To jest nasze trzecie podejście. Trzecia próba porozmawiania.
Przepraszam... Być może poczułem, że jesteśmy z jednego podwórka, że jest pani kimś, kogo można wystawić, a kto i tak nic nie powie. Nie, że pani nie lubię. Bardziej chodzi o to, że kiedy rozmawiamy, to mam wrażenie, że mamy podobny tok myślenia. Trochę jest jak z kumplem, nie przyszedłem i trudno, nic się nie stało, przyjdę jeszcze raz. Przecież tylko kumpla, przyjaciela, można zdradzić bezkarnie. Tylko kogoś, kto myśli podobnie. No, dobra, już, jedźmy.

Jedziemy przecież. Ostatnio, na odchodne powiedział pan, że nie ceni życia. Nie wiem, czy to było świadome, czy... Czy pan to powtórzy?
Powtórzę. Nie cenię. Śmierć cenię bardziej niż życie. Życie niszczy.

Pan siebie niszczy.
Być może jestem w trudniejszym momencie życia. Być może w stosunku do tego, jakie są moje sukcesy zawodowe, moje życie prywatne nie wygląda najlepiej. Być może o to tutaj chodzi.

Dlaczego pan mówi "być może"?
Bo nie chcę bardziej tu w to wkraczać. W pewnym momencie wydawało mi się, że alkohol mi w tym wszystkim pomoże. Nie pomaga. Nienawidzę alkoholu, nienawidzę tego, że jestem alkoholikiem. I nie chciałbym pić, ale proszę mi powiedzieć, co ja mam robić w zamian, co zamiast.

Pan się naigrywa. Nie. Staram się poważnie. Gandzia jest dobra, jak się ma dobry humor, jak jest okey. Ale jak jest ch..owo, to zapalenie gandzi powoduje, że jest jeszcze bardziej ch..wo.

A alkohol?
Pomaga. Przynajmniej mi pomaga. Pewnie podobnie jak ciężkie prochy. Zresztą, moja wojna z alkoholem to jest wielorundowa walka.

Kto wygrywa?
Niejedną rundę wygrałem ja, ale niestety niejedną też przegrałem. Zresztą, nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę, prędzej pewnie zdechnę.
W showbiznesie, będąc artystą scenicznym, nienapicie się drinka po koncercie jest prawie niemożliwe. Jedyne co można robić, to starać się nie przedawkowywać, pić tyle, ile się jest w stanie strawić.

To jest rodzaj autodestrukcji.
Na pewno. Na szczęście, chronię w tym wszystkim moją rodzinę. Raczej się nie pokazuję pijany w domu. Zresztą, ważne jest, żeby dobrze umrzeć, bo życie jest naprawdę podłe.

Gra pan prawie codziennie koncert, co roku wydaje płytę.
To jest życie zawodowe. Ono kiedyś też było podłe. Zmieniło się stosunkowo niedawno. Widzę na swojej wsi, jak jest niesprawiedliwe, jak sobie ludzie z tym życiem nie radzą.

Śmierć i co potem?
I nic. No chyba, że się wierzy w to, że coś tam dalej jest. No, ale gdyby mi ktoś powiedział, że umrę i znowu będę musiał to wszystko przeżywać, co już przeżyłem albo to wspominać, to bym chciał umrzeć jeszcze raz. Od razu. Wiem, że to ludzie robią podłość z tego życia. Wiem, że to pewnie przypadek nami rządzi. Wiem też, że ten przypadek powoduje głównie nieszczęścia. Jest ich tyle, że można by je przeładowywać łopatami. Nie mówię tylko o sobie, ale o normalnym człowieczym losie.

Przecież pan jest w showbiznesie.
To rodzaj kokonu. Ale ja nie jestem człowiekiem ze ścianki, nie jestem człowiekiem, który bywa na bankietach. I za każdym razem, jak wracam do domu, z tego swojego pełnego splendoru życia, gdzie wszyscy mi mówią: panie Macieju, jest pan mistrzem, jest pan wspaniały, chciałbym mieć z panem zdjęcie, to widzę zwyczajne obrzydliwe życie. Staram się pomagać jak tylko się da i komu się da.

