, by łagodziła negatywne skutki przemian. Tu należy oddać szacunek Lechowi Wałęsie. Zależy mu na utrzymaniu Stoczni Gdańskiej, ale rozumie on, że zakład musi zacząć produkować coś więcej niż okręty. Wałęsa doskonale zrozumiał logikę pozytywnego niszczenia, która jest tak niezbędna dla wzrostu.
Ogólnie rzecz biorąc, solidarność jest niezbywalną częścią gospodarki wolnorynkowej. W każdym razie w Europie. Z moralnego punktu widzenia solidarność jest niezbędna. Ale jest także potrzebna z czysto ekonomicznego punktu widzenia, pozwala stabilizować społeczeństwo i zapewnia legitymację liberalnemu systemowi.
Odrzucanie wolnego rynku, poza ignorancją, tłumaczyć można odrębnymi interesami pewnych mniejszości, które potrafią odpowiednio głośno artykułować swoje racje. Tak właściciele, jak i akcjonariusze czy związki zawodowe zrzeszające zwalnianych pracowników, zamiast dostosowywać się do wymogów konkurencji, wolą mobilizować klasę polityczną dla własnych korzyści. Odmowa poddania się prawu konkurencji, żądania dopłat, przedstawiane są albo jako walka o szczytne zasady, albo jak osobiste dramaty.
Poszczególne lobbies czynią z demokracji i gospodarki swych zakładników. Swoje partykularne interesy przedstawiając tak, jakby były tożsame z dobrem powszechnym. Rządzący nie zawsze są przygotowani, by bronić się przed takimi grupami wpływu.
Wolny rynek jest skuteczny. Ale czy jest też moralny? Oto pytanie, które należałoby zadać w kraju o tak silnej tradycji katolickiej. Czy moralnie jest żyć w dostatnim społeczeństwie zamiast w biednym? W społeczeństwie bardziej egalitarnym niż podzielonym na kasty? Jeśli tak, wygląda na to, że rynek bezsprzecznie umoralnia społeczeństwo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zobacz
|