Kasę pan daje?
Daję. Może to nie za wiele, ale lepsze to niż nic. Nie jest tak, że rozdaję każdemu, ale ci, którzy ze mną dobrze żyją, dostają. Nie zgarniam wszystkiego pod siebie, staram się dzielić. Po co mi te pieniądze. Wszyscy, którzy ze mną pracują są zadowoleni ze swoich zarobków. Moja rodzina jest zabezpieczona finansowo. Dom mam, samochód mam, saksofon mam. Pracuję, na emeryturę nie odkładam, bo w tym fachu nie ma emerytury. Jestem dumny z tego, że daję pracę, że mogę zapłacić muzykowi. Kiedyś zawsze sam borykałem się z trudnościami finansowymi, bywało, że klepałem biedę, teraz mam wielką satysfakcję, że mogę być pracodawcą, że mogę ludziom pomóc. Póki jeszcze można, póki jest jako taki spokój.

Ile kilometrów od Krakowa ta wieś?
140 km w stronę Rzeszowa. Podkarpacie w zasadzie. Sto procent PiS i Maleńczuk. Ale jestem tam akceptowany, lubią mnie. Głosowałem jednak w Krakowie. Specjalnie pojechałem. Nie mogłem inaczej, nie chciałem dopuścić do tego, by w mieście Witkacego, Wyspiańskiego, Przybyszewskiego i Maleńczuka wygrał ktoś, kobieta, która mówi: bendom. W dalszym ciągu jestem krakusem i dlatego dbam o czystość języka, również w swoich wierszach, których mało ostatnio piszę. Ale zbiera mi się.

O polityce, czy o miłości?
Szczerze powiem, że jestem teraz na takim etapie myślenia, obawiania się, że będzie wojna.

Tak pan mówi, żeby powiedzieć coś kontrowersyjnego, coś co potem będzie cytowane.
Nie! Szczerze z panią rozmawiam. Jak widzę te maszerujące grupy młodych ludzi...

O ONR-owcach pan mówi?
O Polakach mówię. Choć we wszystkich krajach prawa strona maszeruje coraz głośniej tupiąc buciorami. I to maszerowanie skończy się jakimś frontem. Obawiam się, że to będzie front wschodni. Niech się nikomu nie wydaje, że wojna to jest coś pozytywnego, niech się nikomu nie wydaje, że wojną można sobie coś wywalczyć. Zawsze są tylko straty. Straszne jest też to, że ten polityk trafia do annałów, który wojnę toczył. Cofnę się do moich czasów więziennych. Proszę pamiętać, że trafiłem tam z powodów pacyfistycznych.

Odmówił pan służby wojskowej.
Za komuny była obowiązkowa. Myślałem globalnie: nie będę nikogo zabijał. A lokalnie, to nawet część kryminalistów miała do mnie pretensje, że nie chcę bronić swojego kraju. Mówili, że nie kocham Polski. Odpowiadałem, że nie chcę się szkolić w zabijaniu. Miałem takiego kumpla Mirka Jankowskiego, który siedział za zabójstwo brata. W afekcie. Cierpiał. Kajał się. Pokutował. Mówiłem: Mirek, chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie chce zabijać, nikt normalny nie chce wojny? Wtedy byłem o tym przekonany. A Mirek na to, że są tacy, którzy marzą o zabijaniu, marzą o wojnie. Ci generałowie, ci politycy. I teraz przyznaję mu rację. Ci ludzie, którzy codziennie kreślą plany jakichś kampanii, karier politycznych, podbojów marzą o tym, żebyśmy się wreszcie zaczęli wyrzynać. Ten prosty chłopak po podstawówce otworzył mi wtedy oczy.

Przyjaźnicie się?
Kilka razy się widzieliśmy. Mieszka na Pomorzu, ma kuter, wozi nim turystów. Wie pani, trudno takie frontowe przyjaźnie utrzymać. Ale dzięki niemu pamiętam, że są ludzie, dla których życie ludzkie jest nic nie warte.

Prof. Omilanowska, była minister kultury uważa, że artyści wiedzą więcej, przeczuwają.
A ja myślę, że to nie jest żadne przeczuwanie, tylko kojarzenie faktów. Jeśli jadę drogą i widzę jakieś dziwne nowe oznakowania. Żółte chyba. Że jedzie amfibia, że czołg. Po co to? Po to, żeby ludzie wiedzieli, że pierwszeństwo mają pojazdy wojskowe.

Może przy jakimś poligonie pan to widział?
Nie. Jeśli coś takiego się ustawia, to po to, żeby się ludziom opatrzyło, żeby się ludzie przyzwyczaili.

Do wojny?
Hm. Do tego, że jest inaczej, do tego, że chłopak 20-letni nagle ma nakaz, musi się stawić i walczyć. Przecież taka współczesna wojna może różnie wyglądać, wcale bomby nie muszą spadać na miasta. Myślę, że jeśli te ruchy prawicowe stymulowane przez Moskwę natychmiast się nie uspokoją, to… Przecież z historii wiadomo do czego prowadzi nacjonalizm. Podburzanie nacjonalistycznych nastrojów doprowadzi do bestialstwa. A jak słyszę, że wojna oczyszcza, obniża krzywą oczekiwań...

To Mateusz Morawiecki.
Premier naszego kraju.

Wtedy, kiedy to mówił, nie był premierem.
Myśli pani, że się zmienił? Nie sądzę. Uważam, że myśli tak samo. I z jego perspektywy, pana siedzącego w pancernym bunkrze, otoczonego przez ochroniarzy, wojna obniżająca krzywą oczekiwań, to coś dobrego. Nie mogę znieść, kiedy ktoś patrzy na ludzi z takiej geopolitycznej perspektywy. To jest tak cyniczne, tak zimne, tak podłe. Naprawdę chciałbym, żeby się ludzie ocknęli. Żeby zamiast maszerować, poszli na piwo, dziewczynę poderwali, książkę przeczytali, poszli do kina. Do teatru weszli, a nie tylko stali przed i krzyczeli: raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę. Zawsze mówiłem: sztuki niczym bata chamstwu nie żałować. A wielki pożytek w kraju będzie z tego. No, ale jak nasze dzieci będą edukować tacy ludzie, jak minister Zalewska, to powiem szczerze, daleko nie zajedziemy. Zaraz będzie: wroga bij w imię Boga. Jest takie wrażenie, że społeczeństwo się cofa. I o tym będę pisał, o tym będzie następna płyta. Mam plan, żeby pisać, żeby zrobić płytę z tekstem, a nie tylko z trudną, piekielną muzyką. Chcę mówić o tym, żebyśmy nie szli w stronę wojny, bo naprawdę nie ma nic obrzydliwszego niż ona.

Czego się pan boi, jeśli pan nie ceni życia?
O dzieci się martwię. O swoje dzieci. Nie chcę, żeby żyły w jakimś pojebanym świecie. Ale jakby co, pierwszy pójdę walczyć. Może mnie ktoś zastrzeli i będzie spokój.

Za stary pan jest.
Mimo wszystko nie wyobrażam sobie, że będę siedzieć w domu i pić kawę. Muszę o tym pisać, jak nie napiszę, jak z siebie nie wyrzucę, będę nosił ten ciężar w sobie. Czuję się nawet powołany, zobowiązany wybrany, a to polega na tym, że wiem, że nie mogę milczeć. Niech sobie inni milczą, ja nie mogę, ja muszę tę prawdę wywalić.

Panie Maćku, miłość to jest temat na piosenkę.
Z tą miłością to jest tyle ostatnio kłopotów, że ja pier..lę. Przecież faceci sobie w głowę strzelają głównie z powodu kobiet. Wolałbym tego uniknąć. Jednak o tym nie będę pisał, o tym, nie będę śpiewał. Niech Taco Hemingway śpiewa, że mu dziewczyna nie oddzwania, niech Podsiadło śpiewa, że jedzie do niej sam, do jakiegoś małego miasteczka.

On jeszcze śpiewa, że nie chce iść pod wiatr, gdy wieje w dobrą stronę.
Nie sam, tylko z Cortezem i Zalewskim. I to jest pieśń konformistów. Hymn młodego pokolenia. Młodzi w Polsce to konformiści. Muzycy na pewno. Przecież dobrze dmucha, dlaczego mają zmieniać kurs. A potem jeszcze śpiewają: takie to miłe.

Pan śpiewa, że jest fajnie.
Ale moje "fajnie" jest po to, żeby wskrzesić aluzję, która kiedyś była obowiązkowa. "Fajnie" to jest piosenka polityczna. Mówię, jak jest fajnie, żeby powiedzieć, jak jest ch..wo. A im, młodym jest po prostu miło. Rozumie pani? MIŁO! Dlaczego mieliby z czymś walczyć, skoro jeżdżą dobrymi samochodami? Dopóki nie odbiorą im Schengen, dopóki będą w Europie, dopóki będą mogli jeździć na wyspy na wakacje, to nie zauważą, że dzieje się coś niepokojącego. Już teraz zalecam, żeby pojechali na granicę polsko-ukraińską, postali siedem godziny w kolejce, to będą mieli zapowiedź lepszych czasów. Dobrze, że pani zauważyła, o czym oni śpiewają. Ludzie słuchają i się uczą. W ucho wpada i wychowują się kolejni konformiści, którym wiatr dobrej zmiany się po prostu podoba. Zresztą, ci młodzi artyści też mogą być porządnie wystraszeni.

Czym? Tym że nie będą zarabiać?
Tym też. Może boją się, żeby po prostu nie dostać wpieprz. Może myślą, że jak wyjdą na scenę, powiedzą albo zaśpiewają coś, co nie sprzyja obecnej władzy, to przyjdą naziole, narodowcy, ONR-owcy i obiją im mordy. Otóż, nie bójcie się, nikt wam nic nie zrobi. Wiem z własnego doświadczenia. Kiedy jeszcze miałem swój profil na FB, to dostawałem tak dużo pogróżek, że postanowiłem go zamknąć. Bałem się. A w domu, w hotelach stawałem przy oknach i sprawdzałem, czy ktoś mnie nie obserwuje, czy nie idą po mnie. Nikt nie przyszedł. Teraz już wiem, że potrafią straszyć tylko w Internecie. Na szczęście u mnie strach powoduje agresję. A agresja to jest stan twórczy.

Nie chcę żyć polityką/ kiedy tłumy na mieście/ja córkom zrobię jeść - to aktor/piosenkarz Paweł Domagała.
Oddaje to całe zaangażowanie młodego pokolenia w państwo, w politykę, w Polskę: zwariowałeś, masz dziecko, dbaj o mnie i rodzinę, a nie jakieś protesty, jakieś sądy. Może to dobrze, może my mieliśmy za duże wymagania wolnościowe.

Kto?
My, którzy chcieliśmy wolności, którzy zrobiliśmy ten przewrót. I teraz mam taką konkluzję, że obalanie systemów nie ma do końca sensu, bo gdzie jest pewność, że system, który przyjdzie po tym obalonym będzie lepszy. Okazuje się, że większość ludzi tęskni za starym reżimem, bo był porządek, byli za ryj trzymani, praca była, byli ustawieni. Kukiz z Liroyem parę lat temu chodzili i mówili: przewróćmy system, obalmy go. Teraz Liroy z Korwin Mikkem, a Kukiz w zasadzie w PiS. System ich przemielił. W "Fajnie" śpiewam: Fajnie ze Piotr i Paweł już się pogniewali/ Chcieli zwalczyć system, a system się wali.

Przyjaźnił się pan z Pawłem Kukizem.
Ale już się nie przyjaźnię.

Nagrał pan z nim płytę.
Teraz chcę coś zrobić z Jankiem Bo.

Już pan robił.
Ale chcę jeszcze raz.

A on nie pije?
Nie. I jest w doskonałej formie instrumentalnej. Ja czasem piję, on nie pije, to będziemy mieli okazję, żeby się napić - to pani chciała powiedzieć? Idę już, już mnie pani zmaglowała. Zawsze tak pani męczy i dręczy człowieka.

Kto pana słucha?
Moich piosenek?

Tego, co pan mówi.
Wiem, że używam skrótów myślowych, więc głównie z tego powodu już nie zdobędę młodej widowni. Ona jest niewyrobiona, nie rozumie, co się do nich mówi. Mam 57 lat. Prawie 60., a moja widownia to 50., 60. latkowie. Prawie sami starcy. Ale prawdę mówiąc, za każdym razem, zanim wyjdę na scenę, to podglądam publiczność przez szparę. Patrzę, czy tam jest jakiś młody człowiek.

I co?
Jest ich trochę. Ale to mniejszość. Większość to ci, co już swoje wiedzą, więc co im będę mówił. Raczej przychodzą po rozrywkę, a nie po kazania. A ja czasem myślę, że chciałbym być przedszkolankiem, żeby móc młodym ludziom powiedzieć, co jest dobre, a co złe, żeby nie popełniali tych samych błędów, które ja popełniałem, że można pewne rzeczy szybciej osiągnąć, nie wikłając się w te sytuacje, w które ja się wikłałem.

W jakie?
W narkotyki, w alkohol, w różne sprawy męsko-damskie. Wielu z nich po prostu żałuję. Myślę też, że powinienem więcej pracować. Mam poczucie, że wiele czasu zmarnowałem na ćpanie, na imprezowanie, na uganianie się za kobietami. Powinienem wtedy siedzieć i pracować, wstawać codziennie rano i jak Wojciech Młynarski pisać tekst albo ćwiczyć na instrumencie. Z pracy przynajmniej coś wynika. Latanie po mieście i szukanie rozrywek, to jest po prostu czysta strata czasu. Przecież zacząłem grać na instrumencie, kiedy miałem ponad dwadzieścia lat, czyli już zmarnowałem z dziesięć. Oczywiście, nie było warunków, nie było pieniędzy. Potem grałem na ulicy i zamiast się rozwijać, to klepałem w kółko trzy akordy próbując związać koniec z końcem. Śpiewałem piosenki o swoim nieudanym życiu, żeby zarobić parę groszy. A czas uciekał. Kiedy przyszła stabilizacja, stworzyłem sobie warunki do tego, żeby móc pracować. Ale wtedy miałem już grubo ponad 40 lat. Czas mi przeciekł między palcami i tego najbardziej żałuję. Może dlatego nie cenię życia, bo je w dużej mierze zmarnowałem. Cieszę się przynajmniej, że słyszę, że wyłapuję ze świata coś co później mogę przetworzyć twórczo.

W wiersze, w piosenki?
Tak. Ale też w muzykę. Kiedy są trudniejsze chwile w życiu, to w mojej głowie zaczyna grać muzyka, lecą jakieś dźwięki. Teraz akurat dużo lata. Mam wrażenie, że jestem taką anteną, która wyłapuje nuty, przemiela je. Sądzę, że z ciszy niczego bym nie wydobył. Czasem się okazuje, że jestem mistrzem plagiatu. Mówię: o, mam kompozycję. Gram to, gram i po chwili już słyszę, że z czegoś tnę, po następnej, że rżnę z reklamy, którą usłyszałem w telewizji. Oczywiście, jeśli już mam kraść, to wolę z Coltrane'a, z Davisa. Ważne, żeby nie robić tego perfidnie, świadomie. Zdarzyło mi się, że jakiś artysta poprosił mnie o piosenkę, na początku zaznaczając, żeby zrobić coś w stylu, podobnie do kogoś, do czegoś. Odmawiam, bo to złodziejstwo z premedytacją. Mam też problem z pisaniem tekstów dla innych artystów. Przychodzą, proszą, żeby napisać. Kiedy pytam, o czym, słyszę, że o czym chcę, więc proponuję, że może napiszę o pedofilii w Kościele. O, nie, nie, nie, o tym to nie. To w końcu mogę o czym chcę, czy nie mogę?

Kto przychodzi?
Na przykład Maryla Rodowicz była kiedyś. Napisałem dla niej taki tekst, że chyba mnie znienawidziła. W każdym razie, nawet nie zadzwoniła. Nie pamiętam jak ten tekst dokładnie leciał, ale była to opowieść o gwieździe nie pierwszej młodości, która już jest wiele lat na scenie, siedzi przed lustrem, ściera z siebie makijaż i pyta lustereczko, czy ktoś jej jeszcze wierzy, czy dla kogoś jest jeszcze ważna, czy jeszcze jest wiarygodna.

Wyobraża sobie pan, że ktoś pisze panu tekst o alkoholizmie, o destrukcji, o staczaniu się?
Wziąłbym coś takiego na klatę. Nie jestem typowy, nie mam miłości własnej, tego narcyzmu.

Ma pan.
Cicho. Nie musi pani krzyczeć na całą wieś. Może i mam, ale potrafię przyjąć krytykę na klatę.

Po czym musi się pan napić.
Akurat jestem w fazie wyjścia, próbuję przestać.

Jak z pana poczuciem własnej wartości?
Wychowywałem się bez ojca, to pewnie też pewnie zaważyło na tym, jakim jestem. Mama mnie nauczyła szacunku do kobiet. A co do poczucia własnej wartości, to czuję się wartościowy, kiedy mogę pomóc innym. Niech ktoś inny się narcyzuje.

Włosy pan pofarbował na czarno.
Od dawna takie mam. Szybko mi farba schodzi, więc muszę często malować. Nie wiem już, jaki mam swój naturalny kolor.

Może siwy.
Nie dopuszczam do tego, żeby sprawdzić. Błyskawicznie też zarastam. Po ojcu mam gęste włosy, chyba nigdy nie wyłysieję.